Pojawił się Lan, biegł przez hol, z mieczem w dłoni, zakrwawioną twarzą, rozdartym kaftanem. Nie odrywając oczu od Randa, Moiraine machnęła dłonią, każąc Strażnikowi się zatrzymać. Z dala od Randa. Jakby nawet Lan narażał się na niebezpieczeństwo, zanadto się zbliżając.
— Dobrze... dobrze się czujesz, Rand?
Rand oderwał od niej wzrok i skierował go na ciało ciemnowłosej dziewczyny, prawie jeszcze dziecka. Leżała na plecach, z oczyma zogromniałymi i wbitymi w sufit, z krwią czerniącą gors jej sukni. Zdjęty żalem, pochylił się, by odgarnąć pasma włosów z jej twarzy.
„Światłości, to przecież jeszcze dziecko. Spóźniłem się. Dlaczego nie zrobiłem tego wcześniej? Dziecko!”
— Dopilnuję, by ktoś się nią zajął, Rand — powiedziała łagodnie Moiraine. — Nie możesz jej już pomóc.
Jego ręce trzęsły się tak, że ledwie mógł utrzymać Callandora.
— Z nim mogę dokonać wszystkiego. — Własny głos zabrzmiał opryskliwie nawet w jego uszach. — Wszystkiego!
— Rand! — upomniała go Moiraine.
Nie słuchał. Była w nim Moc. Callandor płonął, a on był Mocą. Przenosił, kierując strumienie do ciała dziecka, szukając, próbując, szperając. Ciało dziewczynki poderwało się, ręce i nogi były nienaturalnie sztywne, targały nimi drgawki.
— Rand, nie możesz tego zrobić. Tylko nie to!
„Oddychać. Ona musi oddychać”. Pierś dziewczynki uniosła się i opadła. „Serce. Musi bić”. Krew, już zgęstniała i ciemna, trysnęła z rany na piersi. „Żyj. Żyj, ażebyś sczezła! Nie chciałem się spóźnić”.
Jej oczy wpatrywały się w niego, zasnute mgłą. Bez życia. Po policzkach Randa spłynęły nie tamowane łzy.
— Ona musi żyć! Uzdrów ją, Moiraine. Ja nie wiem jak. Uzdrów ją!
— Śmierci nie da się uzdrowić, Rand. Nie jesteś Stwórcą.
Wpatrując się w te martwe oczy, Rand powoli wycofał strumienie. Ciało sztywno opadło. Ciało. Odrzucił w tył głowę i zawył, dziko jak trollok. Warkocz upleciony z ognia zaskwierczał na ścianach i sklepieniu, które nim smagał, przepełniony rozpaczą i bólem.
Padając ze zmęczenia, wypuścił saidina, odepchnął go od siebie. Przypominało to odpychanie głazu, odpychanie rycia. Razem z Mocą wyciekły z niego wszystkie siły. Skaza jednak pozostała, skaza obciążająca go ciemnością. Musiał wbić Callandora w płyty posadzki i oprzeć się na nim, żeby utrzymać się na nogach.
— Pozostali. — Mówił z trudem, bolało go gardło. — Elayne, Perrin, reszta? Dla niech też było za późno?
— Nie spóźniłeś się — odparła spokojnie Moiraine. Nie podeszła jednak bliżej, a Lan wyglądał na gotowego wpaść między nią a Randa. — Nie wolno ci...
— Czy oni jeszcze żyją? — zakrzyknął Rand.
— Żyją — zapewniła.
Z ulgą i znużeniem pokiwał głową. Usiłował nie patrzeć na ciało dziewczynki. Trzy dni czekania, dzięki którym mógł się nacieszyć paroma skradzionymi pocałunkami. Gdyby wyjechał trzy dni wcześniej... Podczas tych trzech dni jednak nauczył się różnych rzeczy, rzeczy, których mógłby użyć, gdyby je z sobą scalił. Gdyby. Przynajmniej dla jego przyjaciół nie było za późno. Nie dla nich.
— Jakim sposobem trolloki dostały się do środka? Nie myślę, by wdrapały się na mury jak Aielowie, zwłaszcza że słońce wciąż jeszcze jest na niebie. Czy jeszcze jest na niebie? — Potrząsnął głową, by rozproszyć chociaż część otaczającej go mgły. — Nieważne. Trolloki. Jak?
Odpowiedzi udzielił Lan.
— Dzisiaj, późnym popołudniem w dokach Kamienia zacumowało osiem wielkich barek z ziarnem. Najwyraźniej nikt nie pomyślał, by zapytać, dlaczego barki obciążone ziarnem przypłynęły z dołu rzeki. — Jego głos ociekał pogardą. — Ani dlaczego zacumowały w Kamieniu względnie dlaczego załogi nie otworzyły luków prawie do samego zachodu słońca. Poza tym przyjechał szereg wozów, jakieś dwie godziny temu, aż trzydzieści, które rzekomo przywiozły rzeczy któregoś z lordów, wracających ze wsi do Kamienia. Po odrzuceniu płócien okazało się, że też są pełne Półludzi i trolloków. Jeśli przybyli tu jeszcze w jakiś inny sposób, to mi nic o tym na razie nie wiadomo.
