Выбрать главу

W miejscu, gdzie Stara Droga wchodziła do Pola Emonda, barykadujące przejście wozy odsunięto na bok, aby przepuścić patrol Białych Płaszczy, dwudziestu żołnierzy odzianych w śnieżnobiałe płaszcze z lancami w dłoniach, w błyszczących zbrojach, na koniach przebierających niecierpliwie nogami. W nocy łatwo rzucali się w oczy, a większość trolloków wzrok miała nie gorszy niż Perrin, lecz Białe Płaszcze upierały się przy wysyłaniu patroli. Czasami ich zwiadowcy przynosili wartościowe ostrzeżenia, a nadto nękali wroga, co zapewne wytrącało nieco trolloki z równowagi. Nie byłoby w tym nic złego, on jednak zastanawiał się, cóż takiego właściwie robili wcześniej?

Grupka mieszkańców wioski i okolicznych rolników, odzianych w większości we fragmenty starych zbroi i pordzewiałe hełmy, stała skupiona wokół mężczyzny leżącego na drodze. Mężczyzna ubrany był w prosty wiejski ubiór. Rozstąpili się, by przepuścić Faile i jego. Podszedł bliżej i ukląkł na ziemi obok leżącego.

Poczuł silną woń krwi, na twarzy tamtego w księżycowej poświacie lśnił pot. Z klatki piersiowej sterczała gruba na kciuk strzała trolloka niczym nieduża włócznia.

— Perrin... Złotooki — wychrypiał ranny, z trudem łapiąc oddech. — Muszę... dostać się... do Perrina... Złotookiego.

— Czy ktoś już posłał po Aes Sedai? — chciał wiedzieć Perrin, jednocześnie uniósł głowę tamtego tak delikatnie, jak tylko potrafił. Nie wsłuchał się nawet w odpowiedź na swoje pytanie, nie sądził, aby ten człowiek miał żyć wystarczająco długo, by doczekać pomocy. — Ja jestem Perrin.

— Złotooki? Nie... widzę... zbyt dobrze. — Spojrzenie zdziczałych, szeroko rozwartych oczu spoczywało dokładnie na twarzy Perrina; gdyby w ogóle coś widział, musiałby dostrzec jego oczy lśniące złotem w mroku.

— Ja jestem Perrin Złotooki — przyznał niechętnie.

Tamten schwycił kurczowo jego kołnierz i z zaskakującą siłą przyciągnął twarz bliżej swojej.

— Przy... bywamy. Wysłano mnie... żebym... powiedział. Przy...

Głowa opadła mu do tyłu, oczy wypełniła pustka.

— Niech Światłość będzie z jego duszą — wymruczała Faile, przewieszając łuk przez plecy.

Dopiero po chwili Perrin uwolnił zaciśnięte palce tamtego.

— Czy ktoś go zna? — Ludzie z Dwu Rzek wymienili między sobą spojrzenia i pokręcili głowami. Perrin spojrzał do góry na konnych. — Czy powiedział coś jeszcze, kiedy wieźliście go tutaj? Gdzie go znaleźliście?

Jaret Byar spojrzał na niego z góry, wycieńczona twarz, puste oczy — uosobienie śmierci. Pozostałe Białe Płaszcze zazwyczaj uciekały spojrzeniami przed wzrokiem Perrina, ale Byar zawsze patrzył prosto w jego żółte oczy, zwłaszcza w nocy, gdy się iskrzyły. Teraz mruknął tylko coś pod nosem, Perrin dosłyszał słowa: „Pomiot Cienia!” i zaraz potem pognał konia naprzód. Patrol pogalopował do wioski, z równą niecierpliwością pragnąc się znaleźć jak najdalej zarówno od Perrina, jak i od trolloków. Aram patrzył za nimi, twarz miał zupełnie pustą, jednak palce prawej dłoni szukały ponad ramieniem rękojeści miecza.

— Powiedzieli, że znaleźli go jakieś trzy, cztery mile na południe stąd. — Dannil zawahał się, a potem dodał: — Mówili też, że trolloki rozproszyły się w małych grupkach, Perrin. Być może postanowiły wreszcie zrezygnować.

Perrin pozwolił, by ciało obcego spoczęło na ziemi.

„Przybywamy”.

— Obserwuj wszystko uważnie. Być może jakaś rodzina, która próbowała do końca trwać na swej farmie, wreszcie postanowiła przybyć do Pola Emonda. — Sam nie wierzył, by ktoś potrafił tak długo przetrwać w okolicy, ale ostatecznie i tak mogło się zdarzyć. — Nie postrzelcie kogoś przez pomyłkę.

Chwiejnie podniósł się, a Faile podtrzymała go ramieniem.

— Czas już, żebyś położył się do łóżka, Perrin. Musisz się trochę przespać.

Tylko spojrzał na nią. Powinien był ją zmusić do pozostania w Łzie. W jakiś sposób powinien był ją do tego skłonić. Gdyby tylko dobrze się nad tym zastanowił, na pewno by się mu udało.

