Podskoczyła, kiedy nagle z nieba sfrunął jej prosto pod nogi jakiś przeraźliwie krzyczący mężczyzna. Starczyło czasu tylko na to, by zarejestrować bufiaste, białe spodnie, gęste wąsy i przezroczysty woal, zanim zniknął, zaledwie krok ponad chodnikiem. Gdyby się o niego roztrzaskał, tutaj w Tel’aran’rhiod, znaleziono by go w łóżku martwego.
„Prawdopodobnie miał tyle wspólnego z wszystkim co karaluchy” — powiedziała sobie.
Może coś w tych budynkach. Niewielka szansa, niczym nie uprawomocniona nadzieja, była już jednak dostatecznie zdesperowana, by spróbować byle czego. Wszystko jedno. Czas. Ile jej czasu zostało? Zaczęła biec od drzwi do drzwi, wsadzając głowę do wnętrz sklepów, gospód i domów.
We wspólnych izbach na gości czekały stoły i ławy, ustawione w należytym porządku, podobnie jak mętnie połyskujące cynowe kufle i talerze na półkach. W każdym sklepie panował taki ład, jakby ich właściciel ledwie co zdążył go otworzyć rano. Na stołach krawieckich leżały bele tkanin, noże i nożyce, a mimo to w sklepie rzeźnickim na hakach nic nie wisiało, a półki były puste. Gdziekolwiek przejechał palec, nie zbierał ani odrobiny kurzu, wszystko było tak czyste, że zadowoliłoby nawet jej matkę.
W węższych uliczkach stały domy, niewielkie, pospolite, otynkowane na biało budynki z płaskimi dachami, pozbawione okien wychodzących na ulicę, gotowe, by rodziny mogły tam wejść i zasiąść na ławach przed zimnymi kominkami albo wokół okrągłych stołów z rzeźbionymi nogami, na których pyszniła się najlepsza misa albo półmisek pani domu. Na kołkach wisiały ubrania, z pował zwisały garnki, na ławach leżały ręczne narzędzia, czekały.
Tknięta przeczuciem cofnęła się po własnych śladach, żeby tylko coś sprawdzić, o kilkanaście drzwi wstecz, i zajrzała po raz drugi do domu, który w rzeczywistym świecie musiał należeć do jakiejś kobiety. Było prawie tak samo. Prawie. Misa w czerwone paski, która przedtem stała na stole, przemieniła się w wąski, niebieski wazon, popękana uprząż i narzędzia, czekające poprzednio na naprawę na jednej z ław przy kominku, leżały teraz obok drzwi, gdzie stał koszyk z przędzą i haftowaną, dziecięcą sukienką.
„Dlaczego tu się zmieniło? — zastanawiała się. — Ale z kolei z jakiego powodu miałoby się nie zmienić? Światłości, nic nie wiem!”
Po drugiej stronie ulicy znajdowała się stajnia, spod białego tynku wyzierała czerwienią odsłonięta cegła. Podbiegła bliżej i otworzyła na oścież skrzydło wielkich drzwi. Klepisko pokrywała słoma, tak jak w każdej stajni, którą w życiu widziała, ale w przegrodach było pusto. Żadnych koni. Dlaczego? Coś zaszeleściło w słomie i wtedy sobie uświadomiła, że w przegrodach wcale nie jest pusto. Szczury. Kilkanaście, wpatrywały się w nią śmiało, noski szukały woni. Żaden ze szczurów nie uciekł, ani nawet się nie schował, zachowywały się tak, jakby miały większe prawo tu być niż ona. Wbrew sobie cofnęła się.
„Gołębie, mewy, psy, muchy i szczury. Może jakaś Mądra wiedziałaby dlaczego”.
Nagle znalazła się z powrotem w Pustkowiu.
Z przeraźliwym krzykiem upadła na wznak, kiedy włochate, podobne do dzika stworzenie, wielkie niczym kuc, rzuciło się prosto na nią. To nie świnia, zauważyła, gdy przeskoczyło zwinnie ponad nią, pysk miało pełen ostrych zębów, a każda łapa obdarzona była czterema palcami. Myślała o tym spokojnie, zadrżała jednak, kiedy bestia pierzchła między skały. Była dostatecznie wielka, by ją stratować, łamiąc kości albo i gorzej, te zęby mogły pokąsać i rozerwać ciało, tak jak wilcze kły. Obudziłby ją ból ran. O ile w ogóle by się obudziła.
