— Na co miałbyś być przydatny Białym Płaszczom, i to do tego stopnia, że mieliby kogoś krzywdzić? Światłości, jeśli zapytają o kogoś z żółtymi oczami, to nikt w Polu Emonda nie będzie wiedział, o kim oni mówią! I jak możesz czemuś zapobiec? Dodatkowa para rąk do niczego się nie przyda. Aach! Białe Płaszcze przekonają się, że łatwiej przeżuć kawał starej skóry, niż pomiatać ludźmi z Dwu Rzek.
— Znają moje imię — cicho wyznał Perrin. Jego wzrok pomknął w stronę topora zawieszonego w pętli na haku w ścianie. A może wpatrywał się w młot, wsparty o ścianę pod toporem. Mat nie był pewien. — Mogą odszukać moją rodzinę. Jeśli zaś chodzi o powody, to już oni je mają, Mat. Tak jak ja mam swoje. Kto stwierdzi, czyje są lepsze?
— Niech skonam, Perrin. Niech sczeznę! Ja chcę j-j... Widzisz? Nawet nie mogę tego wypowiedzieć. Nawet nie mogę przestać o tym myśleć!
— Inne ścieżki. Już wcześniej wysłano nas na inne ścieżki.
— To niech inne ścieżki zalewają się krwią — burknął Mat. — Mam powyżej uszu Randa i Aes Sedai, którzy wpychają mnie na te swoje cholerne ścieżki. Teraz dla odmiany pojadę sobie tam, gdzie ja chcę, będę robił to, co ja chcę! — Odwrócił się w stronę drzwi, zatrzymał go jednak głos Perrina.
— Mam nadzieję, że twoja ścieżka jest szczęśliwa, Mat. Oby Światłość zsyłała ci ładne dziewczyny i głupców, którzy zechcą grać na pieniądze.
— Ażebym zdechł, Perrin. Oby i tobie Światłość zesłała to, czego pragniesz.
— Myślę, że ześle. — Nie wydawał się uszczęśliwiony tą perspektywą.
— Powiesz mojemu tacie, że ze mną wszystko w porządku? I mojej matce? Ona się zawsze tak zamartwiała. I zaopiekuj się moimi siostrami. Zwykły mnie szpiegować i mówić wszystko matce, ale nie chciałbym, żeby coś im się stało.
— Obiecuję, Mat.
Zamknąwszy za sobą drzwi, Mat bez wyraźnego celu powlókł się po korytarzu. Jego siostry, Eldrin i Bodewhin, były zawsze gotowe biec z okrzykiem „Mamo, Mat znowu ma kłopoty, Mamo, Mat robi to, czego nie powinien”. Szczególnie Bode. Teraz miały szesnaście i siedemnaście lat. Z pewnością, od nie wiadomo już jak dawna marzą o małżeństwie z jakimś nudnym farmerem, specjalnie w tym celu wybranym, nawet jeśli tak naprawdę nie mają na niego najmniejszej ochoty. Czy rzeczywiście minęło już tak dużo czasu? Czasami wydawało się, że jest całkiem inaczej. Czasami miał wrażenie, że wyjechał z Pola Emonda przed zaledwie kilkoma tygodniami. Innym razem czuł się, jakby minęło już wiele lat, ledwie zapamiętanych. Pamiętał głupawe uśmieszki Eldrin i Bode, kiedy jego karano chłostą, lecz rysy ich twarzy nie były już takie ostre. Twarze jego sióstr. Te przeklęte dziury w pamięci, niczym dziury w życiu.
Zauważył wędrującą w jego stronę Berelain i mimo woli uśmiechnął się. Niezłą figurę ma ta kobieta, nieważne, że tak się nadyma. Tych obcisłych, białych jedwabi ledwo starczyłoby na chusteczkę, nie mówiąc już o tym, że wycięte to było od góry tak, iż widziało się całkiem sporo śnieżnej skóry na przepięknym brzuchu.
Wykonał zamaszysty ukłon, elegancki i ceremonialny.
— Dobry wieczór, moja pani.
Minęła go majestatycznie, nawet nie obdarzywszy spojrzeniem. Wyprostował się gniewnie.
— Jesteś nie tylko głucha, ale również ślepa, kobieto? Nie jestem dywanem, który się depcze. Gdybym uszczypnął cię w pośladek, mogłabyś wymierzyć mi policzek, ale dopóki tego nie zrobię, oczekuję uprzejmego słowa w zamian za uprzejme słowo!
Pierwsza z Mayene zatrzymała się jak wryta, mierząc go wzrokiem w ten jedyny sposób, w jaki robią to kobiety. Przeszyła go na wskroś, przed jej spojrzeniem nie ukryło się nawet, ile ważył i kiedy ostatni raz brał kąpiel. A potem odwróciła się, mrucząc coś pod nosem. Posłyszał jedynie: „zbyt podobny do mnie”.
