Выбрать главу

Bandaż na głowie Abella złościł Perrina. Aes Sedai uzdrawiały ostatnio jedynie najciężej rannych; jeżeli człowiek mógł w miarę normalnie funkcjonować ze swoją kontuzją, odprawiały go z niczym. Ciężko rannych nie było dotąd szczególnie wielu, ale, jak gniewnie oznajmiła Verin, nawet Aes Sedai mają tylko określony zapas sił — najwyraźniej ich sztuczka z katapultowaniem kamieni kosztowała je równie dużo co uzdrawianie. Przynajmniej raz nie trzeba mu było przypominać o granicach możliwości Aes Sedai. Niewielu ciężko rannych. Dotąd.

— Jak jest ze strzałami? — zapytał. To właśnie o tym powinien myśleć.

— Dosyć dobrze — odrzekł Tam, odpalając fajkę od jednej ze świec. — Wciąż udaje nam się odzyskiwać większość z tego, co wystrzelimy, przynajmniej za dnia. W ciągu nocy zabierają swoich poległych jako żywność do kotłów, jak mniemam, i te groty tracimy.

Pozostali mężczyźni również wyciągnęli swe fajki z kapciuchów i kieszeni kaftanów. Cenn mamrotał coś o tym, że zapomniał kapciucha. Gderając, Bran podsunął mu swój; jego łysina lśniła w świetle świec.

Perrin potarł dłonią czoło. O cóż to zamierzał w następnej kolejności zapytać? Pale. Ostatnimi czasy, podczas większości ataków walki toczyły się przy palisadzie, szczególnie w nocy. Ile razy trolloki omal nie wdarły się do środka? Trzy? Cztery?

— Czy każdy ma już włócznię albo coś w rodzaju piki. Czego trzeba, aby zrobić ich więcej?

Zapanowało milczenie, a on opuścił dłoń. Pozostali patrzyli na niego.

— Pytałeś już o to wczoraj — łagodnie powiedział Abell. — A Haral mówił ci, że nie została ani jedna kosa czy widły w wiosce, które jeszcze nie zostały przerobione na broń. Po prawdzie to mamy ich więcej niźli rąk do walki.

— Tak. Oczywiście. Przez chwilę byłem roztargniony.

Jego czułe uszy pochwyciły urywek rozmowy Koła Kobiet.

— ...nie wolno dopuścić, by mężczyźni się dowiedzieli — mówiła cicho Marin, jakby powtarzając przestrogę, o której już wspominała wcześniej.

— Oczywiście, że nie — parsknęła Daise, ale tak samo cicho jak tamta. — Jeżeli ci głupcy dowiedzą się, że kobiety dostają tylko połowę racji, będą nalegali, byśmy jadły tyle samo, a my nie możemy...

Perrin przymknął oczy, starając się nie słuchać. Oczywiście. Mężczyźni walczyli. Mężczyźni musieli zachowywać siły. Proste. Przynajmniej żadna z kobiet nie musiała jeszcze walczyć. Pominąwszy dwie kobiety Aiel, oczywiście, oraz Faile, ale ona była na tyle sprytna, by trzymać się z dala, gdy dochodziło do kłucia włóczniami przy palisadzie ogrodzenia. Dlatego właśnie znalazł dla niej łuk. Miała serce pantery i więcej odwagi niźli dwóch mężczyzn.

— Myślę, że już czas, byś położył się do łóżka, Perrin — zaproponował Bran. — Nie wytrzymasz tak, sypiając po godzinie to tu, to tam.

Drapiąc się żywo po brodzie, Perrin próbował się zachowywać raźniej.

— Wyśpię się później. — Kiedy to się skończy. — Czy wszyscy mężczyźni mają dosyć snu? Widziałem, jak niektórzy siedzą, podczas gdy powinni...

Drzwi frontowe otworzyły się z trzaskiem i z mroku do środka wszedł kościsty Dannil Lewin, z łukiem w dłoni, cały odziany w skórę. Przy biodrze przypasany miał jeden z mieczy, które poprzednio znajdowały się w baryłce; kiedy starczało czasu, Tam dawał lekcje szermierki, czasami zastępował go któryś ze Strażników.

Zanim Dannil zdążył choćby otworzyć usta, Daise warknęła:

— Gdzie ty się wychowałeś, w stodole, Dannilu Lewin?

