Выбрать главу

Nynaeve potrząsnęła głową. Kimkolwiek była ta kobieta, ona nie miała czasu do stracenia. Otworzyła się na saidara, odwróciła przepełniona Mocą i słusznym gniewem. Kobieta odziana w mgłę zniknęła. Zniknęła! Ponieważ ta złotowłosa idiotka odciągnęła jej uwagę! Zapewne wciąż gdzieś tu była, czekając na nią. Otulona w Moc, wyszła przez drzwi, które wskazała jej tamta.

Złotowłosa czekała na nią w wyłożonym jaskrawymi dywanami korytarzu, gdzie wygasłe złociste lampy rozsiewały woń perfumowanej oliwy. Teraz trzymała w dłoniach srebrny łuk, a kołczan pełen srebrnych strzał wisiał u jej boku.

— Kim jesteś? — dopytywała się Nynaeve. Da tej kobiecie szansę wyjaśnienia swego zachowania. A potem udzieli jej lekcji, którą na długo zapamięta! — Czy jesteś tą samą idiotką, która krzyczała do mnie na Pustkowiu, twierdząc, że jest Birgitte? Miałam właśnie nauczyć jedną z Czarnych Ajah odrobiny dobrych manier, kiedy ty się wtrąciłaś i pozwoliłaś jej uciec!

— Jestem Birgitte — oznajmiła tamta, pochylając swój łuk. — Przynajmniej jest to imię, które powinnaś znać. A lekcja manier mogła stać się twoim udziałem, zarówno tutaj, jak i poprzednio w Ziemi Trzech Sfer. Pamiętam żywoty, które przeżyłam, jakby były zaczytanymi książkami, jedne bardziej mgliste od drugich, ale nie zapomnę nigdy, jak walczyłam u boku Lewsa Therina. Nigdy nie zapomnę oblicza Moghedien, tak samo twarzy Asmodeana, człowieka, któremu omal nie zakłóciłaś spokoju w Rhuidean.

Asmodean? Moghedien? Ta kobieta była jedną z Przeklętych? Przeklęta w Tanchico. I Przeklęty w Rhuidean, na Pustkowiu! Egwene z pewnością powiedziałaby coś, gdyby o tym wiedziała. Nie było sposobu, by ją ostrzec, przynajmniej przez najbliższe siedem dni. Gniew i saidar zafalowały w niej.

— Co ty tutaj robisz? Wiem, że wszyscy zniknęliście po tym, jak stawiliście się na wezwanie Rogu Valere, ale ty przecież...

Urwała wzburzona, straciła wątek, nie wiedząc, co powinna powiedzieć, ale tamta spokojnie skończyła za nią:

— Umarłaś? Ci z nas, którzy przykuci są do Koła, nie umierają tak jak inni ludzie. Gdzież lepiej moglibyśmy oczekiwać, aż Koło wplecie nas na powrót w kolejne żywoty, jeśli nie w Świecie Snów? — Birgitte zaśmiała się znienacka. — Zaczynam mówić, jakbym była filozofem. We wszystkich nieomal żywotach, jakie pamiętam, rodziłam się jako prosta dziewczyna, która w pewnym momencie brała łuk do ręki. Jestem tylko łucznikiem, niczym więcej.

— Jesteś bohaterką setek opowieści — powiedziała Nynaeve. — I widziałam w Falme, do czego zdolne są twoje strzały. Przenoszące Moc Seanchanki nie mogły cię nawet dotknąć. Birgitte, przyszło nam się zmierzyć z dziesięcioma Czarnymi Ajah. Oraz, jak z tego wynika, również jedną z Przeklętych. Potrzebujemy twojej pomocy.

Kobieta skrzywiła się, skonsternowana i pełna żalu.

— Nie mogę, Nynaeve. Nie jestem w stanie dotknąć nawet realnego świata, jeśli nie wezwie mnie Róg. Albo dopóki Koło mnie nie wyplecie ponownie. Gdyby się to jednak stało w tej chwili, znalazłabyś tylko dziecko kwilące u piersi matki. Jeżeli zaś chodzi o Falme, odpowiedziałam na wezwanie Rogu; my wszyscy nie znajdowaliśmy się tam w takim samym sensie, w jakim wy, czyli cieleśnie. Dlatego też Moc nie mogła wyrządzić nam żadnej krzywdy. Tutaj wszystko co do joty jest częścią snu, a Jedyna Moc może mnie zniszczyć równie łatwo jak ciebie. Łatwiej nawet. Powiedziałam ci, jestem tylko łuczniczką, czasami bywałam żołnierzem, niczym więcej.

Jej warkocz o skomplikowanym splocie zakołysał się, kiedy potrząsnęła głową.

— Nie wiem, dlaczego ci to wszystko tłumaczę. Nie powinnam wszak nawet z tobą rozmawiać.

— Dlaczego nie? Rozmawiałyśmy już wcześniej. A Egwene również sądzi, że cię widziała. To byłaś ty, nieprawdaż? — Nynaeve zmarszczyła brwi. — Skąd znasz moje imię? Czy po prostu wiesz o wszystkim?

