Выбрать главу

— Ty głupi ogirze. — Perrin śmiał się czule. — Żeby tak odejść. Powinienem pozwolić Daise Congar wysmagać cię leszczynową witką. Ale przecież żyjesz. Przecież wróciłeś.

Głos mu się załamał. Żywy. I z powrotem w Polu Emonda.

— Udało nam się, Perrin — wydyszał Loial. — Cztery dni temu. Zamknęliśmy Bramę. Potrzeba by co najmniej Starszych albo Aes Sedai, aby otworzyć ją ponownie.

— Niósł mnie całą niemal drogę od gór — oznajmił Gaul. — Przez pierwsze trzy dni ścigał nas Jeździec Nocy z jakimiś pięćdziesięcioma trollokami, ale Loial potrafił im uciec.

Starał się odsunąć Panny, ale bez większych sukcesów.

— Leż spokojnie, Shaarad — warknęła Chiad — albo powiem, że dotknęłam cię, mimo iż byłeś uzbrojony i wówczas dopiero pozwolę sprostać wymaganiom honoru.

Faile roześmiała się z zadowoleniem. Perrin niczego nie zrozumiał, ale ta uwaga spowodowała, że niewzruszony Aiel zamilkł. I spokojnie pozwolił Pannom zająć się swoją nogą.

— Z tobą wszystko w porządku, Loial? — zapytał Perrin. — Nie jesteś ranny?

Ogir podniósł się z widocznym wysiłkiem, zachwiał na chwilę jak drzewo, które zaraz ma paść. Jego uszy wciąż przylegały płasko do czaszki.

— Nie, nie jestem ranny, Perrin. Tylko zmęczony. Nie przejmuj się mną. Długi czas spędziłem poza stedding. Okresowe wizyty to za mało. — Potrząsnął głową, jakby nagle tracąc wątek. Wielka dłoń objęła ramię Perrina. — Poczuję się lepiej, kiedy się trochę prześpię.

Zniżył głos, który teraz przypominał brzęczenie ogromnego trzmiela.

— Jest chyba bardzo źle, Perrin. Przez większą część czasu schodziliśmy z gór w ślad za ostatnimi bandami. Zamknęliśmy Bramę, ale sądzę, że w Dwu Rzekach musi wciąż znajdować się kilka tysięcy trolloków oraz co najmniej pięćdziesięciu Myrddraali.

— Nie aż tylu — głośno oznajmił Luc. Przygalopował na skraj wioski od strony Północnej Drogi. Osadził ostro swego karego ogiera, aż kopyta zazgrzytały na kamieniach. — Jesteś bez wątpienia znakomitym śpiewakiem drzew, ogirze, ale walka z trollokami to coś zupełnie innego. Ja szacuję, że nie zostało ich już więcej jak tysiąc. Na pewno to znaczna siła, ale nie na tyle, by nie zatrzymały jej te silne umocnienia oraz odwaga tych dzielnych ludzi. Kolejne trofeum dla ciebie, Perrinie Złotooki.

Śmiejąc się, rzucił Perrinowi wypchaną płócienną torbę. Jej dno lśniło ciemną wilgocią w promieniach księżyca.

Perrin pochwycił ją w locie i pomimo ciężaru odrzucił daleko za ostrokół. Cztery, pięć łbów trolloków, bez wątpienia, oraz może jeszcze głowa Myrddraala. Ten człowiek każdej nocy przynosił swoje trofea i wciąż zdawał się oczekiwać, że zostaną wystawione na widok publiczny, by wszyscy je podziwiali. Gromadka Coplinów i Congarów wyprawiła przyjęcie na jego cześć, kiedy pewnej nocy wrócił z parą głów Pomorów.

— Czy ja również niczego nie wiem na temat walki? — Koniecznie chciał wiedzieć Gaul, chwiejnie podnosząc się na nogi. — To ja powiedziałem, że jest ich kilka tysięcy.

Luc wyszczerzył białe zęby w uśmiechu.

— Ile dni spędziłeś na Ugorze, Aielu? Ja naprawdę dużo. — Być może było to bardziej warknięcie niźli uśmiech. — Dużo. Nie wierz, jeśli nie chcesz, Złotooki. Nie kończące się dni przyniosą to, co przyniosą, tak się zawsze dzieje.

Osadził swego ogiera na zadnich nogach, zawrócił go i pogalopował pomiędzy domami i drzewami, które niegdyś stanowiły kraniec Zachodniego Lasu. Mieszkańcy Dwu Rzek poruszyli się niespokojnie, patrząc w ślad za nim lub spoglądając w noc.

