Выбрать главу

— Nie było ich zbyt wiele — powiedział bez namysłu. — Miały tylko odciągnąć uwagę.

„Aby Draghkary miały wolną rękę i mogły swobodnie dopaść Randa?”

— Myślę, że masz rację — odrzekła powoli. — Czy jesteś wodzem mieszkańców mokradeł?

Żałował, że w porę nie ugryzł się w język.

— Czytałem kiedyś książkę na ten temat — wymamrotał, odwracając się.

„Przeklęte fragmenty przeklętej pamięci innych ludzi”.

Być może po tym wszystkim handlarze zdecydują się wyjechać.

Kiedy jednak zatrzymał się przy wozach, ani Kadere, ani Keille nigdzie nie było widać. Woźnice skupili się razem, pośpiesznie krzątając wokół dzbanów czegoś, co pachniało jak dobra brandy, którą sprzedawali, mamrocząc i gestykulując, jakby trolloki naprawdę doszły do nich choćby na odległość, z której mogliby wyczuć ich zapach. Isendre stała na szczycie schodów wiodących do wozu Kadere i marszcząc czoło, wpatrywała się w przestrzeń. Nawet z nastroszonymi brwiami jej twarz, na poły zakryta przejrzystą szarfą, była piękna. Cieszył się, że przynajmniej wspomnienia kobiet są jego własne.

— Z trollokami koniec — poinformował ją, wspierając się na drzewcu włóczni, tak aby nie mogła go nie dostrzec.

„Nie ma sensu ryzykować rozłupania czaszki, żeby potem nic z tego nie mieć”.

Nie potrzebował też się wysilać, by jego głos przepełniało zmęczenie.

— Ciężki bój, ale jesteś już bezpieczna.

Spojrzała z góry na niego, jej twarz pozbawiona była wyrazu, a oczy lśniły w księżycowym świetle niczym ciemne, wypolerowane kamienie. Bez słowa odwróciła się i weszła do środka, zatrzaskując drzwi za sobą. Mocno.

Mat wydał z siebie długie, pełne niesmaku westchnienie i oddalił się od wozów. Czegóż należy dokonać, aby wywrzeć wrażenie na kobiecie? W tej chwili pragnął już tylko znaleźć się we własnym łóżku. Z powrotem pod kocami i niech Rand sam się zajmuje trollokami oraz przeklętymi Draghkarami. Ten człowiek chyba to lubi. Przynajmniej tak sugerował ten jego śmiech.

Rand zaś szedł teraz pod górę, zboczem wąwozu, poświata miecza niczym lampa rozświetlała ciemności wokół niego. Pojawiła się Aviendha, biegła mu na spotkanie, z uniesionymi powyżej kolan spódnicami, potem nagle się zatrzymała. Pozwoliła sukniom opaść, wygładziła je i ruszyła przy boku Randa, owijając szal wokół głowy. On zdawał się jej nie dostrzegać, a ona miała twarz martwą jak kamień. Zasługiwali na siebie wzajemnie.

— Rand. — Cień szybko przemykający przez noc odezwał się głosem Moiraine, nieomal równie melodyjnym jak Keille, ale dźwięczący chłodniejszą muzyką. Rand odwrócił się, a ona zwolniła, zanim mógł ją wyraźnie dostrzec, i weszła w krąg światła z iście królewskim majestatem.

— Sprawy przybierają coraz bardziej niebezpieczny obrót, Rand. Atak na Stanicę Imre mógł być skierowany przeciw Aielom... mało to prawdopodobne, ale nie można takiej możliwości wykluczać... natomiast dzisiaj Draghkary zdecydowanie szukały ciebie.

— Wiem.

Tylko tyle. Równie spokojnie jak ona i być może jeszcze chłodniej.

Usta Moiraine zacisnęły się, a dłonie wciąż ściskały fałdy sukni; nie była szczególnie zadowolona z takiej odpowiedzi.

— Proroctwa stają się najbardziej niebezpieczne, kiedy usiłujesz wprowadzić je w czyn. Nie nauczyłeś się tego jeszcze w Łzie? Wzór oplata się wokół ciebie, ale kiedy spróbujesz splatać go na własną rękę, możesz go nie utrzymać. Schwyć Wzór zbyt mocno, a stworzysz napięcie, które spowoduje, że wybuchnie na wszystkie strony. Któż wie, jak wiele czasu upłynie, zanim wszystko znowu się skupi wokół ciebie, i co się stanie, nim to wreszcie nastąpi?

— To jest równie jasne jak twe pozostałe tłumaczenia — sucho odparł Rand. — Czego ty chcesz, Moiraine? Jest późno, a ja jestem zmęczony.

— Chcę, żebyś mi zaufał. Sądzisz, że wiesz już wszystko, czego można się dowiedzieć? Minął dopiero ponad rok, od kiedy opuściłeś swoją wioskę.