— Wiem to, co widzę i słyszę. Obserwowałam cię i słuchałam, kiedy tylko zdarzyło mi się na ciebie natrafić. Na ciebie i te dwie pozostałe kobiety oraz młodego mężczyznę z jego wilkami. Zgodnie z przykazaniami nie wolno nam rozmawiać z nikim, kto wie, iż znajduje się w Tel’aran’rhiod. A nadto jeszcze, ponieważ zło wędruje po snach, jak czyni to w rzeczywistym świecie, wy, którzy walczycie z nim, przyciągacie mnie. Nawet jeśli wiem, że na nic prawie nie mogę się przydać. Zrozumiałam, że pragnę wam pomóc. Ale nie wolno mi. To pogwałciłoby przykazania, przykazania, które wiązały mnie przez tak wiele obrotów Koła, że w mych najdawniejszych, najsłabszych wspomnieniach pamiętam, iż żyłam już setki, tysiące razy. Rozmowa z tobą gwałci przykazania równie silne jak prawo.

— Doprawdy, tak właśnie jest — odezwał się ochrypły, męski głos.

Nynaeve aż podskoczyła i omal nie smagnęła na oślep Mocą. Mężczyzna był ciemny, silnie umięśniony, nad jego ramionami sterczały dwie rękojeści mieczy. Podszedł kilka kroków bliżej z miejsca, z którego odezwał się do Birgitte. Dzięki rozmowie z Birgitte te dwa miecze wystarczyły, by rozpoznała w nim Gaidala Caina — ale podczas gdy złotowłosa Birgitte była równie piękna jak w opowieściach, on zdecydowanie do nich nie dorastał. W rzeczy samej był najbrzydszym mężczyzną, jakiego Nynaeve kiedykolwiek widziała w życiu, z twarzą szeroką i płaską, ze zbyt wielkim, ciężko zwieszonym nosem i ustach rozcinających twarz niczym szeroka rana. Birgitte uśmiechnęła się jednak do niego; jej dotknięcie jego policzka niosło ze sobą znacznie więcej niźli tylko czułość. Z zaskoczeniem zauważyła jego niski wzrost. Prawda, potężnie zbudowany i muskularny, a każdy jego ruch zdradzał utajoną siłę i to chyba powodowało, iż na pierwszy rzut oka zdawał się wyższy niż w rzeczywistości.

— Prawie zawsze byliśmy ze sobą związani. — Birgitte poinformowała Nynaeve, nie odrywając wzroku od Caina. — Zazwyczaj rodził się znacznie wcześniej niż ja... Stąd też wiedziałam, że mój czas się zbliża, kiedy już nie mogłam go znaleźć... i zwykle w rzeczywistym świecie nienawidziłam go od pierwszego wejrzenia. Jednakże prawie zawsze kończyliśmy jako kochankowie lub małżonkowie. Prosta historia, ale wydaje mi się, że przerabialiśmy ją na tysiąc sposobów.

Cain zignorował Nynaeve, jakby w ogóle nie istniała.

— Przykazania istnieją z określonego powodu, Birgitte. Z ich złamania nigdy nie wyniknęło nic prócz przykrości i kłopotów.

Nynaeve zdała sobie sprawę, że jego głos był rzeczywiście ochrypły. Zupełnie nie przypominał mężczyzny z opowieści.

— Być może po prostu nie potrafię usiedzieć spokojnie, kiedy patrzę na walkę ze złem — cicho odrzekła Birgitte. — Albo może zwyczajnie tęsknię znowu za ciałem. Minęło dużo czasu, odkąd odrodziliśmy się po raz ostatni. Cień znowuż podnosi łeb, Gaidal. Również tutaj. Musimy z nim walczyć. To było powodem przykucia nas do Koła.

— Kiedy wezwie nas Róg, będziemy walczyć. Kiedy Koło wplecie nas w cielesny świat, będziemy walczyć. Ale nie wcześniej! — Spojrzał na nią groźnie. — Czy zapomniałaś, co Moghedien ci obiecała, kiedy poszliśmy za Lewsem Therinem? Widziałem ją, Birgitte. Dowie się, że jesteś tutaj.

Birgitte odwróciła się ku Nynaeve.

— Pomogę ci, jeśli tylko będę mogła, ale nie spodziewaj się zbyt wiele. Tel’aran’rhiod jest całym moim światem, stać mnie jednak na znacznie mniej niż ciebie.

Nynaeve zamrugała; ciemny, potężny mężczyzna nie wykonał żadnego na pozór ruchu, ale nagle znalazł się dwa kroki dalej i teraz przesuwał osełką po ostrzu jednego ze swoich mieczy z cichym, jedwabistym sykiem. Całą swą postawą oznajmiał, że jeśli o niego chodzi, Birgitte mówi sama do siebie.

— Co możesz mi opowiedzieć o Moghedien, Birgitte? Muszę wiedzieć, ile tylko można, jeśli mam stawić jej czoło.