Выбрать главу

Mimo lęku z zaśnięciem nie miała problemów; była zbyt wyczerpana. Wystarczyło zamknąć oczy i zacząć oddychać głęboko, regularnie. Skupiła myśli na komnacie w Pałacu Panarcha i ogromnym szkielecie. Głęboki, regularny oddech. Pamiętała, co czuła, gdy używała kamiennego pierścienia, pamiętała wejście do Tel’aran’rhiod. Głęboki — regularny — oddech.

Egwene cofnęła się, ciężko łapiąc oddech, dłoń przycisnęła do gardła. Z tak bliska szkielet wydawał się znacznie większy, kości bieliły się matowym, suchym połyskiem. Stała tuż przed nim, po drugiej stronie sznurowej barierki. Biały sznur, grubości przegubu jej ręki, najwyraźniej upleciono z jedwabiu. Nie miała wątpliwości, że to Tel’aran’rhiod. Szczegóły były równie wyraźne jak w rzeczywistości, nawet rzeczy widziane tylko kątem oka. Sam fakt, że była świadoma różnicy między nim a zwykłym snem, mówił jej, gdzie się znalazła. A poza tym... sprawiał dobre wrażenie.

Otworzyła się na saidara. Szrama na palcu po ranie otrzymanej w Świecie Snów pozostanie po przebudzeniu, nie będzie przebudzenia ze śmiertelnego ciosu zadanego Mocą, czy nawet mieczem albo pałką. W tym momencie jednak nie miała zamiaru odnosić żadnych obrażeń.

Zamiast koszuli nocnej miała na sobie coś, co bardzo przypominało odzienie Aviendhy, tyle że uszyte było z czerwonego jedwabiu przetykanego brokatem: nawet jej miękkie kamasze, sznurowane do kolan, wykonane z miękkiej, czerwonej skóry, pasowały do rękawiczek, ze swoimi złotymi szwami i sznurowadłami. Zaśmiała się cicho. Ubrania w Tel’aran’rhiod były takie, jakich się zażyczyło. Najwyraźniej jedna część jej umysłu pragnęła być przygotowana do wykonywania szybkich ruchów, natomiast druga na bal. Nie był to dobry pomysł. Czerwień spłowiała więc do szarości i brązów, kaftan, spodnie i buty przemieniły się w dokładne kopie ubrań noszonych przez Panny. Wcale nie lepiej, to przecież miasto. Natychmiast odkryła na sobie imitację sukni, którą zwykła nosić Faile — ciemna, wąskie, dzielone spódnice, długie rękawy i wysoki, obcisły stanik.

„Głupio tak się tym przejmować. Nikt mnie nie będzie oglądał, najwyżej we śnie, a przecież dociera tu niewielu zwykłych śpiących. Nic by się nie stało, nawet gdybym była naga”.

Przez moment była naga. Twarz jej poróżowiała ze wstydu, mimo że nie było tam nikogo, kto mógłby ją zobaczyć, nagą jak w kąpieli, zanim pośpiesznie przywołała z powrotem suknię. Powinna była jednak pamiętać, że zdrożne myśli potrafią oddziaływać na wszystko, co się tutaj dzieje, zwłaszcza kiedy obejmowało się Moc. Elayne i Nynaeve wierzyły, że ona posiada sporo wiedzy. Znała kilka praw rządzących w Niewidzianym Świecie i wiedziała, ie istnieje sto, tysiąc takich, o których nie miała pojęcia. Musiała w jakiś sposób je poznać, jeśli miała się stać pierwszą Śniącą od czasów Corianin.

Przyjrzała się z bliska ogromnej czaszce. Wychowała się w małej wiosce, więc wiedziała, jak wyglądają zwierzęce kości. Mimo wszystko to nie były cztery oczodoły. W dwóch, po obu stronach miejsca, gdzie niegdyś sterczał nos, musiały się kiedyś mieścić kły. To była odmiana jakiegoś monstrualnego dzika, być może, aczkolwiek wcale to nie przypominało żadnej z tych świńskich czaszek, które zdarzyło jej się oglądać. Czuło się jednak przy niej upływ czasu, bezmierny upływ czasu.

Dzięki Mocy potrafiła wyczuwać tu wiele rzeczy. Rzecz jasna, działanie zmysłów było spotęgowane. Czuła maleńkie pęknięcia w pozłacanych sztukateriach sufitu na wysokości pięćdziesięciu stóp oraz gładką powierzchnię posadzki z białego kamienia. Niezliczone pęknięcia, niewidoczne dla oka, pokrywały również kamienie posadzki.

