Wahała się jednak. W momencie gdy zamknęła oczy, odniosła wrażenie, że za plecami kobiety widzi inną, która obserwuje je obydwie. Złotowłosą kobietę z łukiem w ręku.
„Znowu pozwalasz, by brały nad tobą górę jakieś dzikie fantazje. Nasłuchałaś się zbyt wielu opowieści Thoma Merrilina”.
Birgitte umarła dawno temu, nie mogła się pojawić, dopóki Róg Valere nie przywoła jej z grobu. Martwe kobiety, nawet bohaterki z grobów, z pewnością nie mogły się wśnić do Tel’aran’rhiod.
Ta pauza trwała jednak tylko chwilę. Rezygnując z jałowych spekulacji, pobiegła z powrotem na plac. Ile zostało jej czasu? Całe miasto do przeszukania, czas wymykał się z rąk, a ona była równie głupia jak na początku. Gdyby chociaż miała jakiś pomysł, koncepcję określającą, czego należy szukać. Albo gdzie. Bieganie jakoś nie wydawało się ją męczyć tutaj, w Świecie Snów, ale nawet gdyby biegła, najszybciej jak potrafi, nigdy nie zdąży zwiedzić całego miasta, zanim Elayne i Nynaeve ją obudzą. Nie chciała jeszcze wracać.
Nagle pośród stada gołębi, zgromadzonych na placu, pojawiła się jakaś kobieta. Miała bladozieloną suknię, cienką i tak obcisłą, że zachwyciłaby Berelain, ciemne włosy zaplecione w kilkanaście drobnych warkoczyków, a jej twarz, z wyjątkiem oczu, była skryta za przezroczystym woalem, takim samym, jaki miał spadający mężczyzna. Gołębie poderwały się do lotu, kobieta też szybowała chwilę nad najbliższymi dachami, po czym znienacka zamigotała i przestała istnieć.
Egwene uśmiechnęła się. Całe życie marzyła i śniła o lataniu jak ptak, a to w końcu był sen. Podskoczyła w górę i zaczęła się wznosić, w stronę dachów. Zachybotała się, gdy sobie uprzytomniła, jakie to wszystko niedorzeczne — Latanie? Ludzie nie latają! — po czym odzyskała równowagę i pewność siebie. Udało jej się. To był sen, a ona latała. Wiatr wiał jej w twarz, a ona miała ochotę śmiać się jak szalona.
Przemknęła ponad Kręgiem Panarch, z rzędami kamiennych ław ustawionych na zboczu, od wysokiego muru aż po szeroką połać ubitej ziemi w samym środku. Wystarczyło tylko sobie wyobrazić tylu zgromadzonych ludzi i pokaz fajerwerków zorganizowany przez sam Cech Iluminatorów. W domu fajerwerki były czymś rzadkim. Pamiętała, jak kilka razy goszczono ich w Polu Emonda, dorośli byli wtedy równie podnieceni jak dzieci.
Żeglowała ponad dachami jak sokół, ponad pałacami i kamienicami, skromnymi domostwami i sklepami, magazynami i stajniami. Sunęła obok kopuł zwieńczonych złotymi iglicami i wiatrowskazami z brązu, obok wież otoczonych balkonami z kamiennych koronek. Na dziedzińcach stały gotowe do drogi, podobne do kropek, fury i powozy. W porcie i na wodach zatoczek, oddzielających półwyspy, na których położone było miasto, tłoczyły się statki zakotwiczone w dokach. Wszystko zdawało się domagać napraw, od wozów po statki, ale nic, co zobaczyła, nie wskazywało na obecność Czarnych Ajah. Tyle dotychczas się dowiedziała.
Zastanawiała się, czy nie przywołać wizji Liandrin — aż za dobrze znała tę lalkowatą twarz, mnogie blond warkoczyki, brązowe, pełne samozadowolenia, oczy i drwiące, podobne do pączka róży usta — czy nie wyobrazić jej sobie w nadziei, że to ją zawiedzie do miejsca, w którym przebywa Czarna siostra. Gdyby jednak to się powiodło, mogłaby wówczas napotkać Liandrin w Tel’aran’rhiod, a być może również i pozostałe. Nie była na to gotowa.
Nagle przyszło jej na myśl, że jeśli któraś z Czarnych Ajah jest w Tanchico, w Tanchico z Tel’aran’rhiod, to ona właśnie teraz paraduje przed nimi. Każde oko, które właśnie spojrzało na niebo, zauważy frunącą kobietę, kobietę, która nie znika po kilku chwilach. Jej gładki lot utracił płynność i opadła w dół, do poziomu dachów, lecąc ponad ulicami wolniej niż przedtem, ale nadal prześcigając prędkością cwałującego konia. Może pędziła prosto na nie, ale nie potrafiła się zatrzymać.