Gapił się na nią zdumiony. Ani słowa! Ta twarz, ten chód, ten wysoko zadarty nos, istny cud, że jej stopy jeszcze dotykały podłogi. To właśnie zyskiwał, gdy rozmawiał z osobami pokroju Berelain i Elayne. Arystokratki, którym się zdaje, że jesteś tylko pyłkiem, jeśli nie masz pałacu i linii krwi sięgającej Artura Hawkwinga. Cóż, znał pewną pulchną pomocnicę kucharki — dostatecznie pulchną — która wcale nie uważała go za pyłek. Dara potrafiła tak skubać za uszy, że...
Nagle jego myśli jakby stanęły w miejscu. Rozważał, czy Dara jeszcze nie śpi i można się z nią pościskać. Zastanawiał się nawet nad flirtem z Berelain. Berelain! I jeszcze te słowa, które na koniec powiedział Perrinowi. „Zaopiekuj się moimi siostrami”. Jakby już zdecydował, jakby już wiedział, co zrobi. A przecież wcale tak nie było. I tak nie będzie, nie tak łatwo, nie wymiga się od tego ot tak. Ale może jest jakieś wyjście.
Wygrzebał z kieszeni złotą monetę, podrzucił ją w górę i przybił do grzbietu drugiej dłoni. Marka z Tar Valon. Wpatrywał się w Płomień Tar Valon w kształcie łzy.
— Oby wszystkie Aes Sedai sczezły — oznajmił na głos. — I oby Rand al’Thor sczezł za to, w co mnie wpakował!
Ubrany w czarno-złotą liberię służący zatrzymał się w pół kroku, przypatrując mu się z troską. Srebrna taca była pełna zrolowanych bandaży i słoików z maścią. Drgnął nerwowo, gdy spostrzegł, że Mat go zauważył.
Mat cisnął złotą markę na jego tacę.
— To od największego głupca na świecie. Pamiętaj, że masz ją dobrze wydać, na kobiety i na wino.
— Dz-dziękuję, panie — wyjąkał mężczyzna.
Mat zostawił go w taki stanie.
„Największy głupiec na świecie. Czy to nie ja właśnie!”
14
Obyczaje Mayene
Gdy drzwi za Matem zamknęły się, Perrin potrząsnął głową. Mat prędzej puknąłby się młotkiem w czoło, niźli wrócił do Dwu Rzek. Chyba żeby musiał. Bardzo pragnął, aby znalazł się jakiś sposób, by on też uniknął wyjazdu do domu. Takiej jednak możliwości nie było. — Różnica między nim a Matem polegała na tym, że on był skłonny ów fakt zaakceptować, nawet jeśli nie miał najmniejszej ochoty.
Zdejmując koszulę, stęknął głucho, mimo że starał się bardzo uważać. Całe lewe ramię znaczył wielki siniak, już wyblakły do brązów i żółci. Trollok przejechał po nim toporem, tylko dzięki szybkiej reakcji Faile, dzięki jej nożom nie doszło do czegoś gorszego. Ramię bolało przy myciu, ale w Łzie nie trzeba się było przynajmniej martwić o zimną wodę.
Już był spakowany i gotowy, na łóżku została tylko zmiana ubrań na następny dzień. Skoro świt pójdzie poszukać Loiala. Tej nocy nie było sensu zawracać ogirowi głowy. Prawdopodobnie leżał już w łóżku, Perrin miał najszczerszy zamiar niebawem znaleźć się w swoim. Jedyny problem, z którym jeszcze nie wiedział, jak się uporać, stanowiła Faile. Nawet dalszy pobyt w Łzie okaże się zapewne lepszy dla niej niż jego towarzystwo.
Ku jego zaskoczeniu drzwi nagle się otworzyły. W momencie, w którym zaskrzypiały, owiała go woń perfum, przywodząc na myśl kwitnące pnącza w upalną letnią noc. Zwodnicza woń, lekka i zwiewna zapewne dla wszystkich prócz niego, nie należąca bowiem do Faile. Jeszcze bardziej się zdziwił, gdy do izby wkroczyła Berelain.
Przytrzymując dłonią krawędź drzwi, zamrugała niepewnie. Zrozumiał, że przyćmione światło jego komnaty po rzęsiście oświetlonych korytarzach musiało ją nieomal oślepić.
— Wyjeżdżasz dokądś? — spytała niepewnie.
— Tak, pani. — Ukłonił się, niezgrabnie, najlepiej jednak jak potrafił. Faile mogła sobie pozwalać na ostre fuknięcia, ale on nie widział powodu, dla którego miałby nie być uprzejmy. — Rankiem.
— Ja również.
Zamknęła drzwi i skrzyżowała ręce na piersiach. Odwrócił wzrok, popatrując na nią kątem oka, żeby nie pomyślała, iż gapi się na nią jak cielę. Mówiła dalej, nie zauważając jego reakcji. W czarnych oczach migotał refleks samotnego płomienia świecy.