Komnata była ogromna, długości może dwustu kroków, niemalże w połowie tak szeroka, z rzędami wąskich, białych kolumn oraz tym białym sznurem, który biegł wszędzie dookoła z wyjątkiem drzwi zwieńczonych podwójnymi, spiczastymi łukami. Jeszcze inne sznury otaczały wypolerowane, drewniane postumenty i szafki z eksponatami. Pod samym sufitem ściany zdobił ażurowy pas misternych rzeźbień, dzięki któremu do środka wpadało mnóstwo światła. Najwyraźniej śniła, że jest w Tanchico za dnia.

„Wspaniała wystawa artefaktów z dawno minionych Wieków, z Wieku Legend i Wieków wcześniejszych, otwarta dla wszystkich, nawet prostego ludu, przez trzy dni w miesiącu oraz w święta”, napisał Eurian Romavni. Barwnymi słowami opisał bezcenną wystawę figurek cuendillar, w sumie sześciu, wystawionych na pokaz w oszklonej szafce na samym środku sali, zawsze strzeżonych przez czterech osobistych strażników Panarch, gdy wpuszczano tam ludzi. Na następnych dwóch stronach rozpisywał się o kościach baśniowych stworzeń, „których żaden człowiek nie widział nigdy żywymi”. Egwene mogła teraz obejrzeć niektóre. Z jednej strony izby stał szkielet czegoś, co trochę przypominało niedźwiedzia, o ile niedźwiedź mógł mieć dwa przednie zęby równie długie jak jej przedramię, naprzeciwko niego zaś znajdowały się kości jakiegoś smukłego zwierzęcia, obdarzonego czterema nogami i tak długą szyją, że jego czaszka sięgała połowy odległości do sufitu. Było ich jeszcze więcej, rozmieszczonych wzdłuż ścian, równie baśniowych. Czuło się, iż wszystkie są tak stare, że Kamień Łzy sprawiał w porównaniu z nimi wrażenie świeżo wzniesionego. Przekradając się pod sznurową barierką, wędrowała powoli przez komnatę, przypatrując się wszystkiemu po kolei.

Tknięta patyną starości kamienna figurka kobiety, którą zamiast ubrania okrywały włosy spadające jej do kostek, pozornie nie różniła się niczym od pozostałych w tej samej szafce, niewiele większych od jej dłoni. Egwene znała jednak to miłe ciepło, którym zdawała się emanować. Była pewna, że to angreal, ale zastanawiło ją, dlaczego Wieży nie udało się go wydobyć od Panarch. Zadygotała na widok obręczy i dwóch bransolet z matowego, czarnego metalu, przemyślnie z sobą połączonych, poczuła kojarzące się z nimi mrok i ból — dawny, dawny, przenikliwy ból. Srebrzysty przedmiot w innej szafce, który przypominał trójramienną gwiazdę w kole, wykonano z substancji, której nie znała, bardziej miękkiej od metalu. Był porysowany i wytarty, a przy tym starszy od tych wszystkich starożytnych kości. Z odległości dziesięciu kroków czuła bijącą z niego pychę i próżność.

Jedna rzecz naprawdę wydawała się znajoma, chociaż nie umiała powiedzieć dlaczego. Wepchnięta w kąt kolejnej szafki, jakby ktoś, kto ją tam włożył, nie był pewien, czy jest warta pokazywania, leżała górna połowa przełamanej figurki, wyrzeźbionej z połyskliwego, białego kamienia, przedstawiając postać kobiety z kryształową kulą w uniesionej ręce, o twarzy spokojnej, pełnej godności i doświadczenia w sprawowaniu władzy. Jako całość miała jakąś stopę długości. Tylko dlaczego wydawała się taka znajoma? Niemalże zdawała się wołać do Egwene, żeby ją podniosła.

Dopiero kiedy jej palce zamknęły się na przełamanej figurce, Egwene uświadomiła sobie, że przeszła przez sznur.

„To głupota, skoro nie wiem, co to jest” — pomyślała, ale już było za późno.

Kiedy jej dłoń schwyciła przedmiot, poczuła w swym wnętrzu falę Mocy, która przelała się do figurki, potem z powrotem do niej, do figurki i do niej, tam i z powrotem. Kryształowa kula zamigotała nierównymi, ponurymi błyskami, a wraz z każdym błyskiem czuła igły przeszywające jej mózg. Łkając ze śmiertelnego bólu, rozprostowała dłonie i przyłożyła je do głowy.