Выбрать главу

— Lordzie Smoku? — wymamrotał Sunamon jeszcze bardziej nieśmiało niż zazwyczaj. Wieści o wydarzeniach tej nocy musiały się rozejść już po Kamieniu; tamta pierwsza gromadka wyszła od niego niemalże biegiem, należało też wątpić, by Torean odważył się powtórnie pokazać albo przedstawiać swe plugawe sugestie w pobliżu Randa.

Sunamon zdobył się na przymilny uśmiech i natychmiast go zgasił, zacierając pulchne dłonie, gdy tylko Rand spojrzał na niego. Reszta udawała, że nie widzi popalonych stołów, porwanego materaca i porozrzucanych książek, ani też stopionych grud w kominku, pozostałości po jeleniu i wilkach. Wysocy Lordowie potrafili widzieć tylko to, co chcieli zobaczyć. Do Carleona i Tedosiana, pełnych hipokryzji, co dodatkowo podkreślał każdy ich gest, z pewnością nigdy nie dotarło, że jest coś podejrzanego w fakcie, iż w ogóle na siebie nie patrzą. Z drugiej strony jednak Rand mógłby tego wcale nie zauważyć, gdyby nie list od Thoma, znaleziony w kieszeni kaftana, przyniesionego właśnie od czyszczenia.

— Lord Smok życzył sobie nas widzieć? — wykrztusił Sunamon.

Czy Egwene i Elayne mogły to wspólnie ukartować? Jasne, że nie. Kobiety, podobnie jak mężczyźni, nie robią takich rzeczy. Czyżby? To musiał być zbieg okoliczności. Elayne usłyszała, że on jest wolny, i zdecydowała się mówić. Tak to było.

— Podatki — warknął.

Tairenianie niby się nie poruszyli, a jednak odniósł wrażenie, że się cofnęli. Jak on nienawidził kontaktów z tymi ludźmi, miał ochotę ponownie zanurzyć się w książkach.

— Zmniejszenie podatków to niebezpieczny precedens, Lordzie Smoku — powiedział służalczym tonem szczupły, siwowłosy mężczyzna. Meilan był wysoki jak na mieszkańca Łzy, zaledwie o dłoń niższy od Randa i twardy jak każdy Obrońca. W obecności Randa garbił się, ciemne oczy pokazywały, jak bardzo tego nienawidzi. A jednocześnie nie cierpiał, gdy Rand im mówił, że mają przestać się tak kulić w jego obecności. Żaden z nich się nie prostował, ale szczególnie Meilan nie lubił, gdy mu przypominano o tym, co robi.

— Wieśniacy zawsze płacili bez sprzeciwu, ale jeśli teraz zmniejszymy podatki, to gdy nadejdzie dzień, by z powrotem je podnieść do tego samego poziomu, na jakim są teraz, ci głupcy będą narzekać równie zawzięcie, jakbyśmy zdwoili obecny domiar. Mogą wówczas wybuchnąć zamieszki, Lordzie Smoku.

Rand przemierzył długimi krokami izbę, by stanąć przed Callandorem, kryształowy miecz zalśnił, przyćmiewając blaskiem otaczające go złocenia i klejnoty. Przypominał mu, kim jest, jaką władzą może dysponować. Egwene. Głupio, że czuje się tak zraniony, bo powiedziała, że już go nie kocha. Na jakiej podstawie miałby spodziewać się po niej uczuć, których sam do niej nie żywił? A mimo to bolało. Poczuł ulgę, ale tylko częściowo.

— Będziecie mieli zamieszki, jeśli wypędzicie ludzi z ich farm.

Tuż przy stopach Meilana stał stos utworzony z trzech książek. Skarby Kamienia Łzy, Podróże po Pustkowiu i Co działo się z terytorium Mayene. W nich i w rozmaitych przekładach Cyklu Karaethon znajdowały się klucze, tylko musiał jeszcze dopasować je do odpowiednich zamków, które najpierw należało znaleźć. Skierował swe myśli z powrotem na Wysokich Lordów.

— Wydaje wam się, że będą bezczynnie patrzyli, jak ich rodziny umierają z głodu?

— Obrońcom Kamienia zdarzało się już gasić zamieszki, Lordzie Smoku — uspokoił go Sunamon. — Nasi Strażnicy potrafią utrzymać pokój na wsi. Wieśniacy nie będą cię niepokoić, zapewniam.

