Выбрать главу

Starały się go przekonać, że odtąd Aviendha będzie wspaniałą towarzyszką. Czy naprawdę myślały, że jest zupełnie ślepy?

— Chyba zdajecie sobie sprawę, że ja wiem. O niej. Że nasłałyście ją, by mnie szpiegowała.

— Wiesz dużo mniej, niż ci się wydaje — powiedziała Amys w sposób, który właściwie w najmniejszym stopniu nie różnił się od tego, jak splatały słowa Aes Sedai, ukrywając w nich dodatkowe znaczenia, których nie miały zamiaru wyjaśniać.

Melaine poprawiła szal i z namysłem, od stóp do głów, zmierzyła go wzrokiem. Wiedział trochę o Aes Sedai; gdyby ona była jedną z nich, wziąłby ją za Zieloną Ajah.

— Przyznaję — powiedziała — że pierwotnie myślałyśmy, iż nie zobaczysz w niej niczego poza piękną młodą kobietą, a nadto sądziłyśmy, iż jesteś na tyle przystojny, że dla niej twoje towarzystwo będzie znacznie przyjemniejsze od naszego. Nie wzięłyśmy pod uwagę jej języka. Oraz innych rzeczy.

— A więc dlaczego tak bardzo chcecie, żeby została przy mnie? — Jego głos zdradzał znacznie więcej emocji, niż by sobie tego życzył. — Przecież teraz nie możecie już liczyć na to, że zdradzę jej cokolwiek z tego, czego nie chcę wam ujawnić.

— Dlaczego więc pozwalasz jej zostać? — zapytała spokojnie Amys. — Jeżeli nie zgodzisz się na jej towarzystwo, w jaki sposób mogłybyśmy ci je narzucić?

— W ten sposób wiem przynajmniej, kto jest waszym szpiegiem.

Mieć Aviendhę na oku wydawało się znacznie prostszym rozwiązaniem niźli próżne domysły, któryż to z Aielów go obserwuje. Gdyby nie jej obecność, przypuszczalnie podejrzewałby, że każda przypadkowa uwaga ze strony Rhuarca jest próbą wścibiania nosa w nie swoje sprawy. Rzecz jasna, nie było sposobu, by definitywnie się przekonać, iż jest inaczej. Rhuarc był mężem jednej z tych kobiet. Nagle poczuł przypływ zadowolenia, że nie wyznał niczego więcej wodzowi klanu. I smutek, że w ogóle w ten sposób pomyślał. Na jakiej podstawie mógł kiedyś sądzić, że Aielowie są bardziej szczerzy od taireńskich Wysokich Lordów?

— Zadowolony jestem z jej obecności przy mnie.

— A więc wszyscy jesteśmy zadowoleni — podsumowała Bair.

Spojrzał chytrze na pomarszczoną kobietę. W jej głosie zabrzmiała jakaś nutka, która wskazywała, że tamta wie więcej, niźli zdradza.

— Ona nie pozna tego, co pragniecie wiedzieć.

— A co pragniemy wiedzieć? — warknęła Melaine, a kiedy potrząsnęła głową, jej długie włosy na chwilę spłynęły na twarz. — Proroctwo powiada, że „tylko nieliczni z nielicznych ocaleją”. Tym, czego chcemy, Randzie al’Thor, Car’a’carnie, jest uratowanie tylu ludzi, ilu się tylko da. Niezależnie od twej krwi, twojej twarzy, nie rozumiesz nas. Zmuszę cię, byś poznał naszą krew poprzez swoją, choćbyś miał paść...

— Sądzę — przerwała jej łagodnie Amys — że on wolałby teraz zobaczyć swoją sypialnię. Wygląda na zmęczonego.

Klasnęła ostro w dłonie i pojawiła się szczupła kobieta gai’shain.

— Zaprowadź tego człowieka do pomieszczenia, które dlań przygotowano. Zatroszcz się, by otrzymał wszystko, czego mu potrzeba.

I zostawiwszy go tak stojącego pośrodku pokoju, Mądre skierowały się ku drzwiom, oczy Bair i Seany wbite w Melaine przypominały cztery sztylety, podobnie patrzyły członkinie Koła Kobiet, kiedy zamierzały kogoś ostro skarcić. Melaine jednak nie zwracała na nie uwagi; kiedy drzwi zamknęły się za tamtymi, wymruczała coś, co brzmiało jak: „nauczyć rozumu tę głupią dziewczynę”.

Jaką dziewczynę? Aviendhę? Ona przecież już robiła wszystko, co chciały. Może Egwene? Wiedział, że uczy się czegoś pod kierunkiem Mądrych. Cóż takiego Melaine miała na myśli, mówiąc, że powinien „paść”, ażeby „poznać ich krew poprzez jego”? W jaki sposób „pasienie czegoś” mogło sprawić, by stał się Aielem?

