— Mężnie tej nocy walczyli Wysocy Lordowie. A jakże, widziałem... — Zawiesił głos, gdy kobiety rzuciły się z powrotem do swych szczotek, a mężczyźni pochwycili skrzynię i oddalili się pośpiesznie.
— Dla bardów też potrafię wynaleźć robotę — dobiegł go z tyłu głos Majhere. — Bezczynne ręce to bezczynne ręce.
Odwrócił się z gracją, uważając na swą nogę, i wykonał zamaszysty ukłon. Majhere nie dostawała nawet czubkiem głowy do jego ramienia, za to ważyła zapewne o połowę więcej. Twarz miała podobną do kowadła — bandaż wokół skroni jej nie upiększał — podwójny podbródek i głęboko osadzone oczy, ostre jak okruchy czarnego krzemienia.
— Dzień dobry, łaskawa pani. Oto drobny upominek na ten świeży, nowy dzień.
Energicznie zatrzepotał dłońmi, po czym wpiął w jej siwe włosy ponad bandażem złoty kwiat żółtnicy, trochę tylko sfatygowany od długiego noszenia w rękawie. Naturalnie natychmiast wyrwała go i przyjrzała mu się podejrzliwie, ale tego właśnie chciał. Wykorzystał bowiem ten moment wahania, by kuśtykając oddalić się, a kiedy coś za nim zawołała, ani nie posłuchał, ani nie zwolnił.
„Straszna kobieta — pomyślał. — Zmusiłaby wszystkie trolloki do zamiatania i szorowania, gdybyśmy ją na nie napuścili”.
Szczęka mu zazgrzytała, gdy ziewnął, zakrywając usta dłonią. Za stary był już na to. Zmęczony, kolano stanowiło jeden kłębek bólu. Nieprzespane noce, bitwy, spiski. Za stary. Powinien żyć spokojnie, gdzieś na jakiejś farmie. Z kurami. Na farmach zawsze są kury. I owce. Na pewno nie jest trudno ich doglądać, pasterze wyglądali na takich, którzy cały czas zbijają bąki i grają na dudach. On rzecz jasna grałby na harfie, nie na dudach. Albo na flecie, świeże powietrze nie jest dobre dla harfy. W okolicy byłoby jakieś miasteczko, a w nim gospoda, w której zadziwiałby gości. Zrobił szeroki wymach połami płaszcza, mijając dwóch służących. Nosił płaszcz w taki upał po to tylko, by ludzie wiedzieli, iż jest bardem. Naturalnie podnosili głowy na jego widok, w nadziei, że zatrzyma się i dostarczy chwili rozrywki. Cóż za nagroda. Tak, życie na farmie miało swoje zalety. Spokojne miejsce. Żadnych ludzi, którzy by go nękali. Pod warunkiem że w okolicy będzie jakieś miasteczko.
Otworzył drzwi do swej izby i stanął jak wryty. Moiraine wyprostowała się, jakby miała wszelkie prawo do grzebania w papierach rozsypanych na stole, a potem spokojnie ułożyła spódnice, sadowiąc się na stołku. Była piękną kobietą, wyposażoną we wszelkie wdzięki, jakich mógłby pożądać mężczyzna, łącznie z umiejętnością śmiania się z jego dowcipów.
„Głupiec! Stary głupiec! Ona to Aes Sedai, a ty jesteś zbyt zmęczony, by jasno myśleć”.
— Dzień dobry, Moiraine Sedai — powiedział, wieszając kaftan na kołku. Starał się nie spoglądać na kasetkę z przyborami do pisania, nadal ukrytą pod stołem tam, gdzie ją zostawił. Lepiej, by Moiraine nie wiedziała, jaką wielką przywiązuje do niej wagę. Jeśli już o tym mowa, po jej wyjściu pewnie nie będzie najmniejszego sensu sprawdzać, czy zaglądała do środka — mogła przenieść Moc, otworzyć zamek i zamknąć go z powrotem, a on nigdy nie byłby w stanie przekonać się, czy to zrobiła. Był tak zmęczony, że nie mógł nawet sobie przypomnieć, czy nie zostawił w skrzynce czegoś obciążającego. Albo gdzie indziej, skoro już o tym mowa. Wszystko, co widział w izbie, znajdowało się na swoim miejscu. Nie przypuszczał, by mógł okazać się tak głupi, żeby zostawić coś na wierzchu. W drzwiach izb służących nie było ani zamków, ani rygli. — Poczęstowałbym cię jakimś pokrzepiającym napojem, ale obawiam się, że nie mam nic prócz wody.
— Nie jestem spragniona — odparła miłym, melodyjnym głosem. Pochyliła się, a dzięki temu, że izba była tak mała, mogła położyć dłoń na jego prawym kolanie. Poczuł, że przelatuje przez niego fala chłodu. — Żałuję, że nie było w pobliżu żadnej dobrej Uzdrowicielki, kiedy to się stało. Obawiam się, że teraz jest już za późno.
— Tuzin Uzdrowicielek by nie wystarczył — odparł. — To dzieło Półczłowieka.
— Wiem.
