Rozbiegane oczy stojącej coraz to spoczywały na kobiecie, która wypoczywała na niskiej otomanie. Tamta druga była zwrócona plecami do Nynaeve i zdawała się równie mglista jak przedtem Egwene. Niska i szczupła; ciemne włosy spływały swobodnie na ramiona, szerokie suknie z bladożółtego jedwabiu z pewnością nie należały do kobiety z Tarabon. Nynaeve nie musiała przyglądać się jej twarzy, by wiedzieć, że zobaczy wielkie błękitne oczy i lisie oblicze, ani też widzieć strumieni Powietrza wiążących drugą kobietę do słupka, by zrozumieć, iż patrzy na Temaile Kinderode.
— ...dowiedzieć się tak dużo, wykorzystując sny, zamiast marnować czas na przesypianiu go. — Temaile mówiła z cairhieniańskim akcentem, śmiejąc się. — Czy dobrze się bawisz? Czego mam cię nauczyć w następnej kolejności? Wiem. Kochałam Dziesięć Setek Żeglarzy.
Pokiwała ostrzegawczo palcem.
— Możesz być pewna, że nauczysz się dokładnie całego tekstu, Amathero. Wiesz, że nie mam ochoty... Na co się gapisz?
Znienacka Nynaeve zrozumiała, że kobieta przywiązana do słupka — Amathera? Panarch? — patrzy prosto na nią. Temaile poruszyła się leniwie, jakby chciała odwrócić głowę.
Nynaeve zacisnęła powieki. Potrzeba.
Wszystko wokół zlało się.
Nynaeve wsparła się ociężale o wąską kolumnę i odetchnęła głęboko, jakby przed chwilą przebiegła właśnie dwadzieścia mil, nie miała nawet siły zastanowić się, gdzie jest. Jej serce waliło jak młotem. Amys mówiła o wylądowaniu w gnieździe jadowitych węży. Temaile Kinderode. Czarna siostra, o której Amico powiedziała, że bawi ją zadawanie bólu, bawi ją na tyle, iż stało się przedmiotem nieprzychylnego komentarza ze strony innej z Czarnych Ajah. A ona nie była zdolna przenieść nawet iskierki. Mogła skończyć obok Amathery jako jeszcze jedna ozdoba słupka baldachimu.
„Światłości! — Zadrżała, kiedy to dotarło do niej. — Uspokój się, kobieto! Uciekłaś, a Temaile, nawet jeśli cię widziała, patrzyła na kobietę o włosach koloru miodu, która natychmiast zniknęła, na zwyczajną Tarabonkę, której zdarzyło się wśnić na moment do Tel’aran’rhiod”.
Z pewnością Temaile nie mogła być wystarczająco długo świadoma jej obecności, by wyczuć, iż ona potrafi przenosić. Nawet jeśli nie potrafiła tego dokonać w danej chwili, zdolność ta była w niej, mogła ją wyczuć każda, która również dysponowała tym talentem. Tylko chwila. Jeżeli dopisze szczęście, wystarczająco krótka.
Przynajmniej znała teraz sytuację Amathery. Z pewnością nie była sprzymierzeńcem Temaile. Nowa metoda poszukiwań już zdążyła zaowocować efektami. Ale tego nie było dosyć, jeszcze nie. Usiłując zapanować nad oddechem, rozejrzała się dookoła.
Szeregi wąskich białych kolumn biegły wzdłuż całej długości ścian prostokątnego pomieszczenia, pod stopami miała gładką posadzkę z białego kamienia, na suficie, ponad głową, złocone sztukaterie. Wokół całego obwodu komnaty, wyjąwszy drzwi, biegła lina z białego jedwabiu, zawieszona na wysokich do pasa słupkach z wypolerowanego ciemnego drewna. Wzdłuż ścian stały gabloty i otwarte szafki, a także kości osobliwych zwierząt. Główna sala wystawowa pałacu, jak wywnioskowała z opisu Egwene. To, czego szukała, musiało znajdować się w tutaj. Drugi krok zrobiła już bez wahania; tu z pewnością nie było żadnych węży, żadnych Temaile Kinderode.
Za szklaną gablotą, stojącą na czterech zdobnych nóżkach pośrodku posadzki, dostrzegła nagle przystojną kobietę, o ciemnych włosach falami spływających na ramiona. Nie była Tarabonką, ale to nie ten egzotyczny w tym miejscu wygląd sprawił, że Nynaeve zapatrzyła się na nią. Suknia kobiety zdawała się utkana z mgły, czasami srebrna i nieprzezroczysta, czasami szara i tak cienka, że wyraźnie odsłaniała jej członki i ciało. Skądkolwiek wśniła się tutaj, z pewnością musiała mieć bogatą wyobraźnię, aby coś takiego wymyślić! Nawet skandaliczne suknie Dumani, o których tylko dotąd słyszała, nie mogły się równać z tym strojem.