„Idiotka! — skarciła siebie ze złością. — Idiotka! Do tej pory mogły się już dowiedzieć, że tu jestem. Już mogły zastawić pułapkę”.
Zastanawiała się, czy nie wyjść ze snu, czy nie wrócić do swego łóżka w Łzie, ale przecież niczego nie znalazła. O ile tu cokolwiek można było znaleźć.
Nagle pojawiła się przed nią wysoka, szczupła kobieta, w obszernej brązowej spódnicy i luźnej białej bluzce, z brązowym szalem na ramionach i złożoną szarfą na czole, podtrzymującą jasne włosy, które spływały jej do pasa. Mimo prostego stroju nosiła całe mnóstwo naszyjników i bransolet ze złota, kości słoniowej albo jednego i drugiego. Z pięściami wspartymi o biodra wpatrywała się prosto w Egwene, marszcząc czoło.
„Jeszcze jedna głupia kobieta, która wyśniła sobie miejsce, w którym nie ma prawa być, i która nie wierzy w to, co widzi” — pomyślała Egwene.
Znała opisy wszystkich kobiet, które odeszły z Liandrin, i ta kobieta z pewnością nie pasowała do żadnego z nich. A jednak nie zniknęła, stała tam, Egwene natomiast zbliżała się do niej szybko.
„Dlaczego ona nie znika? Dlaczego...? Och, Światłości! Ona to naprawdę...!”
Manipulując niezdarnie z zaskoczenia i pośpiechu, sięgnęła prędko po strumienie, by utkać z nich błyskawicę, by oplątać kobietę Powietrzem.
— Postaw nogi na ziemi, dziewczyno — warknęła kobieta. — Miałam już i tak dość kłopotów z ponownym odnalezieniem ciebie, nie musisz jeszcze do tego latać, jak jakiś ptak.
Nagle lot Egwene skończył się. Omal nie straciła równowagi, gdy jej stopy opadły z ciężkim łomotem na chodnik. Słyszała głos tamtej kobiety z Pustkowia, ale ta była starsza. Nie tak stara, jak się Egwene z początku wydawało — w rzeczy samej wyglądała na znacznie młodszą, niż to sugerowały włosy — jednakże na podstawie głosu, tych przenikliwych niebieskich oczu, nabrała pewności, że to ta sama kobieta.
— Wyglądasz... inaczej — powiedziała.
— Tutaj można być taką, jaką się chce. — W głosie kobiety brzmiało zażenowanie, ale jedynie nieznaczne. — Czasami lubię sobie przypominać... Nieważne. Jesteś z Białej Wieży? Minęło sporo czasu, odkąd żyła tam ostatnia spacerująca po snach. Bardzo wiele. Jestem Amys, z klanu Dziewięciu Dolin, z Taardad Aiel.
— Jesteś Mądrą! Ależ tak! I znasz się na snach, znasz się na Tel’aran’rhiod! Możesz... Mam na imię Egwene. Egwene al’Vere. Ja... — Zrobiła głęboki wdech, Amys nie wyglądała na kobietę, którą można okłamywać. — Jestem Aes Sedai. Z Zielonych Ajah.
Wyraz twarzy Amys bynajmniej się nie zmienił. Lekkie zmarszczenie brwi zdradzało, że wątpi w prawdziwość jej słów. Egwene ledwie wyglądała na dostatecznie dorosłą, by być pełną Aes Sedai. Powiedziała jednak:
— Miałam zamiar cię zostawić w twej własnej skórze, dopóki mnie nie poprosisz o jakieś odpowiednie ubranie. Przebranie się w cadin’sor, jakbyś była... Zaskoczyłaś mnie, uwalniając się w taki sposób, kierując moją własną włócznię przeciwko mnie. Ale wciąż jesteś niewyszkolona, mimo że silna, nieprawdaż? Bo inaczej nie wskoczyłabyś w sam środek polowania, gdzie najwyraźniej wcale nie chciałaś się znaleźć. A to latanie? Czyżbyś przybyła do Tel’aran’rhiod — Tel’aran’rhiod! — żeby zwiedzać to miasto, gdziekolwiek ono jest?
— To Tanchico — powiedziała słabym głosem Egwene.
„Nie wiedziała tego”.
W jaki sposób jednak Amys ją śledziła, jak ją znalazła? To było oczywiste, że ona wie więcej o Świecie Snów, niż Egwene zdołała się do tej pory dowiedzieć.
— Możesz mi pomóc. Usiłuję odnaleźć kobiety, które należą do Czarnych Ajah, do Sprzymierzeńców Ciemności. Myślę, że one tu są, a jeśli to prawda, chcę wiedzieć gdzie.