Выбрать главу

Nynaeve spojrzała na nią ze zrozumieniem.

— Mężczyźni są co najmniej trudni.

— Nadal nie wierzę, że byłby taki... taki... — mruknęła gniewnie Egwene.

Elayne nigdy się nie dowiedziała, co tamta chciała powiedzieć, w tym momencie bowiem drzwi otworzyły się gwałtownie, pchnięte z taką siłą, że ich skrzydło uderzyło i odbiło się od ściany.

Elayne zadygotała i niemal w tej samej chwili objęła saidara; przeżyła moment zażenowania, kiedy zobaczyła, że odskakujące od ściany drzwi zatrzymała wyprostowana ręka Lana. Po krótkiej chwili postanowiła jednak nie wypuszczać z objęć Źródła. Strażnik wypełnił całą przestrzeń drzwi swymi szerokimi ramionami, jego twarz przypominała chmurę burzową, niebieskie zaś oczy, gdyby mogły ciskać pioruny, obrałyby za cel Nynaeve. Łuna saidara otaczająca Egwene również nie zniknęła.

Lan zdawał się nie widzieć nikogo prócz Nynaeve.

— Pozwalałaś mi sądzić, że wracasz do Tar Valon — wychrypiał.

— Mogłeś sobie tak myśleć — odparła spokojnie — mimo iż nigdy tego nie powiedziałam.

— Nigdy tego nie powiedziałaś? Nigdy tego nie powiedziałaś! Mówiłaś, że wyjeżdżasz dzisiaj i zawsze wiązałaś swój wyjazd z tymi Sprzymierzonymi z Ciemnością kobietami, które przecież mają zostać wysłane do Tar Valon. Cały czas! Co chciałaś, żebym pomyślał?

— Ale wcale nie powiedziałam...

— Na Światłość, kobieto! — ryknął. — Nie kpij sobie ze mnie!

Elayne i Egwene wymieniły zaniepokojone spojrzenia. Ten człowiek, którego zawsze cechowało żelazne opanowanie, teraz bliski był załamania. To Nynaeve często dawała się ponosić emocjom, tym razem stawiła mu czoło z lodowatym spokojem, uniesioną wysoko głową, a jej dłonie, spoczywające na zielonym jedwabiu sukni, nawet nie zadrżały.

Lan z wyraźnym wysiłkiem przywołał się do porządku. Z pozoru twarz miał kamienną jak zawsze, jak zawsze też panował nad sobą, a mimo to Elayne była przekonana, że od środka rozsadza go gniew.

— Nie wiedziałbym, dokąd się wybierasz, gdybym nie usłyszał, że zamówiłaś powóz. Powóz, który ma cię zawieść na statek płynący do Tanchico. Nie wiem przede wszystkim, dlaczego Amyrlin pozwoliła ci opuścić Wieżę ani dlaczego Moiraine kazała ci brać udział w przesłuchaniach Czarnych sióstr, skoro wszystkie trzy jesteście tylko Przyjętymi. Przyjętymi, nie Aes Sedai. Tanchico jest teraz miejscem, w którym może przebywać wyłącznie pełna Aes Sedai w asyście Strażnika strzegącego jej pleców. Nie pozwolę ci się w to wplątać.

— Ach tak? — beztrosko odparła Nynaeve. — Kwestionujesz decyzje Moiraine, a także Tronu Amyrlin. Być może zupełnie błędnie pojęłam rolę Strażników. Myślałam, że przysięgacie być odpowiedzialni i posłuszni, między innymi. Lan, doprawdy rozumiem twą troskę i jestem wdzięczna, bardziej niż wdzięczna, ale wszyscy mamy misje do wykonania. Jedziemy i musisz się pogodzić z tym faktem.

— Dlaczego? Przez miłość do Światłości, powiedz mi przynajmniej dlaczego? Tanchico!

— Moiraine ci nie powiedziała — odparła łagodnie Nynaeve — bo zapewne ma swoje powody. Musimy spełnić nasze zadania, tak jak ty jesteś odpowiedzialny za swoje.

Lan zadrżał — autentycznie zadrżał! — i ze złością zacisnął zęby. Kiedy przemówił, jego głos brzmiał dziwnie niepewnie.

— Będziesz potrzebowała kogoś do pomocy w Tanchico. Kogoś, kto dopilnuje, by uliczny złodziejaszek z Tarabonu nie wbił ci noża w plecy, skuszony twoją sakiewką. Tanchico było tego typu miastem jeszcze przed wojną, a z tego, co słyszałem, wynika, że jest coraz gorzej. Mógłbym... mógłbym cię ochraniać, Nynaeve.

Brwi Elayne podskoczyły do góry. Przecież nie myślał sugerować... Nie mógłby czegoś takiego proponować.

Nynaeve nie pokazała po sobie, że usłyszała coś niezwykłego.

