Выбрать главу

Musiała się roześmiać, słysząc tę jego wymuszoną zakłopotaniem żarliwość.

— Nie wiem, jak to się robi w Dwu Rzekach, ale w Caemlyn chłopiec nie czeka na zrękowiny, jeśli chce pocałować dziewczynę. I to wcale nie znaczy, że muszą się potem zaręczyć. Ale może ty nie potrafisz...

Jego ramiona objęły ją nieomal brutalnie, a usta zbliżyły się do jej ust. Odwróciła głowę, palce u stóp usiłowały się podkulić we wnętrzu kamaszy. Jakiś czas później — nie była pewna jak długi — uświadomiła sobie, że wspiera się o jego pierś, z drżącymi kolanami, usiłując zaczerpnąć powietrza.

— Wybacz, że ci przerwałem — powiedział. Z zadowoleniem zauważyła lekką zadyszkę w jego głosie. — Jestem po prostu prowincjonalnym pasterzem z Dwu Rzek.

— Jesteś dzikusem — mruknęła do jego koszuli — i nie ogoliłeś się dziś rano, ale nie powiedziałabym, że jesteś prowincjonalny.

— Elayne, ja...

Przyłożyła dłoń do jego ust.

— Nie życzę sobie słyszeć od ciebie niczego, czego nie czujesz całym swoim sercem — powiedziała stanowczym tonem. — Ani teraz, ani nigdy.

Przytaknął, nie wiedząc dlaczego, ale rozumiał przynajmniej, że ona mówi to, co myśli. Przygładzając włosy — nie dało się rozplątać sznura szafirów bez lustra — wysunęła się z opasujących ją ramion, nie bez żalu, zbyt łatwo byłoby w nich pozostać, a i tak posunęła się o wiele dalej, niż jej się przedtem śniło. Tak mówić, prosić o pocałunek. Prosić! Ona to nie Berelain.

Berelain. Może Min miała jakieś widzenie. To, co widziała Min, działo się potem naprawdę, ale nie miała zamiaru dzielić się nim z Berelain. Może trzeba było coś jeszcze zwyczajnie powiedzieć. Zwyczajnie, dać przynajmniej coś do zrozumienia.

— Spodziewam się, że nie będzie ci brakowało mego towarzystwa, kiedy odjadę. Pamiętaj po prostu, że niektóre kobiety patrzą na mężczyznę sercem, inne zaś nie widzą w nim nic więcej jak tylko błyskotkę, nie różniącą się niczym od naszyjnika albo bransolety. Pamiętaj, że ja wrócę i że należę do tych, które patrzą sercem.

Z początku wyglądał na oszołomionego, a potem na trochę wystraszonego. Powiedziała zbyt wiele, zbyt szybko. Trzeba było zmienić temat rozmowy.

— Czy wiesz, czego mi nie powiedziałeś? Nie próbowałeś mnie odstraszyć, mówiąc mi, jaki ty jesteś niebezpieczny. Nie próbuj teraz. Za późno.

— Nie myślałem o tym. — Niemniej przyszła mu do głowy inna myśl i podejrzliwie zmrużył oczy. — Czy uknułyście to razem z Egwene?

Udało jej się połączyć niewinność wyrażoną szerokim otwarciem oczu z lekkim oburzeniem.

— Jak mogło ci w ogóle przyjść coś takiego do głowy? Czy tobie się wydaje, że mogłybyśmy przekazywać sobie ciebie jak jakiś pakunek? Za dobre masz o sobie mniemanie. Coś takiego nazywa się pychą.

Tym razem rzeczywiście wyglądał na zdezorientowanego. Wystarczająco zdezorientowanego.

— Czy jest ci przykro z powodu tego, co nam zrobiłeś, Rand?

— Nie chciałem was straszyć — odparł z wahaniem. — Egwene mnie zezłościła, zawsze jej się udawało, nawet bez szczególnych starań. To nie jest wytłumaczenie, wiem. Powiedziałem, że jest mi przykro i to prawda. Popatrz, do czego mnie to zawiodło. Popalone stoły i zniszczone materace.

— A za to... uszczypnięcie?

Twarz mu znowu poczerwieniała, ale mimo to patrzył na nią surowo.

— Nie. Nie, nie jest mi przykro. Rozmawiałyście przy mnie, jakbym był kłębkiem wełny, który nie ma uszu. Zasłużyłyście sobie, obydwie, i nie zmienię zdania.

Przyglądała mu się przez chwilę. Potarł ramiona przez rękawy kaftana, kiedy na moment objęła saidara. Nie znała się w najmniejszym stopniu na uzdrawianiu, ale nauczyła się pewnych drobnych czynności wstępnych. Wytrzeszczył oczy ze zdziwienia i przestąpił z nogi na nogę, jakby sprawdzał, czy ból rzeczywiście zniknął.

— To za uczciwość — wyjaśniła mu po prostu.

