Выбрать главу

Wykonał elegancki ukłon, a Elayne przez chwilę myślała, że naprawdę ma zamiar uklęknąć i ucałować pierścień z Wielkim Wężem na palcu Nynaeve.

— Ty rozkazujesz — mruknął — a ja słucham. — Trudno było orzec, czy sobie drwi czy nie.

Gdy tylko zamknęły się za nim drzwi, Nynaeve opadła na skraj łóżka, jakby dopiero teraz ugięły się pod nią kolana. Wpatrywała się w drzwi z marsem na czole.

— „Drażnij często potulnego psa — zacytowała Elayne — a cię pogryzie”. A Lan bynajmniej nie jest potulny.

Nynaeve skarciła ją ostrym spojrzeniem i fuknięciem.

— On jest nieznośny — stwierdziła Egwene. — Przynajmniej czasami. Nynaeve, dlaczego to zrobiłaś? Był gotów jechać z tobą. Wiem, że nie pragniesz niczego więcej, jak uwolnić go od Moiraine. Nie próbuj zaprzeczać.

Nynaeve nie próbowała. Zamiast tego miętosiła suknię i wygładzała narzutę na łóżku.

— To nie tak — odparła w końcu. — Chcę, by on należał do mnie. Cały. Nie będę go miała, jeśli będę pamiętać o zerwanej przysiędze danej Moiraine. Nie pozwolę, by to stało między nami. Przez wzgląd na niego, a także na mnie samą.

— Ale czy to coś zmieni, jeśli go nakłonisz, żeby poprosił Moiraine o zwolnienie ze zobowiązań? — spytała Egwene. — Dla mężczyzny pokroju Lana będzie to oznaczało tyle samo co ich zerwanie. Pozostaje więc tylko zmusić ją jakoś, by z własnej woli pozwoliła mu odejść. Jak zamierzasz to osiągnąć?

— Nie wiem. — Nynaeve nadała swemu głosowi stanowczą barwę. — Zawsze jednak jest jakiś sposób, ale na to przyjdzie jeszcze czas. Na razie jest praca do wykonania, a my tu siedzimy i dumamy o mężczyznach. Jesteś pewna, że masz wszystko, co ci będzie potrzebne na Pustkowiu, Egwene?

— Aviendha zajęła się przygotowaniami — odrzekła Egwene. — Nadal jest chyba nieszczęśliwa, twierdzi jednak, że jeśli będziemy miały szczęście, uda nam się dotrzeć do Rhuidean w miesiąc z małym okładem. Do tego czasu wy będziecie już w Tanchico.

— Może nawet prędzej — poprawiła ją Elayne — o ile te opowieści o rakerach Ludu Morza są prawdziwe. Będziesz na siebie uważała, Egwene? Nawet w towarzystwie Aviendhy jako przewodniczki Pustkowie może okazać się niebezpieczne.

— Będę. Ty też uważaj. Obie uważajcie. W Tanchico nie jest teraz bezpieczniej niż na Pustkowiu.

I nagle wszystkie trzy przytuliły się do siebie, po raz kolejny wzajemnie się przestrzegając i upewniając, że dobrze pamiętają plan spotkania w Kamieniu, w Tel’aran’rhiod.

Elayne otarła łzy z policzków.

— Dobrze, że Lan poszedł. — Zatrzęsła się ze śmiechu. — Pewnie uważałby nas za skończone idiotki.

— Nie, nie myślałby tak — odparła Nynaeve, podkasując spódnice, by schować sakiewkę ze złotem do kieszonki. — Jest wprawdzie mężczyzną, ale nie jest całkiem tępy.

Zanim wsiądą do powozu, znajdę chwilę czasu, by znaleźć papier i pióro, postanowiła Elayne. Musi znaleźć. Nynaeve właściwie to ujęła. Mężczyźni potrzebowali stanowczej ręki. Rand przekona się, że nie pozbędzie się jej tak łatwo. Nie będzie mu też łatwo wkraść się z powrotem w jej łaski.

17

Podstępy

Oszczędzając zesztywniałą prawą nogę, Thom ukłonił się, wywijając połami płaszcza, aż załopotały naszyte na nim kolorowe łatki. W oczach miał piach, mimo to zdobył się na niefrasobliwy ton głosu.

— Dzień dobry wam wszystkim. — Wyprostował się i zamaszyście przeciągnął kłykciami po siwych wąsach.

Odziani w czerń i złoto słudzy wyglądali na zaskoczonych. Dwóch muskularnych młodzieńców stało nad inkrustowaną złotem i polakierowaną na czerwono skrzynią z roztrzaskanym wiekiem, którą właśnie mieli podnieść, natomiast trzy kobiety znieruchomiały ze szczotkami w rękach. Na całym korytarzu oprócz nich nie było nikogo, więc z chęcią przyjmowali każdą wymówkę do przerwania pracy, o tej porze zwłaszcza. Z obwisłymi ramionami i podkrążonymi oczyma wyglądali na równie zmęczonych jak Thom.