Rand raz jeszcze skinął głową i z wysiłku ugięły się pod nim kolana. Nagle stanął przy nim Lan, który zarzucił sobie na szyję jego ramię, by go podtrzymać przed upadkiem. Moiraine ujęła jego twarz w dłonie. Przeniknął go chłód, nie wybuchowe zimno pełnego uzdrawiania, lecz ten zwykły chłód, który wypychał zmęczenie. Prawie całe. Ziarno pozostało, jakby cały dzień pracował przy plewieniu tytoniu. Odsunął się od podpory, której już nie potrzebował. Lan obserwował go czujnie, by sprawdzić, czy rzeczywiście jest w stanie ustać o własnych siłach, lub może dlatego, iż nie był pewien, w jakim stopniu on jest niebezpieczny, do jakiego stopnia pozostał przy zdrowych zmysłach.
— Wydałam kilka poleceń — powiedziała Moiraine. — Dzisiejszej nocy musisz się wyspać.
Spać. Zbyt wiele było do zrobienia, by spać. Raz jeszcze skinął głową. Nie chciał, by go szpiegowała. A jednak powiedział:
— Była tu Lanfear. To nie jej dzieło. Tak powiedziała i ja jej wierzę. Nie wyglądasz na zdziwioną, Moiraine. — Jakby propozycja Lanfear miała ją zdziwić. Czy cokolwiek mogło? — Była tu Lanfear, a ja z nią rozmawiałem. Nie próbowała mnie zabić i ja nie próbowałem jej zabić. A ty nie jesteś zdziwiona.
— Wątpię, czy mógłbyś ją zabić. Na razie. — W ciemnych oczach pojawił się przelotny, ledwie zauważalny błysk, gdy spojrzała na Callandora. — Bez wspomagania. I wątpię, czy ona spróbuje cię zabić. Na razie. Niewiele wiemy o Przeklętych, a już najmniej o Lanfear. Wiemy jednak, że kochała Lewsa Therina Telamona. Twierdzić, że nic ci z jej strony nie grozi, to z pewnością przesada, ona może wyrządzić ci dużo złego, wcale cię nie zabijając. Myślę jednak, że nie będzie próbowała cię zabić dopóty, dopóki będzie się jej wydawało, że może na nowo zdobyć Lewsa Therina.
Lanfear go pragnie. Córka Nocy, którą matki, wierzące w nią tylko w połowie, wykorzystywały do straszenia dzieci. Z pewnością go przerażała. Niemalże do tego stopnia, że aż się roześmiał. Zawsze czuł się winny, gdy spojrzał na jakąś inną kobietę oprócz Egwene, tylko że Egwene go nie chciała, a za to przynajmniej Dziedziczka Tronu Andoru chciała go całować i jedna z Przeklętych twierdziła, że go kocha. Niemało powodów do śmiechu. Lanfear wydawała się zazdrosna o Elayne; tę niezdarę o bladych włosach, jak ją nazwała. Obłęd. Czysty obłęd.
— Jutro. — Zaczął się od nich oddalać.
— Jutro? — powtórzyła Moiraine.
— Jutro ci powiem, co mam zamiar zrobić. — O części swych planów rzeczywiście jej powie. Na myśl o minie, jaką zrobiłaby Moiraine, gdyby jej powiedział o wszystkim, zachciało mu się śmiać. Gdyby jeszcze sam już wszystko wiedział. Lanfear ofiarowała mu właściwie ostatni kawałek układanki, nie wiedząc o tym. Jeszcze jeden krok, dzisiejszej nocy. Dłoń, trzymająca Callandora przy boku, zadrżała. Z nim może zrobić wszystko.
„Jeszcze nie oszalałem. Nie jestem jeszcze obłąkany”.
— Jutro. Dobrej nocy wam wszystkim, za pozwoleniem Światłości.
Jutro uwolni błyskawicę innego rodzaju. Błyskawicę, która może go uratować. Albo go zabić. Jeszcze nie popadł w obłęd.
11
Co zostało ukryte
Odziana w bieliznę nocną Egwene zrobiła głęboki wdech i położyła kamienny pierścień obok otwartej księgi na nocnym stoliku. Cały w plamkach, pokryty brązowymi, czerwonymi i niebieskimi prążkami, był nieco za dury jak na pierścień, który się nosi na palcu, kształt też miał niewłaściwie spłaszczony i skręcony do tego stopnia, że czubek palca, który wędrował po krawędzi, mógł obwieść zarówno wnętrze, jak i zewnętrze, nie wracając już do miejsca, z którego zaczął. Pierścień miał tylko jedną krawędź, choć zdawało się to niemożliwe. Nie odłożyła go dlatego, bo bez niego mogło się jej nie powieść, lecz dlatego, bo chciała, by się jej nie powiodło. Prędzej lub później musiała spróbować bez pierścienia, w przeciwnym wypadku mogłaby jedynie zamoczyć stopy tam, gdzie marzyło jej się pływanie. Równie dobrze mogło się to stać teraz. To był powód.