Kryształowa kula roztrzaskała się, kiedy figurka upadła na podłogę, a igły zniknęły, pozostawiając jedynie tępe wspomnienie bólu i mdłości, od której ugięły się pod nią kolana. Zacisnęła oczy, żeby nie widzieć, jak izba się kołysze. Ta figurka to musiał być ter’angreal, ale dlaczego tak ją bolało, skoro tylko go dotknęła? Może dlatego, że byk złamany, być może jako uszkodzony nie mógł wykonywać tego, do czego był przeznaczony. Nawet nie chciała myśleć o tym, do czego go wykonano, badanie ter’angreala groziło różnymi niebezpieczeństwami. W każdym razie teraz, przez to, że się rozbił, nie groził już niczym. Przynajmniej tutaj.
„Dlaczego zdawał się mnie wołać?”
Mdłości ustały i wtedy otworzyła oczy. Figurka stała znowu na półce, w takim samym stanie jak wtedy, kiedy ją zobaczyła po raz pierwszy. Dziwne rzeczy się działy w Tel’aran’rhiod, ale czegoś tak dziwnego wcale nie chciała oglądać. Poza tym nie po to tu przyszła. Przede wszystkim chciała znaleźć wyjście z Pałacu Panarcha. Przekroczywszy z powrotem sznur, opuściła pośpiesznie komnatę pilnując się, by nie pobiec.
Naturalnie w pałacu nie było śladów życia. W każdym razie ludzkiego życia. Kolorowe ryby pływały w wielkich fontannach, które pluskały wesoło na dziedzińcach, otoczonych ścieżkami, ograniczonych kolumnadami i balkonami z kamiennej siatki, przypominającej skomplikowaną koronkę. Na powierzchni wody unosiły się lilie i białe kwiaty, wielkie jak talerze. W Świecie Snów wszystkie miejsca były takie same jak w tak zwanym rzeczywistym świecie. Z wyjątkiem ludzi. Na korytarzach stały ozdobne złote lampy, z niewypalonymi knotami, ale czuła od nich zapach perfumowanej oliwy. Jej stopy nie wzbijały ani drobiny kurzu z jaskrawych dywanów, które z pewnością nigdy nie były trzepane, nie tutaj.
W pewnym momencie zauważyła, że ktoś przed nią idzie, jakiś mężczyzna w pozłacanej, ozdobnej zbroi, pod pachą trzymał spiczasty, złoty hełm z grzebieniem z białych piór czapli.
— Aeldra? — zawołał uśmiechając się. — Aeldro, podejdź i popatrz na mnie. Zostałem mianowany Lordem Kapitanem Legionu Panarch. Aeldra? — Szedł teraz innym krokiem, wciąż wołając, i nagle zniknął. To nie był Śniący. Ani nawet ktoś, kto używał ter’angreala podobnego do jej kamiennego pierścienia czy żelaznego krążka Amico. Był tylko człowiekiem, którego sen przeniósł w nieznane miejsce, pełne obcych niebezpieczeństw. Ludziom, którzy umierali niespodzianie podczas snu, często śniła się droga do Tel’aran’rhiod i w rzeczy samej umierali właśnie tutaj. Mężczyzna już się stąd wycofał, z powrotem do zwykłego snu.
W Łzie obok łóżka paliła się świeca. Jej czas w Tel’aran’rhiod wypalał się wraz z nią.
Przyspieszyła kroku, doszła do wysokich, rzeźbionych drzwi wychodzących na zewnątrz, na szerokie, białe schody i ogromny, pusty plac. Tanchico rozpościerało się jak okiem sięgnąć na stromych wzgórzach, zabudowanych szeregami białych budowli, połyskujących w słońcu, setkami wąskich wież i spiczastych kopuł, niekiedy pozłacanych. Widać było wyraźnie Krąg Panarch, wysoki, owalny mur z białego kamienia, położony w odległości nawet nie połowy mili, nieco poniżej pałacu. Pałac Panarch wznosił się na szczycie jednego z wyższych wzgórz. Ze schodów mogła spojrzeć dostatecznie daleko, żeby zobaczyć wodę iskrzącą się na zachodzie, małe zatoczki, które oddzielały ją od górzystych półwyspów, na których usytuowała się reszta miasta. Tanchico było większe od Łzy, być może większe od Caemlyn.
Tyle do przeszukania, a ona nawet nie wiedziała, czego szukać. Jakiegoś śladu obecności Czarnych Ajah, czy raczej niebezpieczeństwa grożącego Randowi. Gdyby była prawdziwą Śniącą, wyszkoloną w używaniu swego talentu, z pewnością by wiedziała, czego szukać oraz jak interpretować to, co zobaczy. Nie było już jednak żadnej kobiety, która mogłaby ją uczyć. Mądre z ludu Aiel podobno wiedziały, jak odczytywać sny. Aviendha mówiła z taką niechęcią o Mądrych, że Egwene nie zapytała już o nie żadnego innego Aiela. Być może jakaś Mądra mogłaby ją nauczyć. Jeśli jakąś znajdzie.