Rozległo się gwałtowne stukanie do drzwi i do środka zajrzał Gaul. Z początku głowę miał spuszczoną, ale po szybkim rzucie oka na nich podniósł ją. Twarz Elayne zalał rumieniec, gdy sobie uświadomiła, że on podejrzewa, iż przeszkodził w czymś, czego nie powinien był zobaczyć. Omal ponownie nie objęła saidara i nie dała mu nauczki.

— Tairenianie są tutaj — oznajmił Gaul. — Wysocy Lordowie, których oczekiwałeś.

— Pójdę zatem — zwróciła się do Randa. — Musisz ich pouczyć w kwestii... podatków, czyż nie? Zastanów się nad tym, co ci powiedziałam. — Nie rzekła „myśl o mnie”, ale była pewna, że skutek będzie taki sam.

Wyciągnął rękę, jakby chciał ją zatrzymać, ale wyślizgnęła się. Nie miała zamiaru robić demonstracji przed Gaulem. Ten człowiek był Aielem, ale cóż on musi sobie o niej myśleć, wyperfumowanej i wystrojonej w szafiry o tak rannej godzinie? Kosztowało ją sporo wysiłku, by podciągnąć wyżej rąbek dekoltu.

W chwili gdy docierała do drzwi, do środka weszli Wysocy Lordowie, grupka siwiejących mężczyzn ze spiczastymi brodami, w barwnych, zdobnych kaftanach z bufiastymi rękawami. Tłumnie ustępowali jej drogi, niechętnie się kłaniając, dobroduszne miny i uprzejme pomruki nie taiły ulgi, że już wychodzi.

Obejrzała się raz od progu. Rosły, barczysty młodzieniec w prostym, zielonym kaftanie w otoczeniu Wysokich Lordów w ich jedwabiach i satynowych pasach przypominał bociana pośród pawi, a jednak miał w sobie coś, co mówiło, że to on ma prawo nimi przewodzić. Tairenianie godzili się z tym, z niechęcią pochylając swe sztywne karki. Myślał pewnie, że tak się kłaniają, bo jest Smokiem Odrodzonym, i być może oni też tak sądzili. Widywała jednak już mężczyzn, takich jak Gareth Bryne, Kapitan Dowódca Straży jej matki, którzy potrafili zdominować komnatę w łachmanach, bez tytułu, gdy nikt nie znał ich imienia. Rand mógł tego nie wiedzieć, ale był właśnie takim mężczyzną. Kiedy go zobaczyła po raz pierwszy, nie był taki, ale teraz się zmienił. Zatrzasnęła za sobą drzwi.

Aielowie zgromadzeni przy wejściu spojrzeli na nią, a kapitan, dowodzący Obrońcami tworzącymi krąg na środku przedsionka, popatrzył niespokojnie, lecz ona ledwie ich zauważyła. Zrobione. Albo przynajmniej zaczęte. Miała cztery dni, zanim Joiya i Amico zostaną wsadzone na statek, najwyżej cztery dni, by spleść się tak silnie z myślami Randa, że nie pozostanie w nich miejsca na Berelain. A jeśli nawet nie, to dostatecznie silnie usadowiła się w jego głowie, do czasu ai będzie miała okazji zrobienia czegoś więcej. Nigdy dotąd nie myślała, że stać ją na coś takiego, że będzie podchodzić mężczyznę tak, jak myśliwy podchodzi dzika. Motyle wciąż jeszcze wirowały w jej żołądku. Przynajmniej nie pozwoliła, by zauważył, jaka jest zdenerwowana. I uprzytomniła sobie jeszcze, że ani razu nie pomyślała, co powie jej matka. W tym momencie trzepotanie ustało. Nie obchodziło jej, jak zareaguje matka. Morgase musiała zaakceptować swoją córkę jako kobietę, to wszystko.

Aielowie kłaniali się, kiedy odchodziła, a ona witała ich pełnym gracji skieniem głowy, które napełniłoby dumą Morgase. Nawet taireński kapitan patrzył na nią tak, jakby dostrzegał tę jej nową powagę. Nie sądziła, by motyle miały ją znowu kłopotać. Może z powodu Czarnych Ajah, ale nie przez Randa.

Nie zwracając uwagi na lordów, którzy zgromadzili się przy nim w niespokojnym półkolu, Rand ze zdziwieniem patrzył na drzwi zamykające się za Elayne. Sny, które sprawdzały się na jawie, nawet jeśli tylko w pewnym stopniu sprawiły, że zrobiło mu się nieswojo. Kąpiel w Wodnym Lesie to było jedno, ale nigdy nie uwierzyłby w sen, w którym by przyszła do niego w taki sposób. Była taka zimna i opanowana, podczas gdy on się potykał o własny język. I ta Egwene, która mu powtórzyła jego własne myśli i niepokoiła się jedynie tym, że mogłaby go zranić. Dlaczego tak się dzieje, że kobiety potrafią wybuchać albo wpadać w pasję z powodu drobnostki, a nawet nie zatrzepoczą rzęsą wobec czegoś, co człowiekowi każe wytrzeszczyć oczy?