Jeden z posłańców, chłopiec z lokami na głowie, sięgający mu jedynie do piersi, prześlizgnął się przez zgromadzonych ludzi z Dwu Rzek i pociągnął Perrina za rękaw. Perrin nie znał go, w wiosce przebywało obecnie wiele rodzin z okolicy.

— Coś się dzieje w Zachodnim Lesie, lordzie Perrinie. Wysłali mnie, abym cię o tym zawiadomił.

— Nie tytułuj mnie w ten sposób — odrzekł ostro Perrin. Jeżeli nie powstrzyma dzieci, Towarzysze zapewne również zaczną się tak do niego zwracać. — Idź i powiedz im, że zaraz tam będę.

Chłopiec pobiegł.

— Powinieneś już być w łóżku — twardo upierała się Faile. — Tomas da sobie radę z każdym atakiem.

— To nie jest atak, w przeciwnym razie chłopiec by o tym powiedział, a ktoś zadąłby w róg Cenna.

Uwiesiła się na jego ramieniu, próbując zaciągnąć go w stronę gospody, a tymczasem to on wlókł ją za sobą, idąc w przeciwną stronę. Po kilku minutach próżnych wysiłków poddała się; udawała teraz, że zwyczajnie trzyma go za ramię. Wciąż jednak mruczała do siebie pod nosem. Cały czas wydawało jej się, że jeśli będzie mówić dostatecznie cicho, to on niczego nie usłyszy. Zaczęła od: „głupca”, „wełnianogłowego” i „mięśni zamiast mózgu”, aby potem przejść do coraz mocniejszych określeń. To było zupełnie niezłe przedstawienie, ona mamrocząca coś do niego, Aram depczący mu po piętach i Dannil z dziesiątką Towarzyszy niczym gwardia honorowa. Gdyby nie był tak zmęczony, z pewnością czułby się jak skończony głupiec.

Warty stały rozstawione w małych grupkach wzdłuż ostrokołu, aby obserwować noc, każdej z nich towarzyszył chłopiec w roli łącznika. Na zachodnim krańcu wioski wszyscy wartownicy zgromadzili się przy wewnętrznej stronie szerokiej barykady, ściskając w dłoniach włócznie i łuki, spoglądali w stronę Zachodniego Lasu. Nawet w świetle księżyca drzewa musiały stanowić dla ich oczu jedno wielkie skupisko czerni.

Płaszcz Tomasa sprawiał takie wrażenie, jakby Strażnik częściowo roztapiał się w nocy. Były z nim Bain i Chiad; z jakiegoś powodu, odkąd Loial i Gaul odeszli, Panny spędzały niemalże każdą noc w tym krańcu Pola Emonda.

— Nie chciałem cię niepokoić — zwrócił się Strażnik do Perrina — ale zdaje się, że tam jest ktoś, myślałem więc, że może będziesz w stanie...

Perrin kiwnął głową. Wszyscy wiedzieli już o jego ostrym wzroku, dobrze zwłaszcza sprawdzającym się w ciemnościach. Mieszkańcy Dwu Rzek zdawali się traktować to jako coś szczególnego, coś, co naznaczało go niczym jakiegoś idiotycznego bohatera. Co myśleli Strażnicy albo Aes Sedai, nie miał pojęcia. Dzisiejszej nocy był nazbyt zmęczony, by o to dbać. Siedem dni, a ile ataków?

Skraj Zachodniego Lasu znajdował się w odległości pięciuset kroków. Nawet dla jego oczu drzewa zlewały się w plątaninę cieni. Coś się poruszyło. Coś dostatecznie dużego, by mógł to być trollok. Wielka postać niosąca... tobołek chyba. Tobołek podniósł rękę. Człowiek. Wielki cień niosący człowieka.

— Nie strzelać! -krzyknął. Miał ochotę się zaśmiać w głos, w rzeczy samej po chwili zrozumiał, że się śmieje. — Chodźcie! Chodź, Loial!

Ciemny kształt parł naprzód szybciej, niż potrafiłby biec człowiek, po chwili zmienił się w wyraźniejszą już znacznie sylwetkę ogira. Loial pędził w kierunku wioski, niosąc na plecach Gaula.

Ludzie z Dwu Rzek wydawali dopingujące okrzyki, jakby kibicowali wyścigom.

— Biegnij, ogirze! Biegnij! Biegnij!

Być może był to właśnie wyścig — w tej samej chwili bowiem z lasu wypadło kilku napastników.

W pobliżu ostrokołu Loial zwolnił i pochylił się; między palami a barykadą ledwie starczało miejsca dla jego potężnego tułowia. Kiedy już znalazł się wewnątrz, opuścił Aiela i sam bezwładnie osunął się na ziemię, opierając o żywopłot i ciężko dysząc. Zakończone pędzelkami uszy opadły z wyczerpania. Gaul kulał na jedną nogę, ale on również był w stanie siedzieć, Bain i Chiad zatroszczyły się zaraz o jego lewe udo, gdzie spodnie były rozdarte i sczerniałe od zaschniętej krwi. Zostały mu tylko dwie włócznie, a kołczan świecił pustką. Topór Loiala również zniknął: