— Naprawdę godzisz się tak spokojnie, by Białe Płaszcze robiły w Polu Emonda to, co chcą? Wiesz przecież, że podążają w jego stronę. O ile już tam nie dotarli. Żółte oczy, przeklęty Smok Odrodzony. Za dużo tego, jak na jeden raz.
— Perrin zrobi... to, co musi zrobić, by uratować Pole Emonda — odparł zbolałym głosem Rand. — Ja natomiast muszę zrobić to, co muszę, bo inaczej zginie coś więcej niż tylko Pole Emonda, i to z gorszego powodu niż Białe Płaszcze.
Mat stał zamyślony i obserwował niknący w głębi korytarza płomień, aż wreszcie przypomniał sobie, gdzie jest. Porwał wtedy swoją lampę i pośpiesznie wybiegł na zewnątrz.
„Rhuidean! Światłości, co ja mam robić?”
16
Pożegnania
Leżał w przesiąkniętej potem pościeli i wpatrywał się w sufit, gdy nagle zauważył, że ciemność za oknem zaczyna szarzeć. Niebawem słońce wzniesie się nad krawędź horyzontu. Poranek. Pora nowych nadziei, pora, by wstać i wziąć się do pracy. Nowe nadzieje. Omal się nie roześmiał. Od jak dawna nie spał? Z pewnością już od godziny albo i dłużej. Krzywił się, drapiąc po kędzierzawej brodzie. Posiniaczone ramię zesztywniało, usiadł powoli i masował je czując, że pot występuje mu na twarz. Mimo to kontynuował masaż metodycznie, tłumiąc jęk i co jakiś czas połykając przekleństwo, aż wreszcie był w stanie swobodnie, a nawet w miarę bezboleśnie poruszać ręką.
Sen, który przyniosła noc, był przerywany i bolesny. Budził się i widział twarz Faile, jej ciemne oczy, które go oskarżały, kurczył się cały, odkrywając w nich ból, jaki sam jej zadał. Zasypiał i śniło mu się budowanie szubienicy, Faile, która się temu przypatrywała, albo jeszcze gorzej, próbowała temu przeciwdziałać, próbowała walczyć z lancami i mieczami Białych Płaszczy, a on krzyczał przeraźliwie, kiedy zakładali mu pętlę na szyję, krzyczał przeraźliwie, bo Białe Płaszcze mordowały Faile. Czasami przypatrywała się, jak go wieszają, z uśmiechem gniewnej satysfakcji. Nic dziwnego, że coraz to budził się gwałtownie. Raz przyśniły mu się wilki, które wybiegły z lasu, żeby ratować jego i Faile — po to, by się nadziać na lance Białych Płaszczy, by paść od ich strzał. Nie była to noc, która daje wytchnienie. Umył się i ubrał, najszybciej jak się dało, po czym natychmiast opuścił komnatę, mając nadzieję, że wspomnienia nocnych koszmarów nie pójdą za nim.
Jawnych dowodów na to, że ubiegłej nocy zaatakowano Kamień, pozostało niewiele, tu przecięty mieczem gobelin, tam komoda z rogiem rozpłatanym przez topór albo jaśniejsza plama na kamiennej posadzce po usuniętym, zabrudzonym krwią dywanie. Majhere zmobilizowała całą armię odzianych w liberie służących, mimo iż wielu nosiło bandaże — zamiatali, wycierali, szorowali i układali wszystko na swoim miejscu. Ta zażywna kobieta, której siwe włosy zaczesane na kształt okrągłego czepca wystawały spod bandaża opasującego głowę, kuśtykała, wsparta na lasce, i wykrzykiwała rozkazy stanowczym głosem, z wyraźnym zamiarem usunięcia wszelkich śladów kolejnego aktu przemocy, jaki miał miejsce w Kamieniu. Na widok Perrina dygnęła nieznacznie. Sami Wysocy Lordowie niewiele więcej mogli od niej oczekiwać, nawet wówczas, kiedy była zdrowa. Mimo całego tego mycia i szorowania, w zapachu wosku, past i płynów do mycia Perrin cały czas wyczuwał niewyraźną woń krwi, ostrą metaliczną ludzi, cuchnącą trolloków, gryzącą Myrddraali, której smród palił go w nozdrzach. Z chęcią znalazłby się gdzieś daleko stąd.
Drzwi do izby Loiala miały szerokość jednej piędzi i ponad dwie piędzi wysokości, wielka klamka w kształcie splecionych pędów winorośli znajdowała się na poziomie głowy Perrina. W Kamieniu było kilka rzadko używanych izb gościnnych dla ogirów. Kamień Łzy był wprawdzie starszy od epoki kamiennych budowli ogirów, niemniej jednak dla prestiżu należało zatrudniać mularzy z tego ludu, przynajmniej od czasu do czasu. Perrin zapukał i na zawołanie „Wejść!”, wypowiedziane głosem, który do złudzenia przypominał grzmot leniwej lawiny, nacisnął klamkę i wszedł do środka.
