Выбрать главу

— Po dzisiejszej nocy... Rankiem jadę powozem do Godan, a stamtąd statkiem do Mayene. Powinnam już była wyjechać wiele dni temu, myślałam jednak, iż istnieje sposób na rozwiązanie spraw. Ale oczywiście niczego takiego nie ma. Powinnam to była dostrzec prędzej. Dzisiejsza noc mnie przekonała. Sposób, w jaki on... Te błyskawice, które płynęły korytarzami... Wyjadę jutro.

— Moja pani — powiedział Perrin zdezorientowany — dlaczego mnie właśnie o tym mówisz?

Sposób, w jaki odrzuciła głowę do tyłu, przywiódł mu na myśl pewną klacz z Pola Emonda, którą kilkakrotnie podkuwał; zawsze starała się go pogryźć.

— Żebyś powiedział o tym Lordowi Smokowi, rzecz jasna.

Nadal nie widział w tym większego sensu.

— Sama możesz to zrobić — odparł z więcej niż nieznacznym rozdrażnieniem. — Nie mam już przed wyjazdem czasu na przekazywanie wieści.

— Moim... moim zdaniem on nie życzy sobie mnie oglądać.

Każdy mężczyzna pragnąłby ją oglądać, była przecież piękna i doskonale zdawała sobie z obu tych rzeczy sprawę. Zdało mu się, że chce powiedzieć coś całkiem innego. Czy mogła być aż tak przestraszona tym, co się zdarzyło tamtej nocy w sypialni Randa? Albo atakiem na twierdzę i sposobem, w jaki Rand się z nim uporał? Być może, ale nie była to kobieta, którą łatwo nastraszyć, sądząc zwłaszcza po chłodnym spojrzeniu, jakim go teraz mierzyła.

— Przekaż swą wiadomość jakiemuś słudze. Wątpię, czy jeszcze zobaczę Randa. Przynajmniej nie przed wyjazdem. Każdy sługa zaniesie mu list.

— Lepiej gdybyś to był ty, przyjaciel Lorda...

— Daj to jakiemuś słudze. Albo któremuś Aielowi.

— Nie zrobisz tego, o co proszę? — spytała z niedowierzaniem.

— Nie. Czyżbyś nie słyszała, co mówię?

Znowu odrzuciła głowę w tył, tym razem jednak inaczej, choć nie umiał określić, na czym polega różnica. Przyglądając mu się w zamyśleniu, mruknęła coś, jakby do siebie.

— Te osobliwe oczy.

— Co? — Uświadomił sobie nagle, że stoi nagi do pasa. Ni stąd, ni zowąd te skrupulatne oględziny zaczęły mu przypominać badanie konia przed zakupem. Zaraz mu obmaca pęciny i zajrzy w zęby. Porwał z łóżka uszykowaną na następny dzień koszulę i włożył ją przez głowę. — Daj swój list jakiemuś słudze. A teraz chcę się położyć. Mam zamiar wstać wcześnie. Przed świtem.

— Dokąd wyjeżdżasz?

— Do domu. Do Dwu Rzek. Jest późno. Jeśli ty również wyjeżdżasz rankiem, to jak mniemam, zechcesz się trochę przespać. Ja przynajmniej jestem nieludzko zmęczony. — Ziewnął, najszerzej jak potrafił.

Nadal nie uczyniła najmniejszego ruchu w stronę drzwi.

— Jesteś kowalem? Potrzebuję kowali w Mayene. Do wyrobu zdobnych konstrukcji z żelaza. Krótki pobyt zanim wrócisz do Dwu Rzek? Przekonasz się, że Mayene... jest bogate w rozrywki.

— Jadę do domu — oznajmił stanowczo — a ty wracasz do swych komnat.

Nieznaczne wzruszenie ramion kazało mu pośpiesznie odwrócić wzrok.

— Może innym razem. Zawsze dostaję to, czego pragnę. A wydaje mi się, że mam ochotę na... — Urwała, mierząc go spojrzeniem od stóp do głów — ...ozdobne konstrukcje z żelaza. W oknach mojej sypialni.

Uśmiechnęła się do niego tak niewinnie, że w głowie rozbrzmiał mu dzwon na alarm.

Drzwi otworzyły się ponownie i do środka weszła Faile.

— Perrin, poszłam do miasta cię szukać i usłyszałam pogłoski, że... — Znieruchomiała z oczyma utkwionymi twardo w Berelain.

Pierwsza z Mayene zignorowała ją. Podeszła bliżej do Perrina i musnęła dłonią jego dłoń, potem przesunęła palcami po ramieniu. Przez moment miał wrażenie, że zamierza przyciągnąć jego głowę, żeby go pocałować — z pewnością uniosła twarz w tym celu — ale tylko przelotnie pogładziła jego kark i zrobiła krok w tył. Nim zdążył się poruszyć, by ją powstrzymać, było po wszystkim.