— Z pewnością mógłbyś traktować moje drzwi odrobinę delikatniej. — Marin obrzuciła znaczącym spojrzeniem najpierw chudego chłopca, a potem Daise, przypominając, że to jednak jest jej dom.

Dannil skłonił głowę, odkaszlnął.

— Przepraszam, pani al’Vere — wyjąkał pośpiesznie. — Przepraszam, Wiedząca. Przepraszam, że tak wpadłem do środka, ale mam wiadomość dla Perrina.

Pośpiesznie ruszył w kierunku stołu, przy którym siedzieli mężczyźni, jakby się obawiał, że kobiety mogą go znowu zatrzymać.

— Białe Płaszcze przyprowadziły tutaj człowieka, który chce z tobą mówić, Perrin. Nie chce rozmawiać z nikim więcej. Zostawili go na skraju wioski. Nie sądzę, aby udało mu się dojść do gospody.

Perrin podniósł się od stołu.

— Idę. — Przynajmniej nie był to kolejny atak. Te nocne bywały najgorsze.

Faile schwyciła swój łuk i przyłączyła się do niego, zanim zdążył dotrzeć do drzwi. A z półmroku z wahaniem wyłonił się Aram. Czasami Perrin zapominał o jego istnieniu, tak cicho się zachowywał. Wyglądał dziwnie, z mieczem przypasanym na grzbiecie, odziany w lepiący się od brudu, żółty kaftan Druciarza; jego oczy lśniły gorączką, wydawał się w ogóle nie mrugać, a twarz pozbawiona była wyrazu. Ani Raen, ani Ila nie odezwali się słowem do swego wnuka, od czasu jak wziął do ręki miecz. Do Perrina zresztą również nie.

— Jeżeli chcesz iść, to chodź — powiedział burkliwie, a Aram zaraz stanął za nim. Ten chłopak chodził za nim jak pies, kiedy tylko nie zadręczał Tama, lhvona lub Tomasa, aby uczyli go posługiwać się mieczem. Było to tak, jakby w Perrinie widział cały swój lud i rodzinę. Perrin, gdyby mógł, postarałby mu się ich zastąpić, ale spoczywała na nim odpowiedzialność za los wszystkich.

Księżycowa poświata spływała na kryte strzechą dachy. W kilku jedynie domach światło paliło się w więcej niż jednym oknie. Cisza otulała całą wioskę. Jakichś trzydziestu Towarzyszy stało na straży wokół gospody ze swymi łukami, miecze nosili tylko ci, którym udało się je zdobyć; wszyscy zaakceptowali to miano, a Perrin ku własnemu niesmakowi przyłapywał się na tym, że również go używa. Przyczyna, dla której strzegli gospody lub każdego innego miejsca, w którym przebywał Perrin, znajdowała się na Łące, gdzie nikt już nie wypasał ani owiec, ani krów — obozowe ogniska skupione nad brzegiem Winnej Jagody obok miejsca, w którym ten głupi sztandar z łbem wilka zwisał teraz bezwładnie z masztu, kałuże jasności w mroku, otoczone płaszczami, blado połyskującymi w świetle księżyca. Nikt nie chciał Białych Płaszczy w swoim domu, większość siedzib i tak już była przeludniona, zresztą Bornhald w żadnym razie nie miał ochoty, aby jego żołnierze się rozdzielali. Zdawał się oczekiwać, iż w każdej chwili cała wioska może się zwrócić przeciwko niemu i jego ludziom — jeśli stali po stronie Perrina, musieli być Sprzymierzeńcami Ciemności. Nawet wzrok Perrina nie potrafił wyłowić z mroku twarzy skupionych przy ogniskach, miał jednak wrażenie, że czuje na sobie spojrzenie Bornhalda, cierpliwe, przepełnione nienawiścią.

Dannil przydzielił Perrinowi dziesięciu Towarzyszy jako eskortę, samych młodych ludzi, którzy kiedyś śmiali się i psocili wraz z nim; teraz z łukami w pogotowiu zdecydowani byli zadbać o jego bezpieczeństwo. Aram nie przyłączył się do nich, kiedy mały oddział pod komendą Dannila ruszył mroczną, błotnistą uliczką — on był tutaj dla Perrina i dla nikogo więcej. Faile również nie odstępowała jego boku, jej ciemne oczy lśniły w świetle księżyca, wpatrując się uważnie w otoczenie, jakby to stanowiło jego jedyną ochronę.