— On się myli — powiedział Loial. — Gaul i ja widzieliśmy je na własne oczy.

Twarz aż mu się kurczyła ze zmęczenia, kąciki szerokich ust wygięły się w dół, a długie brwi opadły na policzki. Nic dziwnego, jeśli przez trzy czy cztery dni niósł Gaula na plecach.

— Zrobiłeś wystarczająco wiele, Loial — powiedział Perrin — zrobiliście, razem z Gaulem. Wielka rzecz. Obawiam się jednak, że w twojej sypialni mieszka teraz jakieś pół tuzina Druciarzy, ale pani al’Vere przygotuje ci siennik. Czas, byś zażył odrobiny snu, którego tak potrzebujesz.

— Na ciebie również nadszedł ten czas, Perrinie Aybara. — Mknące po niebie chmury rzucały tańczące cienie wokół wydatnego nosa Faile i jej wystających kości policzkowych. Była taka piękna. Głos za to miała twardy jak stal. — Jeżeli natychmiast nie pójdziesz do łóżka, każę Loialowi cię tam zanieść. Ledwie stoisz na nogach.

Gaul miał kłopoty z poruszaniem się na zranionej nodze. Bain podtrzymywała go z jednej strony. Próbował powstrzymać Chiad przed wsparciem go z drugiej, ale ona wymamrotała groźnie coś, co brzmiało jak: „gai’shain”, a Bain zaśmiała się w tym momencie, i wówczas Aiel pozwolił im zrobić, co chciały, gniewnie coś do siebie burcząc. O cokolwiek chodziło Pannom, bez wątpienia skutecznie działało na Gaula.

Tomas klepnął Perrina w ramię.

— Idź, człowieku. Każdy potrzebuje snu.

On sam przez dobre trzy dni obchodził się bez niego.

Perrin kiwnął głową.

Pozwolił Faile zaprowadzić się do gospody „Winna Jagoda”, Loial i Aiel szli za nim, a Aram, Dannil oraz dziesięciu Towarzyszy otaczało ich kręgiem. Nie do końca pamiętał, jak to się stało, że nagle wszyscy gdzieś zniknęli, on zaś znalazł się sam z Faile w swoim pokoju na drugim piętrze gospody.

— Całe rodziny muszą mieszkać na powierzchni mniejszej od tej — wymruczał. Na kamiennym gzymsie niewielkiego kominka paliła się świeca. Pozostali musieli się obchodzić bez światła, ale Marin zapaliła mu świecę, kiedy tylko zapadł zmrok, by sam nie musiał się tym trudzić. — Mogę spać na zewnątrz z Dannilem, Bain i pozostałymi.

— Nie bądź idiotą — powiedziała Faile, sprawiając, iż zabrzmiało to jak najczulsze wyznanie. — Jeżeli i Alanna, i Verin mają własne izby, to fobie również się należy.

Zdał sobie sprawę, że właśnie zdjęła mu kaftan, a teraz rozwiązuje tasiemki koszuli.

— Nie jestem aż tak zmęczony, by nie móc się rozebrać. — Delikatnie ją odsunął.

— Zdejmuj wszystko — rozkazała. — Wszystko, słyszysz? W pełni ubrany nie wyśpisz się należycie, wbrew temu, co sobie najwyraźniej myślisz.

— Rozbiorę się — obiecał. Kiedy zamknęły się za nią drzwi, ściągnął tylko buty, zdmuchnął świecę i legł na łóżku. Marin nie podobałoby się, gdyby w brudnych butach położył się na jej pościeli.

Tysiące, powiedzieli Gaul i Loial. Ile ich mogli we dwójkę zobaczyć, skoro przez cały czas po drodze w góry ukrywali się, a z powrotem uciekali w te pędy? W najgorszym razie tysiąc, twierdził Luc, ale Perrin nie potrafił zaufać temu człowiekowi, mimo wszystkich trofeów, jakie tamten przynosił. Rozproszyli się, wedle Białych Płaszczy. Jak blisko mogli je podejść, skoro ich zbroje i płaszcze lśniły w ciemnościach niczym lampy?

Istniał, być może, sposób, aby się przekonać na własne oczy. Od czasu swej ostatniej przygody unikał wilczych snów; lecz pragnienie, by dopaść Oprawcę, rosło w nim za każdym razem, kiedy myślał o powrocie do nich, a z drugiej strony, odpowiedzialny był wszak przecież za ludzi z Pola Emonda. Jednak teraz; może... Sen zmorzył go, gdy wciąż jeszcze się zastanawiał.