— Pamiętaj — powiedziała cicho, jakby byli sami — zawsze dostaję to, na co mam ochotę. — I z tymi słowami, majestatycznym krokiem minęła Faile i wyszła z izby.

Czekał na wybuch Faile, ona jednak zerknęła tylko na ułożone na łóżku wypchane sakwy i powiedziała:

— Widzę, że już słyszałeś. Perrin, to tylko plotki.

— Te żółte oczy to coś więcej niż plotki.

Spodziewał się, że wybuchnie niczym wiązka suchych gałązek ciśnięta w żar. Czemu jest taka chłodna?

— Bardzo dobrze. W takim razie następny kłopot to Moiraine. Będzie próbowała cię zatrzymać?

— Nie, jeśli się o niczym nie dowie. Zresztą pojadę i tak, nawet jeśli spróbuje. Mam rodzinę i przyjaciół, Faile, nie pozostawię ich na łasce Białych Płaszczy. Mam nadzieję utrzymać ją w niewiedzy, dopóki nie będę już daleko.

Nawet oczy miała spokojne, niczym ciemne stawy zagubione pośród lasów. Aż mu się włosy zjeżyły na karku.

— Przecież musiało minąć wiele tygodni, zanim ta plotka dotarła do Łzy, a jazda do Dwu Rzek potrwa kilka następnych. Białe Płaszcze zdążą pewnie wyjechać. Ale cóż, sama chciałam, żebyś opuścił to miejsce. Nie powinnam narzekać. Chcę tylko, byś wiedział, czego się spodziewać.

— Dzięki Drogom to wcale nie potrwa tak długo — wyjaśnił. — Dwa, może trzy dni.

Dwa dni. Przypuszczał, że nie ma sposobu na szybsze pokonanie tej odległości.

— Jesteś równie szalony jak Rand al’Thor — stwierdziła z niedowierzaniem. Usiadła u stóp jego łóżka, skrzyżowała nogi i przemówiła do niego głosem, jakim upomina się małe dzieci. — Wejdziesz do Dróg, a wyjdziesz z nich nieuleczalnie obłąkany. O ile w ogóle z nich wyjdziesz, a jest to mało prawdopodobne. Drogi są skażone, Perrin. Są ciemne od... ilu?... trzystu lat? Czterystu? Spytaj Loiala. On ci powie, to ogirowie bowiem zbudowali Drogi, wyhodowali je czy jak to tam było. Nawet oni nie korzystają z nich. No cóż, nawet gdyby udało ci się pokonać je bez szwanku, to Światłość tylko wie, gdzie na koniec trafisz.

— Podróżowałem nimi, Faile. — I była to przerażająca podróż. — Loial może być moim przewodnikiem. Potrafi odczytywać treści drogowskazów, to właśnie dzięki niemu nam się wówczas udało. Zrobi to dla mnie raz jeszcze, gdy się dowie, jakie to ważne.

Loial też chciał opuścić Łzę, bo bał się chyba, że jego matka dowie się, gdzie przebywa. Perrin był przekonany, iż tamten mu pomoże.

— No cóż — powiedziała, energicznie zacierając ręce. — Chciałam przygód, a to przecież jest przygoda. Wyjazd z Kamienia Łzy, z dala od Smoka Odrodzonego i pokonanie Dróg po to, by walczyć z Białymi Płaszczami. Zastanawiam się, czy nie udałoby się przekonać Thoma Merrilina, żeby jechał razem z nami. Jeśli nie możemy mieć królewskiego barda, wystarczy nam zwykły. Mógłby skomponować opowieść, sercem której bylibyśmy ty i ja. Żadnego Smoka Odrodzonego, żadnych Aes Sedai, którzy zdominowaliby ją ze szczętem. Kiedy wyjeżdżamy? Rankiem?

Zrobił głęboki wdech, nie chciał, by zadrżał mu głos.

— Jadę sam, Faile. Tylko Loial i ja.

— Będziemy potrzebowali jucznego konia — powiedziała, jakby wcale się nie odezwał. — Dwóch koni, myślę. W Drogach jest ciemno. Będą nam też potrzebne latarnie i mnóstwo oliwy. Ci ludzie z Dwu Rzek to farmerzy? Będą się bili z Białymi Płaszczami?

— Faile, powiedziałem...

— Słyszałam, co powiedziałeś — odparowała. Cienie nadawały jej niebezpieczny wygląd, zwłaszcza przez te skośne oczy i wydatne kości policzkowe. — Słyszałam, ale w tym nie ma żadnego sensu. A jeśli ci farmerzy nie będą się bić? Albo nie będą umieli? Kto ich nauczy? Ty? Sam?