Выбрать главу

Zrobi tak. Pewnie. Jeśli ten dzień w ogóle nadejdzie.

Nagle dziwnie umilkła, wbiła wzrok w jego brodę, zaczęła ją gładzić, starając się nie patrzeć mu w oczy.

— Ja... zdarzyło mi się wspomnieć... ot, tak przelotnie... Napomknęłam tylko pani al’Vere o tym, jak podróżowaliśmy razem... sama nie wiem, jak do tego doszło... a ona powiedziała... i pani Congar zgodziła się z nią... nie, żebym wszystkim o tym opowiadała!... powiedziała, że może... na pewno... możemy być uważani za narzeczonych zgodnie z waszymi zwyczajami, a ten rok jest tylko po to, by się upewnić, czy rzeczywiście będzie nam dobrze razem... a nam jest przecież, każdy to może potwierdzić... a teraz zachowuję się jak jakaś pannica Domani albo jedna z tych taireńskich dziewek... jeżeli kiedykolwiek choć pomyślisz o Berelain... och, Światłości, co ja mówię, a ty nawet nie...

Przerwał jej, całując ją tak mocno, jak tylko potrafił.

— Czy wyjdziesz za mnie? — zapytał bez tchu, kiedy już skończył. — Dzisiaj w nocy?

Z tym pocałunkiem wyszło mu lepiej nawet niż sądził, musiał bowiem powtarzać potem swoją prośbę sześciokrotnie, ona zaś tylko chichotała, ukrywając twarz na jego szyi i domagając się, by powiedział to jeszcze raz, zanim udała na koniec, że wreszcie rozumie.

W ten sposób, w niecałe pół godziny później, klęczał już naprzeciwko niej we wspólnej sali gospody, przed Daise Congar, Marin al’Vere, Alsbet Luhhan, Neysą Ayellin i pozostałymi członkiniami Koła Kobiet. Loiala wybrano, by wraz z Aramem był jego świadkiem, a Bain i Chiad stanęły obok Faile. Nie było kwiatów, które mogliby sobie wpleść we włosy, ale Bain, wedle wskazówek Marin, oplotła długą czerwoną ślubną wstążkę wokół jego szyi, a Loial wplótł drugą identyczną w ciemne włosy Faile, jego grube palce okazały się zaskakująco zwinne i delikatne. Ręce Perrina drżały, gdy ujmował jej dłonie.

— Ja, Perrin Aybara, przysięgam ci mą miłość, Faile Bashere, aż po grób.

„Aż po grób i potem również”.

— Wszystko, co posiadam, ofiarowuję tobie.

„Konia, topór, łuk. Młot. Niewiele, jak na ślubny dar”.

— Będę strzegł cię i troszczył się o ciebie, wspomagał i otaczał opieką, chronił i osłaniał, przez wszystkie dni mego życia.

„Nie mogę cię strzec, jedyny sposób, w jaki mogę cię ochronić, to odesłać cię jak najdalej stąd”.

— Jestem twój, zawsze i na wieki.

Zanim skończył, ręce trzęsły się mu wyraźnie.

Faile poruszyła dłońmi, by ująć jego ręce.

— Ja, Zarine Bashere...

To go zaskoczyło, nienawidziła tego imienia.

— ...przysięgam ci mą miłość, Perrinie Aybara...

Jej ręce nawet nie zadrżały.

54

Do pałacu

Siedząc za czterema spoconymi mężczyznami na końcu wozu o wysokich kołach, turkoczącego po krętych ulicach Tanchico, Elayne patrzyła ponuro przez tę okropną woalkę, która skrywała jej twarz od oczu aż po brodę i z irytacją wymachiwała bosą stopą. Każdy podskok na kamiennym bruku przenikał ją aż do szczytu czaszki; im mocniej starała się przylgnąć do szorstkich desek dna wozu, tym było gorzej. Natomiast Nynaeve zdawała się niczym nie przejmować, trzęsło ją równie mocno jak Elayne, ale, z lekkim marsem na czole, zamyślona, robiła wrażenie nieobecnej duchem. Egeanin również — oparta o Nynaeve po drugiej stronie wozu, zasłonięta woalką, z ciemnymi włosami ujętymi w warkoczyki spadające niżej karku i splecionymi ramionami — równie łatwo znosiła niewygodną podróż. Na koniec Elayne postanowiła pójść za przykładem Seanchanki; nie potrafiła uniknąć wpadania przy każdym podskoku na Nynaeve, ale przynajmniej nie odnosiła już wrażenia, że zęby jej dolnej szczęki starają się wbić w górną.