Skała, która chrzęściła pod jej plecami, przemieniła się w płytę pieca, która w każdej chwili mogła ją całą poparzyć. Zła na siebie, niezdarnie powstała. Jeżeli nie przykuje umysłu do tego, co ma zrobić, to niczego nie osiągnie. Miała być w Tanchico i musiała się na tym skoncentrować. Na niczym innym.
Przestała otrzepywać spódnice, spostrzegła bowiem kobietę Aiel przyglądającą się jej przenikliwymi, niebieskimi oczyma z odległości dziesięciu kroków. Kobieta była w wieku Aviendhy, niewiele starsza od niej, jednakże kosmyki włosów, które wystawały spod shoufy, były jasne, niemal białe. Włócznia w jej dłoniach była gotowa do rzutu, a z tej odległości raczej nie mogła chybić.
O Aielach powiadano, że potrafią być skrajnie bezwzględni wobec tych, którzy weszli do Pustkowia bez zezwolenia. Egwene wiedziała, że może owinąć kobietę i włócznię Powietrzem, unieruchomić je bezpiecznie, ale czy strumienie utrzymają się dostatecznie długo, gdy ona zacznie znikać? Czy raczej rozzłoszczą kobietę tak, że ciśnie włócznią, jeszcze zanim Egwene na dobre zniknie? Dużo by jej przyszło dobrego, gdyby wróciła do Tanchico przebita włócznią. Gdyby związała strumienie, to pozostawi kobietę uwięzioną w Tel’aran’rhiod tak długo, aż nie zostaną rozwiązane, bezbronną w razie gdyby wrócił lew albo to podobne do dzika stworzenie.
Nie. Wystarczyło tylko, by kobieta opuściła włócznię, na dostatecznie długo, by Egwene poczuła, że może bezpiecznie zamknąć oczy i przenieść się z powrotem do Tanchico. Z powrotem tam, gdzie miała działać. Nie dysponowała już czasem na kolejne wzloty fantazji. Nie całkiem wiedziała, czy ktoś, kto wśnił się w Tel’aran’rhiod, mógł jej zrobić krzywdę w takim samym stopniu jak inne rzeczy, ale nie miała zamiaru narażać się na ryzyko. Kobieta powinna zniknąć za kilka chwil. Do tego czasu musiała jakoś zbić ją z pantałyku.
Zmiana ubrania była łatwa, wystarczyło, że pojawiła się myśl, a Egwene już nosiła te same brązy i szarości co kobieta.
— Nie chcę ci zrobić nic złego — powiedziała z pozornym spokojem.
Kobieta nie opuściła broni. Zmarszczyła brwi i powiedziała:
— Nie masz prawa nosić cadin’sora, dziewczyno.
Wtedy Egwene odkryła, że stoi tam, we własnej skórze, słońce paliło ją z góry, a ziemia parzyła jej bose stopy.
Przez chwilę wytrzeszczała z niedowierzaniem oczy, przeskakując z nogi na nogę. Nie myślała, że można zmieniać coś u kogoś innego. Tyle możliwości, tyle zasad, nie mogła się w tym wszystkim połapać. Pośpiesznie pomyślała o mocnych butach i ciemnej sukni z dzielonymi spódnicami, sprawiając jednocześnie, że tradycyjne odzienie kobiet Aielów zniknęło. Żeby tego dokonać, musiała zaczerpnąć Mocy z saidara, kobieta wyraźnie skoncentrowała się, by zachować jej nagość. Trzymała strumień w pogotowiu, żeby złapać włócznię, gdyby kobieta postanowiła jednak nią rzucić.
Tym razem kobieta wyglądała na zaszokowaną. Włócznia wypadła jej z rąk, a Egwene skorzystała z okazji, by zamknąć oczy i wrócić do Tanchico, z powrotem do szkieletu ogromnego dzika. Czy cokolwiek to było. Tym razem ledwie obejrzała się powtórnie. Zaczynały ją nużyć stworzenia, które wyglądały jak dziki, a wcale nimi nie były.
„Jak ona to zrobiła? Nie! Stale zbaczam z drogi przez to ciągłe zastanawianie się nad metodami i przyczynami. Tym razem wytrwam”.