„Co ona jeszcze wie?” — zastanawiał się. Odwracając się, by wyciągnąć swe jedyne krzesło zza stołu, ugryzł się w język, by nie zakląć. Czuł się tak, jakby miał za sobą dobrze przespaną noc, poza tym ból w kolanie ustąpił. Nadal kulał, ale od czasu, kiedy został okaleczony, jego staw nigdy nie był już giętki.
„Ta kobieta nawet nie spytała, czy ja tego chcę. Niech sczeznę, o co jej chodzi?”
Nie zgiął nogi. Jeśli sama nie zapyta, nie wspomni nawet o niczym.
— Wczorajszy dzień był interesujący — stwierdziła, gdy usiadł.
— Nie nazywałbym trolloków i Półludzi interesującymi — odparł ozięble.
— Nie mówię o nich, lecz o tym, co zdarzyło się wcześniej. W wypadku na polowaniu zginął Wysoki Lord Carleon. Jego bliski przyjaciel, Wysoki Lord Tedosian pomylił go rzekomo z dzikiem. A może z jeleniem.
— Nic mi o tym nie wiadomo. — Głos mu nie zadrżał. Nawet gdyby znalazła list, nie mogła go powiązać z nim. Sam Carleon uznałby, że to jego własna ręka. Nie przypuszczał, by wiedziała, ale przecież była Aes Sedai. Jakby mu trzeba było o tym przypominać, skoro naprzeciwko siebie widział tę gładką, piękną twarz, te poważne, ciemne oczy, które go obserwowały, badając jego sekrety. — Izby służących tętnią od plotek, ale ja rzadko słucham.
— Czyżby? — mruknęła łagodnie. — A zatem nie słyszałeś, że Tedosian zachorował w niespełna godzinę po powrocie do Kamienia, tuż po tym, jak żona podała mu puchar z winem, który miał spłukać kurz polowania z jego gardła. Powiadają, że łkał, kiedy się dowiedział, iż to właśnie ona ma zamiar osobiście go doglądać i karmić własnymi dłońmi. Bez wątpienia łkał łzami radości, że jest tak kochany. Słyszałam, że przysięgła nie odstępować jego boku, dopóki nie wstanie z łoża. Albo dopóki nie umrze.
Wiedziała. Skąd, nie umiał stwierdzić, ale wiedziała. Czemu jednak wyjawiała mu to wszystko?
— Tragedia — powiedział, naśladując jej ironiczny ton. — Przypuszczam, że Rand będzie potrzebował wszystkich lojalnych Wysokich Lordów, jakich uda mu się znaleźć.
— Carleon i Tedosian byli nieszczególnie lojalni. Nawet względem siebie, jak się zdaje. Przewodzili frakcji, która chce zabić Randa i jak najszybciej zatrzeć wszystkie ślady jego bytności na tym świecie.
— Tak twierdzisz? Niewiele uwagi poświęcam takim sprawom. Poczynania możnych nie są dla prostego barda.
Jej uśmiech wróżył, że lada chwila może wybuchnąć śmiechem, kontynuowała jednak takim tonem, jakby czytała z książki.
— Thomdrill Merrilin. Zwany niegdyś Szarym Lisem przez tych, którzy go znali albo choćby o nim słyszeli. Królewski Bard w Królewskim Pałacu Andoru, w Caemlyn. Przez czas jakiś kochanek Morgase, po śmierci Taringaila. Szczęśliwą dla Morgase była śmierć Taringaila. Nie sądzę, by kiedykolwiek się dowiedziała, że on prokurował jej zgon, by zostać pierwszym królem Andoru. Rozmawialiśmy jednak o Thomie Merrilinie, człowieku, który, jak powiadano, nawet obudzony w środku nocy, potrafił wykonywać posunięcia w Grze Domów. To hańba, że taki człowiek nazywa siebie prostym bardem. I cóż za arogancja: zachować to samo nazwisko.
Thom z wysiłkiem ukrył przeżyty wstrząs. Ile ona wie? I tak za dużo, jeśli nawet nie było już tego ani odrobiny więcej. Ale nie tylko ona dysponowała wiedzą.
— Skoro już mowa o nazwiskach — powiedział opanowanym głosem — to doprawdy godne uwagi, ile zagadek da się rozwiązać na podstawie czyjegoś nazwiska. Moiraine Damodred. Lady Moiraine z Domu Damodred, z Cairhien. Najmłodsza przyrodnia siostra Taringaila. Siostrzenica króla Lamana. I Aes Sedai, nie zapominajmy. Aes Sedai, która wspomaga Smoka Odrodzonego, odkąd się dowiedziała, że to ktoś więcej niż tylko biedny głupiec, który potrafi przenosić Moc. Aes Sedai z wysokimi koneksjami w Białej Wieży, że tak powiem, bo w przeciwnym razie z pewnością aż tak by nie ryzykowała. Powiązania z kimś w Komnacie Wieży? Z niejedną osobą, powiem, nie ma najmniejszych wątpliwości. Wieści o tym wstrząsnęłyby światem. Tylko po co stwarzać problemy? Może lepiej zostawić starego barda w jego kryjówce w izbach służby. Zwykłego, starego barda, który gra na harfie i snuje swe opowieści. Opowieści, które nikomu nie czynią krzywdy.