Z przyjemnością poszłaby pieszo, nawet gdyby trzeba było to zrobić boso, jednak Bayle Domon upierał się, że nie wywarłoby to dobrego wrażenia; ludzie mogliby się zacząć zastanawiać, dlaczego kobiety nie jadą na wozie, skoro jest na nim mnóstwo miejsca, a ostatnią rzeczą, jakiej pragnęli, było zwrócenie na siebie uwagi. Nim oczywiście nie rzucało w górę i w dół niczym workiem grochu; szedł z przodu wozu, w towarzystwie dziesięciu z dwudziestu żeglarzy, których zabrał w charakterze eskorty. Większa liczba, twierdził, również mogłaby się wydać podejrzana. Ona jednak sądziła, że gdyby nie one, nie wziąłby z sobą nawet tylu.

Nad ich głowami rozpościerało się szarawe bezchmurne niebo, choć kiedy wyruszały, pierwsze promienie słońca barwiły już horyzont; ulice w większości były jeszcze opustoszałe i ciche, wyraźnie dawało się słyszeć turkot wozu i skrzypienie osi. Kiedy słońce wzejdzie, ludzie zaczną wychodzić z domów, teraz zaś dostrzec można było tylko grupki mężczyzn w workowatych spodniach i ciemnych cylindrycznych czapkach, przemykających obok i rzucających wokół ukradkowe spojrzenia, w których wyczytać można było, że bynajmniej nie mają najlepszych zamiarów i gotowi wprowadzić je w czyn, póki panują jeszcze względne ciemności. Płachty spłowiałego płótna narzucono na skrzynię wozu w taki sposób, by każdy mógł widzieć, iż zawiera ona jedynie trzy wielkie kosze; lecz pomimo to czasami kolejne grupki ludzi zatrzymywały się, niczym sfora psów, zasłonięte twarze zbliżały się do siebie, oczy odprowadzały odjeżdżający wóz. Najwidoczniej dwudziestu mężczyzn z obnażonymi mieczami i pałkami było przeciwnikiem zbyt groźnym, wszystko bowiem kończyło się jedynie na spojrzeniach.

Koła wozu wjechały w wielką dziurę, w tym miejscu kamienie bruku wyrwano podczas kolejnych zamieszek; wóz nieomal zapadł się pod nią. O mało co nie przygryzła sobie języka, kiedy dno podskoczyło ponownie i uderzyła w nie z głośnym łupnięciem. Egeanin i jej nonszalancka postawa! Chwytając burtę wozu, zmarszczyła brwi i popatrzyła na Seanchankę. Zorientowała się, że tamta ma usta mocno zaciśnięte i równie kurczowo przytrzymuje się desek.

— Mimo wszystko to nie to samo, co stanie na pokładzie — oznajmiła Egeanin, wzruszając ramionami.

Nynaeve skrzywiła się lekko, starając się odsunąć od niej, chociaż w jaki sposób miałoby się jej to udać bez jednoczesnego wspięcia się na podołek Egwene, trudno było sobie wyobrazić.

— Mam zamiar pomówić z panem Baylem Domonem — wymamrotała znacząco, jakby jazda wozem nie była w pierwszym rzędzie jej pomysłem. Kolejny wstrząs zamknął jej usta, aż zęby zazgrzytały.

Wszystkie trzy ubrane były w burobrunatne wełny, grubo utkane, dość pospolite i na dodatek niezbyt czyste — suknie biednych chłopek, przypominające nieforemne worki w zestawieniu z opiętymi jedwabiami preferowanymi przez Rendrę. Tak właśnie wyglądali uchodźcy z prowincji, starający się wszelkimi możliwymi sposobami zarobić na następny posiłek. Ulga Egeanin, kiedy po raz pierwszy zerknęła na sukienki, była widoczna i nieomal równie dziwna jak sama jej obecność na tym wozie. Elayne nie sądziła, że coś takiego w ogóle może się wydarzyć.

W Komnacie Opadającego Kwiecia odbyła się burzliwa dyskusja — przynajmniej tak to określali mężczyźni — ale ona wraz z Nynaeve odparły większość ich niedorzecznych zastrzeżeń, a pozostałe zignorowały. Musiały we dwie dostać się do Pałacu Panarcha, i to jak najszybciej. Wówczas Domon sformułował następne zastrzeżenie, tym razem nie tak głupie, jak wszystkie poprzednie.

— Nie możecie iść do pałacu same — wymruczał brodaty przemytnik, wpatrując się w swe potężne pięści na blacie stołu. — Powiadacie, że nie chcąc ostrzec tych Czarnych Aes Sedai, nie będziecie przenosić, dopóki nie zaistnieje absolutna konieczność.