— Ja... będę ostrożna.
— To akurat nie wydaje mi się prawdopodobne — odparła sucho Amys — ale nie znam innego sposobu. Potrzeba jest tutaj kluczem. Kiedy ludzi jest już zbyt wielu, by pomieścili się w siedzibie, szczep musi się podzielić, a treścią potrzeby jest woda dla nowej siedziby. Jeżeli nikt nie zna miejsca, w którym jest woda, wówczas wzywa się jedną z nas, by ją odnalazła. Następnie konieczna jest odpowiednia dolina lub wąwóz, niezbyt daleko od pierwotnej siedziby, ale musi być tam woda. Skupienie się na tej potrzebie prowadzi cię bliżej ku temu, czego pragniesz. Ponowne skupienie doprowadza cię jeszcze bliżej. Z każdym krokiem jesteś coraz bliżej, dopóki na koniec nie tylko znajdujesz się w dolinie, ale nadto okazuje się, iż stoisz w miejscu, gdzie trzeba szukać wody. Dla ciebie sposób ten może okazać się trudniejszy, nie wiesz bowiem dokładnie, czego szukasz, chociaż zrównoważyć tę niewiedzę może głębia twej potrzeby. A nadto wiesz przecież, choć niejasno, gdzie znajduje się to, czego szukasz, wiesz, że chodzi o ten pałac.
— Musisz przy tym rozumieć, na czym. polega niebezpieczeństwo. — Mądra pochyliła się ku niej z napięciem, wymawiając kolejne słowa tonem równie ostrym jak jej spojrzenie. — Każdy krok jest stawiany na ślepo, z zamkniętymi oczyma. Nie będziesz wiedziała, gdzie się znalazłaś, kiedy je otworzysz. A odnalezienie wody nie na wiele się przyda, gdy okaże się, iż stoisz w gnieździe jadowitych węży. Kły króla gór zabijają równie szybko we śnie jak i na jawie. Podejrzewam, że te kobiety, o których mówiła Egwene, zabijają jeszcze szybciej niźli wąż.
— Ja to zrobiłam — wykrzyknęła Egwene. Nynaeve poczuła, jak tamta wzdrygnęła się, kiedy spoczęło na niej spojrzenie kobiet Aiel. — Zanim was spotkałam — dodała pośpiesznie. — Zanim wyruszyłyśmy do Łzy.
Potrzeba. Nynaeve czuła teraz odrobinę sympatii do Amys, jedna z tych srogich kobiet dała jej wszak coś, co mogła wykorzystać.
— Nie wolno wam spuszczać oczu z Egwene — poinformowała je, obejmując ją na znak, że mówi to z przyjaźni — Masz rację, Bair. Z pewnością miałaby ochotę ważyć się na więcej, niż potrafi dokonać. Zawsze taka była.
Z jakiegoś powodu Bair spojrzała na nią, unosząc brew.
— Moim zdaniem wcale taka nie jest — powiedziała oschle Amys. — Jest teraz nadzwyczaj posłuszną uczennicą. Nie jest tak, Egwene?
Usta Egwene stanowiły jedną cieniutką kreskę. Upór. Te Mądre chyba nie znają jej zbyt dobrze, jeśli sądzą, że kobietę z Dwu Rzek można nazwać posłuszną. Z drugiej jednak strony nie odezwała się ani słowem. Tego się nie spodziewała. Okazało się, że Mądre Aielów były równie twarde jak większość Aes Sedai.
Godzina, którą sobie wyznaczyła, powoli upływała, lecz gorączkowa niecierpliwość popychała ją do natychmiastowego wypróbowania nowej metody; jeżeli Elayne ją obudzi, wówczas ponowne zapadnięcie w sen może wymagać wielu godzin.
— Za siedem dni znów jedna z nas spotka się z wami w tym miejscu — powiedziała.
Egwene kiwnęła głową.
— Za siedem dni Rand wystąpi przed wodzami klanów jako Ten Który Przychodzi Ze Świtem i wszyscy Aielowie opowiedzą się po jego stronie. ~ — W oczach Mądrych pojawiły się przelotnie jakieś błyski, a Amys poprawiła swój szal. Egwene nie dostrzegła tego. — Ale tylko Światłość wie, co on zamierza zrobić potem.
— Za siedem dni — powtórzyła Nynaeve. — Elayne i ja wyrwiemy już z rąk Czarnych Ajah to, czego poszukuje Liandrin.
Albo, co bardziej prawdopodobne, one znajdą to pierwsze. A więc Mądre nie miały wcale większej pewności, iż Aielowie pójdą za Randem niż Egwene w kwestii jego planów. Żadnej pewności w żadnej sprawie. Nie było jednak powodu, by kłopotać Egwene kolejnymi wątpliwościami.
— Kiedy jedna z nas spotka się z wami ponownie, zdążymy już schwytać je wszystkie za karki i wsadzić do worków, w których pojadą na proces do Wieży.