— Jak na razie, farmerów jest zbyt wielu. — Carleon wzdrygnął się pod spojrzeniem Randa. — W Cairhien trwa wojna domowa, Lordzie Smoku — wyjaśnił pospiesznie. — Cairhienianie mogą już nie chcieć zboża, bo ich spichlerze pękają w szwach. W takim stanie rzeczy tegoroczne plony mogą się zmarnować. A w przyszłym roku...? Oby sczezła ma dusza, Lordzie Smoku, ale jest rzeczą konieczną, by ci wieśniacy powstrzymali to swoje wieczne kopanie i sadzenie.

Wydawał się rozumieć, że powiedział za dużo, ale wyraźnie nie pojmował dlaczego. Rand zastanawiał się, czy on w ogóle zdaje sobie sprawę, w jaki sposób jedzenie trafia na jego stół. Czy on dostrzegał cokolwiek poza złotem i władzą?

— Co zrobicie, jeśli Cairhien zacznie na nowo kupować zboże? — spytał zimnym tonem Rund. — A gdy już o tym mowa, to czy Cairhien jest jedyną krainą, która potrzebuje zboża?

Dlaczego Elayne przemawiała w taki sposób? Czego się po nim spodziewała? Lubi, powiedziała. Kobiety potrafiły uprawiać gry słowne podobnie jak Aes Sedai. Czy ona chciała powiedzieć, że go kocha? Nie, to czysta głupota. Zarozumiałość ponad miarę.

— Lordzie Smoku — przemówił Meilan, na poły służalczo, a trochę tak, jakby wyjaśniał coś dziecku — gdyby dziś ustały wojny domowe, Cairhien nadal nie byłoby w stanie kupować więcej jak kilka barek przez dwa, a nawet trzy lata. Zawsze sprzedawaliśmy nasze ziarno Cairhien.

Zawsze — przez dwadzieścia lat od czasu Wojny o Aiel. Tak byli związani tym, co robili zawsze, że nie potrafili dostrzec tego, co było takie proste. Albo nie chcieli dostrzec. Kiedy wokół Pola Emonda kapusta zaczynała rosnąć jak chwast, było niemalże pewne, że zły deszcz albo biały robak zaatakował Deven Ride czy też Wzgórze Czat. Kiedy zaś we Wzgórzu Czat mieli za dużo rzepy, w Polu Emonda albo w Deven Ride był jej niedostatek.

— Zaoferujcie je w Illian — powiedział im.

Czego Elayne się spodziewa?

— Albo w Altarze.

Naprawdę ją lubił, ale w równym stopniu lubił Min. Albo tak mu się wydawało. Nie potrafił określić swych uczuć do nich obu.

— Macie statki, zdolne do żeglugi po morzu, a także rzeczne łodzie i barki, a jeśli nie macie ich w dostatecznej liczbie, wynajmijcie je od Mayene.

Lubił obie kobiety, ale poza tym... Prawie całe swoje życie wzdychał do Egwene, nie miał teraz zamiaru znowu się pogrążać w czymś takim, dopóki nie będzie czegoś pewien. Pewien czegokolwiek. Byle pewien. Jeśli należało wierzyć Co się działo z terytorium Mayene...

„Przestań — przykazał sobie. — Przestań myśleć o tych łasicach, bo inaczej znajdą szczeliny, przez które będą mogły się prześlizgnąć i przy okazji cię pokąsać”.

— Płaćcie ziarnem, jestem pewien, że Pierwsza będzie skłonna na to przystać, za dobrą zapłatą. I może potrzebna będzie pisemna umowa, traktat... — To było właściwe słowo, do takich właśnie przywykli — ...zobowiązujący do zostawienia Mayene w spokoju w zamian za statki.

Był jej to winien.

— Niewiele handlujemy z Illian, Lordzie Smoku. To sępy i szumowiny. — Głos Tedosiana wyrażał oburzenie, podobnie zresztą jak głos Meilana, kiedy powiedział:

— Z Mayene zawsze radziliśmy sobie z pozycji siły, Lordzie Smoku. Nigdy na ugiętych kolanach.

Rand nabrał powietrza w płuca. Wysocy Lordowie stężeli. Tak to się zwykle kończyło. Próbował i zawsze bez skutku. Thom twierdził, że Wysocy Lordowie mają głowy twarde jak Kamień, i miał rację.

„Co ja do niej czuję? Marzę o niej. Z pewnością jest piękna”. — Nie był pewien, czy chodzi mu o Elayne czy też o Min. — „Skończ z tym! Pocałunek nie oznacza nic więcej jak tylko pocałunek. Skończ z tym!”