Выбрать главу

Odwrócił się — na widok nieznacznego utykania zacisnęła wargi — zauważył ją, siedzącą na krześle, i przestraszył się, zdradzając zogromniałymi oczyma coś bliskiego paniki. Ten widok ją ucieszył, wysiłek utrzymania powagi na twarzy zdziesiękrotnił się, gdy tylko jego spojrzenie spoczęło na niej. Spojrzenie oczu, które stały się teraz niebieskie niczym zamglone poranne niebo.

W tym momencie otrząsnął się i wykonał raczej zbyteczny ukłon, wycierając nerwowo dłonie o kaftan.

— Nie zauważyłem, że jeszcze tu... — Urwał rumieniąc się; zapomnienie o jej obecności mogło być uznane za obrazę. — To znaczy., ja nie... to jest, ja... — Zrobił głęboki wdech i zaczął jeszcze raz. — Nie jestem takim głupcem, jakim się wydaję, moja pani. Nie każdego dnia ktoś ci powiada, że cię nie kocha, moja pani.

Przybrała ton udawanej powagi.

— Jeśli jeszcze raz mnie tak nazwiesz, to ja cię nazwę Lordem Smokiem. I dygnę. Nawet Królowa Andoru mogłaby dygać przed tobą, a ja przecież jestem tylko Dziedziczką Tronu.

— Światłości! Nie rób tego. — Wyglądał na mocno zdenerwowanego, niewspółmiernie do groźby.

— Nie zrobię tego, Rand — odparła bardziej poważnym tonem — jeśli będziesz mnie nazywał moim imieniem. Elayne. Powiedz to.

— Elayne — powtórzył nieporadnie, a jednak z przyjemnością, jakby delektował się brzmieniem.

— Dobrze. — Absurdalne, że tak ją to ucieszyło, ostatecznie nie zrobił nic innego, tylko wymówił jej imię. Było coś, co musiała wiedzieć, nim będzie mogła mówić dalej. — Czy to cię bardzo dotknęło? — Uświadomiła sobie, że można to zrozumieć na dwa sposoby. — To znaczy to, co ci powiedziała Egwene.

— Nie. Tak. Trochę. Nie wiem. W końcu szczerość jest ważniejsza. — Blady uśmiech odrobinę złagodził czujny wyraz jego twarzy. — Gadałem znowu jak głupiec, prawda?

— Nie. Wcale tak nie myślę.

— Powiedziałem jej szczerą prawdę, ale nie sądzę, by mi uwierzyła. Pewnie ja sam nie chciałem uwierzyć w to, co ona z kolei powiedziała. No nie! Jeśli to nie jest głupie, to nie wiem, co to jest.

— Jeśli znowu powtórzysz, że jesteś głupi, to jeszcze zacznę w to wierzyć.

„Nie będzie próbował jej zatrzymać. Wobec tego nie będzie miała z tym kłopotu”.

Mówiła spokojnym głosem, dostatecznie beztroskim, by wiedział, że wcale nie mówi o tym, co myśli.

— Widziałam kiedyś osobistego błazna pewnego lorda z Cairhien, człowieka ubranego w płaszcz w śmieszne prążki, za duży na niego, z poprzyszywanymi dzwoneczkami. Wyglądałbyś głupio w dzwoneczkach.

— Pewnie tak — odparł smętnie. — Zapamiętam to sobie. — Jego niechętny uśmiech tym razem był szerszy, rozpełzł się ciepłem po całej twarzy.

Skrzydła motyli smagały ją niczym baty, nakazując pośpiech, zaczęła jednak wygładzać spódnice. Musiała postępować powoli, ostrożnie.

„Jeżeli nie, to on sobie pomyśli, że jestem jakąś zwyczajną, głupią dziewczyną. I będzie miał rację”.

Motyle w żołądku zaczęły walić w kotły.

— Chciałabyś dostać kwiat? — spytał znienacka, a ona zamrugała oczyma z oszołomienia.

— Kwiat?

— Tak. — Krocząc w stronę łóżka, wygarnął podwójną garść pierza z podartego materaca i podał jej. — Ubiegłej nocy stworzyłem jeden dla majhere. Pomyślałabyś, że ofiarowałem jej Kamień. Ale twój będzie znacznie piękniejszy — dodał pośpiesznie. — Znacznie. Obiecuję.

— Rand, ja...

— Będę ostrożny. Wystarczy zaledwie strumyczek Mocy. Tylko cienka nitka, a zresztą będę uważał.

Zaufać. Musiała mu zaufać. Specjalnie się nie zdziwiła, gdy się zorientowała, co robi.

— Bardzo bym chciała, Rand.

Przez długie chwile wpatrywał się w puszysty pagórek na swej dłoni, na jego twarzy rodził się powoli grymas. Nagle wypuścił pióra z ręki, otrzepując dłonie.

