Gruba, oprawna w skórę księga, nosiła tytuł: Podróż do Tarabonu, napisał ją Eurian Romavni, z Kandoru, przed pięćdziesięcioma trzema laty, zgodnie z datą, podaną przez autora w pierwszej linii. Jednakże mało co zmieniło się w Tanchico podczas tak krótkiego okresu. Poza tym było to jedyne dzieło z użytecznymi rysunkami, jakie udało jej się znaleźć. Większość ksiąg zawierała jedynie portrety królów albo wymyślne wizerunki bitew, wykonane przez ludzi, którzy wcale w nich nie brali udziału.
Oba okna wypełniała ciemność, ale lampy dawały aż za dużo światła. W pozłacanym świeczniku na stoliku przy łóżku płonęła wysoka świeca z pszczelego wosku. Sama po mą poszła, gdyż nie była to noc, podczas której można było wysyłać służebną po świecę. Większość służących opatrywała rannych, opłakiwała ukochanych albo była sama opatrywana. Zbyt wielu należało uzdrowić, nie licząc tych, którzy bez tego by umarli.
Elayne i Nynaeve, z różnym powodzeniem starając się ukryć zdenerwowanie, czekały na krzesłach z wysokimi oparciami, przystawionymi z obu stron do szerokiego łoża z wysokimi, płytko rzeźbionymi kolumnami. Elayne zdobyła się na możliwy do przyjęcia, majestatyczny spokój, psując go jedynie ciągłym marszczeniem brwi i bezwiednym żuciem dolnej wargi, kiedy jej się wydawało, że Egwene nie patrzy. Nynaeve była pełna animuszu tego rodzaju, który przynosił ulgę, gdy kładła człowieka do łoża boleści, ale Egwene znała ten wyraz oczu — mówił jej, że Nynaeve się boi.
Aviendha siedziała na skrzyżowanych nogach obok drzwi, jej brązy i szarości wyróżniały się wyraźnie na tle głębokiego błękitu dywanu. Tym razem miała przymocowany do pasa z jednej strony swój nóż o długim ostrzu, z drugiej najeżony kołczan, na kolanach zaś ułożyła cztery krótkie włócznie. Okrągła, skórzana tarcza leżała w zasięgu ręki, pod nią łuk z rogu, schowany w ozdobnym, skórzanym futerale z paskami, którymi mogła go sobie przypasać do pleców. Po tym wieczorze Egwene nie mogła jej winić za to, że chodzi uzbrojona. Nadal miała ochotę trzymać w pogotowiu błyskawicę.
„Światłości, co ten Rand zrobił? Co to było? Oby skonał, przeraził mnie niemal równie mocno jak Pomory. Może nawet jeszcze bardziej. To niesprawiedliwe, że on potrafi zrobić coś takiego, a ja nawet nie widzę strumieni”.
Wdrapała się na łóżko i ułożyła na kolanach oprawny w skórę tom, marszcząc brwi nad mapą Tanchico. Doprawdy niewiele pożytecznych miejsc zaznaczono. Kilkanaście fortec, które otaczały port i strzegły miasta, położonego na trzech górzystych półwyspach, Verana na wschodzie, Maseta w środku i Calpene najbliżej morza. Bezużyteczne. Kilka wielkich placów, parę otwartych obszarów, które wyglądały na parki, oraz pomniki władców, którzy już dawno temu obrócili się w proch. Wszystko bezużyteczne. Kilka dziwnie wyglądających pałaców i miejsc. Wielki Krąg, na przykład, na Calpene. Na mapie był to zwykły pierścień, ale Romavni opisywał go jako ogromny plac zgromadzeń, zdolny pomieścić tysiące widzów, oglądających wyścigi koni albo pokazy fajerwerków Iluminatorów. Był również Krąg Królewski, na Masecie, większy od Wielkiego Kręgu, oraz Krąg Panarcha, na Veranie, zaledwie nieco mniejszy. Kapituła Cechu Iluminatorów też została zaznaczona. Wszystko bezużyteczne. Tekst też z całą pewnością był bezużyteczny.
— Jesteś pewna, że chcesz spróbować bez pierścienia? — — spytała cicho Nynaeve.