— Twoje miejsce jest przy Moiraine.

— Moiraine. — Na twardej twarzy Strażnika zaperlił się pot, wyraźnie zmagał się z doborem słów.

— Mogę... muszę... Nynaeve, ja... ja...

— Pozostaniesz przy Moiraine — surowo oznajmiła Nynaeve — dopóki cię nie zwolni z twych zobowiązań. Zrobisz, jak mówię.

Wyciągnęła ze swego mieszka arkusz złożonego papieru i wcisnęła go w ręce Lana. Zmarszczył czoło, przeczytał, zamrugał i przeczytał raz jeszcze.

Elayne znała jego treść.

Cokolwiek uczyni okaziciel niniejszego pisma, uczynione będzie z mego rozporządzenia i upoważnienia. Bądźcie więc posłuszni i milczcie, taki jest bowiem mój rozkaz.

Siuan Sanche
Opiekunka Pieczęci
Płomienia Tar Valon
Zasiadająca na Tronie Amyrlin

Taki sam dokument spoczywał w mieszku Egwene, aczkolwiek żadna z nich nie była pewna, czy się do czegoś przyda w miejscach, do których się udawały.

— Przecież to ci pozwala robić wszystko, na co masz ochotę — zaprotestował Lan. — Możesz przemawiać w imieniu Amyrlin. Dlaczego miałaby to dać pierwszej lepszej Przyjętej?

— Nie zadawaj pytań, na które nie umiem odpowiedzieć — odparła Nynaeve, po czym z nieznacznym uśmiechem dodała: — Po prostu uważaj się za szczęśliwca, że nie każę ci przede mną tańczyć.

Elayne zdusiła śmiech. Egwene nieomal się nim zadławiła. To właśnie powiedziała Nynaeve, kiedy Amyrlin wręczyła im te listy. „Z tym mogę zmusić Strażników do tańczenia”. Żadna nie miała wątpliwości, którego Strażnika miała na myśli.

— Nie każesz? Zgrabnie się mnie pozbywasz. Moje zobowiązania, moje przysięgi. Ten list. — Lan miał w oku niebezpieczny błysk, którego Nynaeve zdawała się nie zauważać, gdy brała pismo z jego rąk i chowała z powrotem do sakwy przy pasie.

— Bardzoś pełen przekonania o własnej wartości, al’Lanie Mandragoram. Robimy to, co do nas należy, podobnie jak i ty.

— Pełen przekonania o własnej wartości, Nynaeve al’Meara? Ja miałbym być pełen przekonania o własnej wartości? — Lan ruszył w stronę Nynaeve tak gwałtownie, że Elayne, nie zdążywszy nawet się zastanowić, omal nie pochwyciła go strumieniami Powietrza. W jednym momencie Nynaeve stała, wytrzeszczając oczy na mknącego w jej stronę, wysokiego mężczyznę, a już w następnym jej stopy dyndały nad podłogą, a twarz, dość dokładnie, pokrywały pocałunki. Z początku kopała go po łydkach, okładała kułakami i wściekle protestowała, lecz po chwili kopniaki stały się mniej gwałtowne, aż wreszcie ustały, ona zaś wtuliła się w jego ramiona i przestała protestować.

Egwene zażenowana spuściła oczy, Elayne natomiast obserwowała to z zainteresowaniem. Tak właśnie wyglądała, kiedy Rand...

„Nie! Nie będę o nim myśleć”.

Zastanawiała się, czy ma czas na napisanie jeszcze jednego listu, w którym wycofa wszystko, co powiedziała w pierwszym, i da mu do zrozumienia, że nie należy z niej żartować. Tylko czy tego naprawdę chce?

Po chwili Lan postawił Nynaeve z powrotem na ziemi. Zachwiała się nieznacznie, przygładzając suknię i z furią przyklepując włosy.

— Nie masz prawa... — zaczęła zadyszanym głosem, po czym urwała, by przełknąć ślinę. — Nie dam się tak poniewierać na oczach całego świata. Nie dam!

— One to nie cały świat — odparł. — Jeśli jednak mogły na to patrzeć, to równie dobrze mogą wszystkiego wysłuchać. Znalazłaś drogę do mojego serca, chociaż ja myślałem, że nie ma już w nim na nic miejsca. Sprawiłaś, że kwiaty rozkwitły tam, gdzie hodowałem tylko kurz i kamienie. Pamiętaj o tym podczas tej podróży, na którą tak się uparłaś. Jeśli ty umrzesz, ja nie pożyję wiele dłużej. — Obdarzył Nynaeve jednym ze swych rzadkich uśmiechów, który jeśli nie całkiem nawet złagodził rysy jego twarzy, to przynajmniej sprawił, iż stały się mniej twarde. — I pamiętaj też, że nie zawsze tak chętnie słucham rozkazów, nawet gdy się zamacha mi przed nosem pismem samej Amyrlin.