Kobieta z uśmiechem przejrzała się w przeszklonej gablocie, a potem ruszyła dalej w swej wędrówce po komnacie, aż zatrzymała się w odległym jej krańcu, przed jakimś ciemnym przedmiotem umieszczonym na szczycie postumentu z białego kamienia. Nynaeve nie mogła dostrzec, co to takiego.
Marszcząc czoło, dziewczyna rozluźniła uchwyt na garści warkoczyków w kolorze miodu. Kobieta z pewnością zniknie w każdej chwili, mało komu udawało się wśnić na długo do Tel’aran’rhiod. Oczywiście nie miało to żadnego znaczenia, czy tamta ją zobaczy, bez wątpienia nie była to któraś z listy Czarnych sióstr. A jednak wydawała się jakoś... Nynaeve zorientowała się, że znowu szarpie za pęk warkoczyków. Ta kobieta... Jakby kierowana własną wolą, dłoń szarpnęła raz jeszcze — mocno — ona zaś przyjrzała się jej zdumiona; kłykcie jej palców pobielały, ręka drżała. To było nieomal tak, jakby sądziła, że ta kobieta... Ramiona niepohamowanie drżały, dłoń niemalże chciała wyrwać wszystkie włosy z jej czaszki.
„Dlaczego, na Światłość?”
Kobieta odziana w mgłę wciąż stała przed frontem odległego białego cokołu. Drżenie objęło już całą rękę Nynaeve, aż po ramię. Z pewnością nigdy dotąd nie spotkała tamtej. A jednak... Starała się na siłę rozewrzeć palce, zacisnęły się tylko jeszcze bardziej kurczowo. Z pewnością nigdy. Drżała już teraz od stóp do głów, starała się opanować, okładając się drugą ręką, która jeszcze była wolna. Z pewnością... Zaczynała już szczękać zębami. Ta kobieta przypominała... Miała ochotę zanieść się szlochem. Ta kobieta.
Nagle wnętrze jej pamięci wypełniły eksplodujące obrazy, wtuliła się w stojącą obok kolumnę, jakby z niej mogła zaczerpnąć siłę, w fizycznym czysto sensie, i zamarła z wytrzeszczonymi oczyma. Przypomniała sobie. Zobaczyła to znowu. Komnata Opadającego Kwiecia i ta kobieta o surowej urodzie otoczona poświatą saidara. Ona i Egwene paplające niczym dzieci, na wyścigi starające się udzielić odpowiedzi, wylewające z siebie wszystko, co tylko było im wiadome. Ile zdążyły jej powiedzieć? Trudno było przypomnieć sobie szczegóły, niejasno pamiętała jednak, że niektóre rzeczy udało im się zachować w tajemnicy. Nie dlatego, by tego chciały — powiedziałaby tej kobiecie wszystko, zrobiła wszystko, o co tamta by poprosiła. Jej twarz płonęła wstydem. I gniewem. Jeżeli udało jej się zataić choćby odrobinę, stało się tak tylko dlatego, bo była tak... chętna!... do odpowiedzi na ostatnie pytanie, że omijała poprzednie.
„To nie ma sensu — usłyszała jakiś cichy głos, gdzieś w głębi jej umysłu. — Jeżeli ona jest Czarną siostrą, o której niczego nie wiem, dlaczego nie przekazała nas w ręce Liandrin? Przecież mogła to swobodnie zrobić. Poszłybyśmy za nią jak potulne jagnięta”.
Zimna wściekłość stłumiła tamten głos. Czarna siostra sprawiła, iż tańczyła niczym kukiełka, a potem kazała jej o wszystkim zapomnieć. Rozkazała jej zapomnieć. A ona zapomniała! Cóż, teraz ta kobieta przekona się, jak to jest stawić jej czoło, gotowej i czujnej!
Zanim jednak zdążyła sięgnąć do Prawdziwego Źródła, przy następnej kolumnie ukazała się Birgitte w tym swoim krótkim białym kaftanie i żółtych spodniach zebranych w kostkach. Birgitte lub jakaś kobieta, która śniła, że nią jest, że ma te złote włosy splecione w skomplikowany warkocz. Tamta przyłożyła palec do ust w ostrzegawczym geście, potem wskazała nim Nynaeve, a następnie sklepione podwójnym łukiem wyjście za nimi. Bladobłękitne oczy spojrzały ponaglająco, po czym zniknęła.