— Jak najbardziej — odparła Egwene, najspokojniej jak potrafiła. W żołądku ściskało ją równie paskudnie jak wcześniej tego wieczora, gdy zobaczyła pierwszego trolloka, który trzymał tamtą nieszczęsną kobietę za włosy i podrzynał jej gardło jak królikowi. Kobieta piszczała też jak królik. Zabicie trolloka w niczym jej nie pomogło, kobieta była równie martwa jak on. Tylko jej przeraźliwy krzyk nie chciał ucichnąć.
— Jeśli to się nie uda, to zawsze mogę spróbować raz jeszcze z pierścieniem. — Pochyliła się, by zrobić paznokciem ślad na świecy. — Obudźcie mnie, kiedy się dopali do tego miejsca. Światłości, jak ja żałuję, że nie mamy zegara.
Elayne roześmiała się beztroskim chichotem, który zabrzmiał prawie jak nie wymuszony.
— Zegar w sypialni? Moja matka ma z tuzin zegarów, ale nigdy nie słyszałam, żeby jakiś umieszczono w sypialni.
— Cóż, mój ojciec ma jeden zegar — burknęła Egwene — jedyny w całej wiosce i ja żałuję, że go tu nie mam. Uważacie, że ta świeca spali się do tego miejsca przez godzinę? Nie chcę spać dłużej. Musicie mnie obudzić, gdy tylko płomień dosięgnie tego znaku. Natychmiast!
— Zrobimy to — uspokoiła ją Elayne. — Obiecuję.
— Kamienny pierścień — niespodzianie odezwała się Aviendha. — Skoro go nie używasz, Egwene, to czy ktoś, jedna z nas, nie mogłaby go użyć, by ci towarzyszyć?
— Nie — mruknęła Egwene. „Światłości, żałuję, że one wszystkie nie mogą iść ze mną”. — Ale dziękuję ci za pomysł.
— Czy tylko ty możesz go użyć, Egwene? — spytała Panna Włóczni.
— Mogłaby każda z nas — odparła Nynaeve — nawet ty, Aviendha. Kobieta nie musi umieć przenosić Mocy, wystarczy, że z nim śpi tak, by dotykał jej skóry. Z tego, co wiemy, mężczyzna też byłby zdolny. Tylko że my nie znamy Tel’aran’rhiod ani określających go zasad tak dobrze jak Egwene.
Aviendha przytaknęła.
— Rozumiem. Kobieta może popełniać błędy tam, gdzie nie zna metod, a jej błędy mogą zabić innych tak samo jak ją.
— Zgadza się — potwierdziła Nynaeve. — Świat Snów to niebezpieczne miejsce. Tyle wiemy.
— Ale Egwene będzie ostrożna — dodała Elayne, przemawiając do Aviendhy, ale najwyraźniej przeznaczając swe słowa dla uszu Egwene. — Obiecała. Rozejrzy się dookoła, ostrożnie! I nic więcej.
Egwene skoncentrowała się na mapie. Ostrożnie. Gdyby nie strzegła swego skręconego, kamiennego pierścienia tak zazdrośnie — uważała go za swój własny, Komnata Wieży mogła się z tym nie zgodzić, ale te z Komnaty nie wiedziały, że on jest w jej posiadaniu — gdyby zechciała pozwolić Elayne albo Nynaeve użyć go więcej niż jeden albo dwa razy, wówczas wiedziałyby teraz dostatecznie dużo, by jej towarzyszyć. To nie z żalu jednak unikała spojrzenia na pozostałe kobiety. Nie chciała, by dostrzegły strach w jej oczach.
Tel’aran’rhiod. Niewidziany Świat. Świat Snów. Nie snów zwykłych ludzi, choć ci czasami, na krótko dotykali Tel’aran’rhiod, w snach, które wydawały się równie prawdziwe jak życie. Bo nim były. W Niewidzianym Świecie to, co się działo, było realne, w jakiś dziwny sposób. Nic, co się tam działo, nie działało na świat materialny — drzwi otwarte w Świecie Snów pozostawały w nim zamknięte, drzewo ścięte tam, tutaj wciąż rosło — a jednak kobietę można tam było zabić albo ujarzmić. Słowo „dziwny” ledwie go opisywało. W Niewidzianym Świecie cały świat leżał otworem, być może również inne światy, każde miejsce było tam dostępne. Albo przynajmniej jego odbicie w Świecie Snów. Mógł tam zostać odczytany splot Wzoru — przeszłość, teraźniejszość i przyszłość — przez osobę, która to potrafiła. Przez Śniącą. Od czasu Corianin Nedeal w Białej Wieży nie było Śniącej, a minęło blisko pięćset lat.