— Dzień dobry, bardzie — powitała go najstarsza z kobiet. Nieco zażywna, obdarzona raczej pospolitą twarzą, miała miły uśmiech, zmęczony jak ona sama. — W czym możemy ci pomóc?

Z przepastnego rękawa kaftana Thom wyciągnął cztery kolorowe piłeczki i zaczął nimi żonglować.

— Chcę po prostu podnieść was na duchu. Bard powinien robić to, co do niego należy. — Użyłby więcej niż czterech, ale był tak zmordowany, że nawet z tyloma miał kłopot. Jeszcze nie zapomniał, że całkiem niedawno omal nie wypuścił piątej. Stłumił ziewnięcie, zmieniając je w zachęcający uśmiech. — Straszna noc i trzeba ożywić nastroje.

— Lord Smok nas uratował — powiedziała jedna z młodszych kobiet. Była ładna i szczupła, jednak jej czarne, skryte w cieniu rzęs oczy rzucały drapieżny błysk, który go ostrzegł, że powinien stonować swój uśmiech. Dziewczyna mogła, oczywiście, okazać się przydatna, pod warunkiem że jest w równym stopniu chciwa jak uczciwa, że jak już raz ją kupi, to na zawsze. Korzystnie było znaleźć dodatkową parę rąk, która podrzuci list, język, który zdradzi, co usłyszały uszy, i powie to, co on zechce, w miejscu i czasie, które wyznaczy.

„Stary głupiec! Masz dość rąk i uszu, więc przestań medytować o wdzięcznej talii i nie zapominaj tego błysku w oczach!”

Ciekawe, że powiedziała to takim tonem, jakby mówiła naprawdę to, co myśli. Jeden z młodzieńców przytaknął podkreślając, że zgadza się z jej słowami.

— O tak — odparł Thom. — Ciekaw jestem, na którym z Wysokich Lordów spoczywała wczoraj odpowiedzialność za doki? — Zirytowany na siebie żonglował piłeczkami nieomal niedołężnie. W taki sposób zdobywać informacje. Był jednak nazbyt już zmęczony, powinien się położyć do łóżka. W istocie, należało to zrobić kilka godzin temu.

— Za doki odpowiedzialni są Obrońcy — wyjaśniła najstarsza kobieta. — Oczywiście nie mogłeś o tym wiedzieć. Wysocy Lordowie nie zaprzątają sobie głów takimi drobiazgami.

Thom znakomicie o tym wiedział.

— Czyżby? Cóż, ma się rozumieć, nie jestem Tairenianem. — Zmienił sposób podrzucania piłeczek, ze zwykłego koła w podwójną pętlę. Wyglądało to na znacznie trudniejsze, niż było w istocie, i dziewczyna o drapieżnym spojrzeniu klasnęła w dłonie. Teraz, jak już się wdał w rozmowę, równie dobrze mógł ją ciągnąć dalej. A potem powie wszystkim dobrej nocy. Nocy? Wschodziło już słońce. — A jednak to skandal, że nikt nie spytał, dlaczego te barki przycumowały w dokach. Z opuszczonymi lukami, za którymi kryły się trolloki. Nie to, żebym twierdził, że ktoś wiedział o tych trollokach. — Podwójna pętla zrobiła się chwiejna, więc prędko powrócił do koła. Światłości, ależ był wyczerpany. — Wydaje się, że któryś z Wysokich Lordów winien był zapytać.

Dwóch młodzieńców krzywiąc się wymieniło znaczące spojrzenia, a Thom uśmiechnął się w duchu. Jeszcze jedno ziarno zasiane i to łatwo, chociaż tak niezdarnie. Następna plotka puszczona w obieg, nawet jeśli wiedzieli z całą pewnością, kto był odpowiedzialny za doki. A wiadomości szerzyły się — taka plotka nie mogła nie przedostać się do miasta — więc był to kolejny, niewielki klin podejrzenia, wbity między plebs i szlachtę. Do kogo zwróci się plebs jak nie do człowieka wiadomo że znienawidzonego przez arystokrację? Do człowieka, który uratował Kamień przed Pomiotem Cienia. Do Randa al’Thora. Do Lorda Smoka.

Czas było zostawić to, co posiał, by wzrosło. Jeśli korzenie wrosły głęboko, to nic, co teraz dopowie, już ich nie wyrwie, a tej nocy posiał jeszcze inne ziarna. Lepiej jednak, by nikt się nie dowiedział, że to on je rozsiewa.