Wnętrze izby dostosowane było wielkością do rozmiarów drzwi, a jednak Loial, stojąc na środku dywanu utkanego w liściasty wzór, w samej tylko koszuli, z długą fajką w zębach, redukował ją do pozornie normalnych wymiarów. W sięgających do ud butach z szerokimi noskami ogir był wyższy niż przeciętny trollok, mimo że nie tak barczysty. Jedno spojrzenie wystarczało jednak, by stwierdzić, że nie jest to zwyczajny człowiek w zwyczajnej izbie. Szeroki nos ogira kształtem przypominał bowiem pysk; brwi, niczym długie wąsy, pląsały obok oczu wielkości filiżanek do herbaty. Z kudłatych, czarnych włosów, które zwisały prawie do ramion, wystawały uszy porośnięte kępkami włosów. Uśmiech, którym obdarzył Perrina, niemalże rozciął mu twarz na pół.
— Dzień dobry, Perrin — zagrzmiał, wyjmując fajkę z ust. — Dobrze spałeś? Po takiej nocy to niełatwe. Ja sam pół nocy byłem na nogach, spisując to, co się zdarzyło. — W drugiej dłoni trzymał pióro, a grube jak kiełbaski palce miał powalane atramentem.
Wszędzie walały się książki, na krzesłach o wymiarach odpowiednich dla ogirów, ogromnym łożu i stole, który sięgał Perrinowi do piersi. To jednak nie stanowiło niespodzianki, nieco zaskakująca natomiast była obecność kwiatów wszelkich gatunków i barw. Wazony i kosze pełne kwiatów, bukiety związane wstążkami albo nawet zwykłym sznurkiem, wielkie kwietniki, które stały dookoła izby niby fragmenty ogrodowego muru. Perrin z pewnością nigdy w życiu nie widział takiego wnętrza. Woń kwiatów bez reszty wypełniała powietrze. Ale tak naprawdę jego wzrok przyciągnął napuchły guz na głowie Loiala, guz wielkości ludzkiej pięści, oraz to, że ogir chodząc, mocno kulał. Jeśli Loial był poważnie ranny i nie mógł podróżować... Zrobiło mu się wstyd, że potrafi myśleć w taki sposób — ogir był przecież przyjacielem — ale inaczej nie mógł.
— Jesteś ranny, Loial? Moiraine mogłaby cię uzdrowić. Jestem pewien, że cię uzdrowi.
— Ależ ja sobie poradzę bez trudu. Było tylu innych, którzy naprawdę potrzebowali jej pomocy. Nie chciałem przeszkadzać. Zresztą to za mało, by uniemożliwić mi pracę. — Loial zerknął w stronę stołu, na którym obok odkorkowanego kałamarza leżała ogromna, oprawna w płótno księga; w oczach Perrina była ogromna, jednak swobodnie zmieściłaby się do kieszeni kaftana ogira. — Ufam, iż wszystko spisałem właściwie. Niewiele widziałem ubiegłej nocy, zanim już było po wszystkim.
— Loial — odezwała się Faile, wstając z książką w dłoniach zza jednego z kwietników — to bohater.
Perrin aż podskoczył, kwiaty całkowicie zamaskowały jej zapach. Loial syknął, żeby ją uciszyć, zastrzygł uszami z zażenowania i jął wymachiwać wielkimi dłońmi, ale Faile mówiła dalej. Głos miała chłodny, za to jej oczy wbite w twarz Perrina pałały.
— Zgromadził w wielkiej izbie tyle dzieci, ile się dało, a także matki niektórych, i przez cały czas trwania bitwy bronił samotnie drzwi przed trollokami i Myrddraalami. Te kwiaty to dar od kobiet Kamienia dla uczczenia jego nieugiętej odwagi i oddania. — Słowa „nieugięta” i „oddanie” wymówiła w taki sposób, że zabrzmiały jak trzaśnięcia z bata.
Perrin słuchał tego ani drgnąwszy. To, co zrobił, było słuszne, ale nie mógł się spodziewać, że ona zrozumie. Nawet jeśli uznawała powody, nie mogła postąpić inaczej.
„To było słuszne. Naprawdę”.
Żałował tylko, że nie czuje się lepiej w całej tej sprawie. To niezbyt sprawiedliwe, że mógł mieć rację, a mimo to czuł się fatalnie.
— To nic takiego. — Uszy Loiala zastrzygły gwałtownie. — Tu chodzi tylko o to, że dzieci nie mogą się same bronić. To wszystko. Żaden ze mnie bohater. Żaden.