Zrobiła krok w stronę placu i nagle znalazła się gdzie indziej.
Wokół niej wznosiły się kamienne iglice, w upale, który wysysał wilgoć z oddechu. Słońce paliło przez materię sukni, a wiatr wiejący w twarz wydawał się wydobywać wprost z pieca. Skarłowaciałe drzewa nakrapiały krajobraz pozbawiony innej roślinności, z wyjątkiem paru plam stwardniałej trawy i kolczastych roślin, których nie znała. Rozpoznała jednak lwa, nawet jeśli nigdy przedtem nie widziała go na własne oczy w naturze. Leżał w rozpadlinie między skałami, w odległości niecałych dwudziestu kroków, ogon z czarnym chwostem kiwał się leniwie, patrzył nie na nią, lecz na coś innego w odległości stu kroków. U podstawy ciernistego krzewu rył i węszył wielki dzik, porośnięty szorstką szczeciną, nie widząc pełznącej ku niemu kobiety z włócznią gotową do rzutu. Ubrana była jak inni Aielowie, których Egwene widywała w Kamieniu, na głowie miała udrapowaną shoufe, ale twarz odsłoniętą.
„Pustkowie — pomyślała z niedowierzaniem Egwene. — Znalazłam się na Pustkowiu Aiel! Kiedy ja wreszcie nauczę się pilnować tego, o czym myślę?”
Kobieta zastygła. Utkwiła teraz oczy w Egwene, nie w dziku. O ile to rzeczywiście był dzik, sylwetkę bowiem miał nieco odmienną od znanego jej zwierzęcia.
Egwene była przekonana, że kobieta nie jest Mądrą. Ubrana inaczej niż Panna, a poza tym Egwene powiedziano, że Panna Włóczni, która chce zostać Mądrą, musi „porzucić włócznię”. Musiała to być po prostu zwykła mieszkanka Pustkowia, której przyśnił się Tel’aran’rhiod, tak jak tamtemu jegomościowi z pałacu. On też by ją zauważył, gdyby się odwrócił. Egwene zamknęła oczy i skoncentrowała się na wyraźnym obrazie Tanchico, na tamtym ogromnym szkielecie w wielkiej komnacie.
Kiedy je na powrót otworzyła, znowu przed oczyma miała ów szkielet. Zauważyła tym razem, że kości są powiązane drutem. Starannie, tak że drut był właściwie niewidoczny. Połowa figurki z kryształową kulą wciąż stała na półce. Nie podeszła bliżej ani do niej, ani do czarnej obręczy i bransolet, które wywoływały uczucie takiego bólu i cierpienia. Jednak angreal stanowił pokusę.
„Co zamierzasz z nim zrobić? Światłości, jesteś tu po to, by patrzeć, szukać! Nic więcej. Zabierz się za to, kobieto!”
Tym razem szybko znalazła drogę do placu. Czas tutaj płynął inaczej, Elayne i Nynaeve mogły ją obudzić lada moment, a ona jeszcze nawet nie zaczęła. Być może nie było już ani chwili do stracenia. Od tego momentu musi uważać na to, co myśli. Dość myślenia o Mądrych. Zdekoncentrowała się i już wszystko wokół niej zadygotało.
„Skup się na tym, co robisz” — przykazała sobie stanowczo.
Wędrowała szybkim krokiem przez wyludnione miasto, czasem biegnąc. Kręte, wybrukowane ulice wznosiły się i opadały, skręcając we wszystkie możliwe strony, całkiem puste, wyjąwszy gołębie o zielonych grzbietach i bladoszare mewy, które wzbijały się w powietrze, łopocząc skrzydłami, kiedy się do nich zbliżała. Dlaczego ptaki, a ludzie nie? Obok przelatywały z bzyczeniem muchy, widziała też karaluchy i żuki umykające w cieniu. Daleko w przodzie ulicę przebiegło susami stado wychudłych psów. Skąd te psy?
Zmusiła się, by myśleć wyłącznie o przyczynie, dla której się tu znalazła. Jaki ślad mogły po sobie zostawić Czarne Ajah? Na czym mogło polegać niebezpieczeństwo, grożące Randowi, o ile rzeczywiście coś mu groziło? Większość białych budynków była otynkowana, tynk łuszczył się i pękał, często obnażając postarzałe drewno lub jasnobrązowe cegły. Jedynie wieże i większe budowle — pałace, jak przypuszczała — zbudowano zapewne z kamienia, skoro wciąż były białe. Jednakże nawet w kamieniu pojawiły się maleńkie szczeliny, pęknięcia zbyt mikroskopijne, by mogło je wychwycić oko, ale czuła je dzięki wypełniającej ją Mocy, czuła pajęczynę, która oplotła kopuły i wieże. Być może to coś oznaczało. Być może to oznaczało, że Tanchico to miasto, o które jego mieszkańcy przestali dbać. Było to równie prawdopodobne jak i inne wyjaśnienia.