— Kwiat — powiedział. — To dar, który do ciebie nie pasuje.

Czuła, jak jej serce wyrywa się ku niemu; najwyraźniej usiłował objąć saidina i nie udało mu się. Kryjąc rozczarowanie, że mu się nie powiodło, pokuśtykał pośpiesznie do leżącego na posadzce kawałka metalicznej tkaniny i zaczął go sobie drapować na ręce.

— Oto odpowiedni dar dla Dziedziczki Tronu Andoru. Mogłabyś kazać szwaczce... — Zaplątał się w przemówienie na temat tego, co szwaczka mogłaby wykonać z kawałka złoto-srebrnej materii, długości czterech i szerokości niespełna dwóch stóp.

— Jestem pewna, że szwaczka będzie miała wiele pomysłów — zapewniła go dyplomatycznie. Wyciągnąwszy chusteczkę z rękawa, przyklękła na chwilę, by pozbierać pióra, które on wysypał na kwadrat bladoniebieskiego jedwabiu.

— Służebne się tym zajmą — powiedział, gdy wetknęła maleńki węzełek do sakiewki przy pasie.

— Cóż, będą miały mniej pracy.

Jak mógł pojąć, że pragnęła zachować pióra, bo on chciał stworzyć z nich kwiat? Przestąpił z nogi na nogę, ściskając połyskujące fałdy, jakby nie wiedział, co z nimi zrobić.

— Majhere na pewno zatrudnia szwaczki — wyjaśniła idu. — Dam to jednej z nich.

Rozchmurzył się i uśmiechnął, nie widziała powodu, by mu mówić, że to miał być podarek z jej strony. Motyle, które ciskały teraz piorunami, nie mogły jej zatrzymywać ani chwili dłużej.

— Rand, czy ja... czy ja ci się podobam?

— Czy ty mi się podobasz? — zmarszczył brwi. — No jakże, podobasz mi się. Bardzo mi się podobasz.

Czy on musiał robić taką minę, jakby nic nie rozumiał?

— Bardzo cię lubię, Rand. — Była zaskoczona, że powiedziała to z takim spokojem, żołądek zdawał się jej wbijać do gardła, a ręce i stopy były jak z lodu. — Więcej niż lubię.

Na tym dość, nie miała zamiaru robić z siebie idiotki.

„On pierwszy musi powiedzieć coś więcej niż «lubię»”. Omal nie roześmiała się histerycznie. „Będę nad sobą panowała. Nie pozwolę, by na mnie patrzył jak na dziewczynę, która wzdycha do księżyca. Nie pozwolę”.

— Lubię cię — powiedział wolno.

— Ja zazwyczaj nie jestem taka bezpośrednia. — Źle, mógł sobie przez to pomyśleć o Berelain. Policzki mu poczerwieniały, on myślał o Berelain. A niechby sczezł! Jej głos zabrzmiał gładko jak jedwab. — Niebawem będę musiała ruszyć w drogę, Rand. Opuścić Łzę. Mogę cię nie widzieć przez wiele miesięcy.

„Albo już nigdy” — zakrzyknął cichutki głos w jej myślach. Nie chciała słuchać.

— Nie mogłabym odjechać, nie pozwalając ci wiedzieć, co czuję. A ja... bardzo cię lubię.

— Elayne, ja też cię lubię. Czuję... Pragnę... — Purpurowe plamy na jego policzkach rosły. — Elayne, nie wiem, co powiedzieć, jak...

Nagle to jej twarz zaczęła płonąć. On pewnie myśli, że próbowała go zmusić, by powiedział coś więcej.

„Nieprawdaż?” — drwił cichutki głosik, od którego jej policzki robiły się coraz gorętsze.

— Rand, ja nie proszę cię o...

„Światłości! Jak to powiedzieć?”

— Ja chciałam tylko, byś wiedział, co czuję. To wszystko.

Berelain już by na tym nie poprzestała. Berelain już by go do tej pory omotała. Powtarzając sobie, że nie pozwoli, by ta półnaga ladacznica ją prześcignęła, przysunęła się bliżej do niego, zdjęła połyskującą materię z jego ramienia i rzuciła ją na dywan. Z jakiegoś powodu wydał się roślejszy niż kiedykolwiek.

— Rand... Rand, chciałabym, żebyś mnie pocałował.

No i proszę. Udało się.

— Pocałował ciebie? — spytał, jakby nigdy w życiu nie słyszał o całowaniu. — Elayne, ja nie chcę obiecywać niczego więcej niż... chcę powiedzieć, że jest inaczej, niż gdybyśmy byli zaręczeni. Nie żebym sugerował, że powinniśmy się zaręczyć. To tylko... Ja cię miłuję, Elayne. Bardziej niż miłuję. Po prostu nie chcę, żebyś pomyślała, że ja...