— Nie. Jeszcze nie dowiedziałem się wszystkiego. — Teraz w jego głosie brzmiało rozbawienie; czasami Mat nie był już taki pewien, że Rand jest równie zdrowy na umyśle, na jakiego wyglądał. — Chcesz, żebym ci zaufał, Moiraine? W porządku. Twoje Trzy Przysięgi nie pozwolą ci skłamać. Odpowiedz szczerze, że cokolwiek ci powiem, nie spróbujesz mnie powstrzymać ani przeszkodzić mi w żaden sposób. Powiedz, że nie będziesz usiłowała użyć mnie do realizacji celów Wieży. Powiedz to prosto i wyraźnie, tak abym wiedział, że to prawda.

— Nie zrobię niczego, by powstrzymać cię przed wypełnieniem twego przeznaczenia. Poświęciłam temu całe swe życie. Ale nie przyrzeknę, że będę spokojnie patrzeć, jak podkładasz swoją głowę pod spadający głaz.

— To mi nie wystarcza, Moiraine. To za mało. Ale gdybym nawet potrafił tobie zaufać, i tak nie wyznałbym ci wszystkiego tutaj. Noc ma uszy. — W ciemnościach ludzie śpieszyli w różne strony, nikt jednak nie znajdował się na tyle blisko, by coś usłyszeć. — Nawet sny mają uszy.

Aviendha gwałtownym ruchem naciągnęła szal na czoło, by ukryć twarz; najwyraźniej nawet Aielowie potrafili odczuwać chłód.

Rhuarc wszedł w krąg światła, czarna zasłona zwisała swobodnie.

— Atak trolloków stanowił jedynie dywersję, która miała odciągnąć naszą uwagę od Draghkarów, Rand. Za mało ich było, by można wyciągnąć jakikolwiek inny wniosek. Draghkary przyleciały tu po ciebie, jak mniemam. Ten Który Zabija Liść nie chce, byś dłużej żył.

— Niebezpieczeństwo się potęguje — skomentowała cicho Moiraine.

Wódz klanu obrzucił ją spojrzeniem, a potem ciągnął dalej:

— Moiraine Sedai ma rację. Ponieważ Draghkary zawiodły, obawiam się, że możemy teraz oczekiwać ataku Bezdusznych, tych, których wy nazywacie Szarymi Ludźmi. Wolę, żeby wokół ciebie przez cały czas czuwały włócznie. Z jakiegoś powodu Panny zgłosiły się do tego zadania.

Chłód rzeczywiście dawał się we znaki Aviendzie. Przygarbiła ramiona, a dłonie wsunęła, najgłębiej jak się dało, w zgięcia łokci.

— Jeżeli tego chcą — powiedział Rand.

Jego głos zdradzał lekki niepokój, skrywany głęboko pod chłodnym opanowaniem. Mat nie winił go za to, on sam nigdy nie pozwoliłby sobie wpaść w ręce Panien, nawet za wszystek jedwab płynący na statkach Ludu Morza.

— Będą cię strzegły lepiej niż ktokolwiek inny — odrzekł Rhuarc — jeżeli same poprosiły o przydzielenie tego zadania. Nie mam zamiaru jednak polegać tylko na nich. Wszyscy będą cię pilnowali. Przypuszczam, że następnym razem będą to Bezduszni, ale to nie oznacza, że tak się właśnie stanie. Na przykład dziesięć tysięcy trolloków zamiast setki.

— A co z Shaido? — Mat aż zazgrzytał zębami, kiedy wszyscy nagle spojrzeli w jego stronę. Być może nie zdawali sobie nawet sprawy z jego obecności. A jednak równie dobrze on mógł zadać to pytanie. — Wiem, że nie przepadacie za nimi, ale skoro sądzicie, że istnieje możliwość ataku znaczniejszych sił, to czy nie lepiej byłoby ich wpuścić do środka, niźli trzymać na zewnątrz?

Rhuarc chrząknął, co w jego przypadku równało się przekleństwu normalnego człowieka.

— Nie wpuszczę około tysiąca Shaido do Zimnych Skał, nawet gdyby nadchodził sam Niszczyciel Traw. W każdym razie to i tak już niemożliwe. Couladin i Shaido zwinęli dzisiejszej nocy namioty. Dobrze się stało, że odeszli. Wysłałem łączników, by się upewnili, że opuszczą ziemię Taarad, nie zabierając ze sobą kilku kóz czy owiec.

Miecz w dłoni Randa zniknął i nagła ciemność opadła ich niczym ślepota. Mat zacisnął powieki, by wzrok łatwiej przystosował się do mroku, ale kiedy otworzył je ponownie, blask księżyca wciąż nie dawał dostatecznej ilości światła.