— Staraj się zachować ostrożność, Nynaeve. Zdaję sobie sprawę, że nie bardzo wiesz, jak to zrobić, ale mimo to spróbuj. Elayne również przekaż ode mnie te słowa. Ona nie jest taka... śmiała... jak ty, ale czasami prawie ci dorównuje.
Amys i Bair położyły dłonie na ramionach Egwene i wszystkie zniknęły.
Starać się zachować ostrożność? Głupia dziewczyna. Zawsze wszak była ostrożna. A cóż takiego Egwene chciała powiedzieć zamiast słowa „śmiała”? Nynaeve splotła ściśle ramiona, aby w ten sposób choć częściowo stłumić pragnienie szarpania za warkocz. Być może lepiej nie wiedzieć.
Uświadomiła sobie, że zapomniała powiedzieć Egwene o Egeanin. Może to i lepiej, może lepiej nie przywoływać wspomnień z niewoli. Nynaeve aż za dobrze pamiętała koszmary, jakie nawiedzały tamtą jeszcze całe tygodnie po uwolnieniu; budziła się wtedy, krzycząc, iż już nikt nigdy nie zakuje jej w łańcuchy. Znacznie lepiej pozostawić rzeczy takimi, jakimi były. Przecież Egwene wcale nie musi spotkać tej Seanchanki.
„Żeby ta baba sczezła! Żebyś, Egeanin, sczezła na proch! Żebyś sczezła!”
— W ten sposób marnuję tylko czas — powiedziała na głos.
Słowa rozniosły się echem wśród wysokich kolumn. Po odejściu tamtych to miejsce zaczęło wyglądać jeszcze bardziej złowieszczo niż przedtem; coraz bardziej przypominało zasadzkę pełną przyczajonych obserwatorów i istot, które w każdej chwili mogą ci skoczyć na plecy. Czas się stąd wynosić.
Najpierw jednak zmieniła fryzurę w pęk długich, cienkich warkoczyków, suknię zaś w przylegające fałdy zielonego jedwabiu. Przejrzysty woal, który zakrył jej usta i nos, unosił się lekko z każdym oddechem. Z grymasem niesmaku wplotła jeszcze we włosy jadeitowe paciorki. Jeżeli któraś z Czarnych sióstr będzie akurat używać skradzionego ter’angreala, żeby się dostać do Świata Snów, to pomyśli sobie, że ona jest jedynie zwykłą kobietą z Tarabon, która wśniła się doń w najzupełniej zwykły sposób. Niektóre z nich znały ją jednak z widzenia. Uniosła pęk przetykanych paciorkami warkoczyków i uśmiechnęła się. Jasnozłociste. Nie wiedziała dotąd, że to możliwe.
„Ciekawe, jak wyglądam z takimi włosami. Czy wciąż będą mogły mnie poznać?”
Nagle przed Callandorem pojawiło się wysokie stojące zwierciadło. W jego głębi ujrzała, jak oczy rozwierają się jej szeroko; podobne do pąka róży usta rozdziawiły się ze zdumienia. Miała twarz Rendry! Jej rysy migotały, zmieniając się. Oczy i włosy stawały się to ciemniejsze, to jaśniejsze; z wysiłkiem udało jej się ustalić i zatrzymać oblicze karczmarki. W ten sposób nikt jej nie pozna. A Egwene sądziła, że ona nie potrafi zachować ostrożności.
Przymknęła oczy, skupiła się na Tanchico, na Pałacu Panarcha, na swej potrzebie. Coś groźnego dla Randa, dla Smoka Odrodzonego, potrzeba... Otaczający ją obraz Tel’aran’rhiod zlał się; poczuła to nieomal namacalnie, chwiejny poślizg, i otworzyła oczy, ciekawa, gdzie się znalazła.
Była to czyjaś sypialnia, wielka niczym wszystkie sześć w „Dworcu Trzech Śliw”; wytynkowane na biało ściany zdobiły malowane fryzy, złote lampy zwisały ze stropu na pozłacanych łańcuchach. Wysokie kolumny łoża wyciągały rzeźbione gałęzie i liście ku baldachimowi nad materacami. Kobieta, której brakowało wielu jeszcze lat do wieku średniego, stała, wsparta sztywno plecami o słupek baldachimu, w nogach łóżka; była wyjątkowo piękna z tymi wydętymi ustami, jakimi Nynaeve ozdobiła również własną twarz. Na jej czarnych, zaplecionych w warkocze włosach spoczywała korona ze złotych trójkątnych liści, pomiędzy którymi osadzono rubiny i perły oraz pojedynczy kamień księżycowy większy od gęsiego jaja, natomiast kark opinała szeroka stuła, spływająca aż do kolan, zdobiona na całej długości złotymi sylwetkami drzew. Jednak prócz korony i stuły okrywała ją jedynie lśniąca warstewka potu.