„Może wpaść w pułapkę? Głupiec! Nie powiedziałaby przecież prosto z mostu, że chce, bym wpadł w pułapkę. Co można paść? Pasie się owce” — pomyślał i zaśmiał się cicho.

Był zmęczony. Zbyt zmęczony, by teraz zadawać pytania, po dwunastu przeszło dniach spędzonych w siodle, na kompletnie spalonej żarem i suchej ziemi; nie chciało mu się nawet myśleć o tym, jakby się czuł, gdyby pokonał tę odległość, idąc pieszo. Aviendha musiała mieć nogi ze stali. Pragnął tylko położyć się do łóżka.

Gai’shain była śliczna, wyjąwszy cieniutką bliznę nad jednym z błękitnych oczu, sięgającą dalej, aż za linię włosów, tak jasną, że wydawała się niczym srebrna nitka inkrustowana w skórce. Kolejna Panna, tylko że nie w tej chwili.

— Zechcesz pójść za mną? — zapytała cicho, spuszczając wzrok.

Sypialnia nie przypominała, rzecz jasna, wielkiej komnaty, jaką zajmował w Łzie. Nie zaskoczyło go, że „łóżko” stanowił gruby siennik rozłożony na szczycie stosu jaskrawo ubarwionych dywaników. Gai’shain — miała na imię Chion — wyglądała na zaskoczoną, kiedy poprosił ją o wodę do mycia, ale zmęczyły go już potne kąpiele. Mógł się założyć, że Moiraine i Egwene nie musiały siedzieć w pełnym pary namiocie, aby się oczyścić. Chion przyniosła gorącą wodę w wielkim brązowym dzbanie, używanym do podlewania ogrodu, oraz wielką białą miskę — rodzaj umywalki. Odprawił ją, kiedy zaproponowała mu, że go umyje. Przedziwni byli ci wszyscy ludzie!

Pozbawione okien pomieszczenie oświetlały srebrne lampy, zwisające z uchwytów w ścianach, ale kiedy skończył się myć, wiedział, iż na zewnątrz nie zapadły jeszcze ciemności. Nie dbał o to jednak. Na sienniku leżały jedynie dwa koce, żaden z nich nie był szczególnie gruby. Bez wątpienia kolejna oznaka hartu Aielów. Wspominając chłodne noce w namiocie, ubrał się na powrót, rezygnując jedynie z czerwonego kaftana oraz butów, potem zdmuchnął płomienie lamp i w gęstej ciemności wślizgnął pod koce.

Mimo iż był zmęczony, nieustannie przewracał się na posłaniu; nie potrafił przestać myśleć. W co Melaine chciała, żeby wpadł? Dlaczego Mądre nie dbały o to, iż wiedział, że Aviendha jest ich szpiegiem? Aviendha. Piękna kobieta, nawet jeśli bardziej uparta niż kozioł, któremu wszystkie cztery kopyta pokaleczyły kamienie. Oddech powoli mu się uspokajał, myśli stawały się coraz bardziej mgliste. Miesiąc. Zbyt długo. Nie ma wyboru. Honor. Śmiech Isendre. Obserwujący go Kadere. Pułapka. Wpaść w pułapkę. Czyją pułapkę? Którą pułapkę? Pułapki. Gdyby tylko mógł zaufać Moiraine. Perrin. Dom. Perrin prawdopodobnie pływa w...

Z zamkniętymi oczyma Rand rozbijał ramionami wodę. Wspaniale chłodna. I taka mokra. Miał wrażenie, że nigdy dotąd nie rozumiał, jak dobrze jest czuć wilgoć. Uniósł głowę i rozejrzał się wokół, spoglądając na linię wierzb rosnących nad jednym z brzegów stawu oraz wielki dąb na drugim, rozpościerający grube gałęzie ponad wodą. Wodny Las. Dobrze jest być w domu. Miał uczucie, że gdzieś wyjeżdżał; gdzie, nie było do końca jasne, ale nie miało to również szczególnego znaczenia. Do Wzgórza Czat. Tak. Nigdy przecież nie podróżował dalej. Chłód i wilgoć. I samotność.

Nagle dwa ciała przecięły powietrze i z podkurczonymi kolanami wylądowały w wodzie z wielkim pluskiem. Otrząsając wodę z oczu, zobaczył, jak z obu stron śmieją się do niego Elayne i Min, tylko ich głowy wystawały spod bladozielonej powierzchni stawu. Wystarczyłyby dwa ruchy rąk, by znaleźć się przy jednej z nich. I porzucić drugą. Nie mógł kochać ich obu. Miłość? Dlaczego w ogóle przyszło mu to do głowy?

— Sam nie wiesz, kogo kochasz.

Odwrócił się wśród plusku wody. Aviendha stała na brzegu, odziana nie w spódnicę i bluzkę, lecz w cadin’sor. Jej oczy nie rzucały jednak groźnych błysków, tylko patrzyła spokojnie.