Coine zawahała się, a kiedy przemówiła, jej głos nadal brzmiał ceremonialnie.
— Jestem Mistrzynią Żeglugi, mój mężu. „Tańczący po Falach” żegluje tak, jak ja powiem. Na razie to musi wystarczyć.
— Skoro tak mówisz, Mistrzyni Żeglugi – wychrypiał — tak musi być. — Przyłożył dłoń do serca — Elayne miała wrażenie, że Coine się wzdrygnęła — i wyszedł na palcach, sztywny jak maszt.
— Muszę mu to wynagrodzić — mruknęła cicho Coine, wpatrując się w drzwi. — Naturalnie nagradzanie go jest przyjemne. Zazwyczaj. Oddał mi honory jak chłopiec pokładowy, siostro.
— Przykro nam, że stałyśmy się przyczyną waszych kłopotów, Mistrzyni — powiedziała ostrożnie Elayne. — I przykro nam, że byłyśmy tego świadkami. Jeśli spowodowałyśmy czyjeś zażenowanie, to proszę, przyjmij nasze przeprosiny.
— Zażenowanie? — Głos Coine wskazywał, że jest zdziwiona. — Aes Sedai, jestem Mistrzynią Żeglugi. Wątpię, czy wasza obecność zawstydziła Torama, a ja nie przepraszałabym go, gdyby tak było. On kieruje wymianą, ale to ja jestem Mistrzynią Żeglugi. Muszę mu to wynagrodzić — a to nie będzie łatwe, jako że winnam nadal trzymać przyczynę w tajemnicy — ponieważ on ma rację, a ja nie potrafiłam myśleć dostatecznie szybko, by podać mu jakiś przekonujący powód. Tę bliznę na twarzy zdobył podczas oczyszczania pokładu „Tańczącego po Falach” z Seanchan. Ma jeszcze starsze blizny, zdobyte podczas obrony mego statku, a mnie wystarczy tylko wyciągać rękę po złoto zarobione przez niego dzięki wymianie. Muszę mu wynagrodzić te rzeczy, których nie mogę mu powiedzieć, zasłużył sobie bowiem na tę wiedzę.
— Nie rozumiem — rzekła Nynaeve. — Rzecz jasna, poprosimy was o zachowanie sprawy Czarnych Ajah w tajemnicy... — obrzuciła Elayne twardym spojrzeniem, takim, które obiecywało ostre słowa, gdy już zostaną same; Elayne na tę okazję przygotowała już kilka własnych uwag, na temat znaczenia taktu — ...ale z pewnością trzy tysiące koron to wystarczający powód, by zabrać nas do Tanchico.
— Muszę zachować wasz status w tajemnicy, Aes Sedai. Nikt nie powinien się dowiedzieć, kim jesteście i w jakim celu podróżujecie. Wielu członków mojej załogi uważa, że Aes Sedai przynoszą pecha. Gdyby wiedzieli, że nie tylko wiozą Aes Sedai, ale również płyną w stronę portu, gdzie inne Aes Sedai mogą służyć Ojcu Sztormów... Oby łaska Światłości sprawiła, by nikt akurat nie znajdował się w pobliżu, gdy na pokładzie zwróciłam się do was pełnym tytułem. Czy poczujecie się urażone, jeśli poproszę, byście przebywały pod pokładem tak często, jak się tylko da, a na pokładzie zaś nie nosiły waszych pierścieni?
Zamiast odpowiedzi Nynaeve zdjęła z palca pierścień z Wielkim Wężem i wrzuciła go do swej sakwy. Elayne zrobiła to samo, z nieco większymi oporami — sprawiało jej przyjemność, gdy ludzie patrzyli na ten pierścień. Nie całkiem wierząc, że w tym momencie Nynaeve została jeszcze w zapasie choć odrobina dyplomacji, odezwała się, nim zdążyła to zrobić przyjaciółka.
— Mistrzyni, zaoferowałyśmy ci podarunek za przewóz, jeśli jest ci on miły. Jeśli nie jest, to czy wolno mi spytać, cóż innego można ci zaofiarować?
Coine wróciła do stołu, by ponownie popatrzeć na list kredytowy, po czym popchnęła go w stronę Nynaeve.
— Robię to dla Coramoora. Dopilnuję, byście wysiadły tam, gdzie chcecie, jeśli to miłe Światłości. Tak się stanie. — Dotknęła ust palcami prawej dłoni. — Umowa stoi, pod Światłością.
Jorin wydała jakiś stłumiony odgłos.
— Siostro moja, czy jakikolwiek Mistrz Cargo zbuntował się kiedyś przeciwko swej Mistrzyni Żeglugi?
Coine zmierzyła ją obojętnym spojrzeniem.
— Wyłożę podarunek za przewóz z mojej własnej skrzyni. A jeśli Toram kiedykolwiek o tym usłyszy, moja siostro, to wpakuję cię do zęzy razem z Dorele. Na przykład jako balast.
Poszukiwaczka Wiatru roześmiała się w głos potwierdzając, że obie kobiety z Ludu Morza rezygnują z ceremonialnego tonu.
— A zatem następnym portem będzie Chachin, moja siostro, albo Caemlyn, beze mnie bowiem nigdy nie umiałabyś znaleźć wody.
Mistrzyni Żeglugi zwróciła się z wyraźnym żalem do Elayne i Nynaeve.
— Aes Sedai, jako że służycie Coramoorowi, zgodnie z nakazami przyzwoitości, winnam was uczcić jak Mistrzynię Żeglugi i Poszukiwaczkę Wiatru z innego statku. Powinnyśmy odbyć wspólną kąpiel, a potem napić się wina z miodem, opowiadając sobie historie, które wywołują śmiech i płacz. Ja jednak muszę się przygotować do żeglugi i...
Nagle, jakby chcąc od razu sprostać swej nazwie, „Tańczący po Falach” uniósł się, podrygując i uderzając o nabrzeże. Elayne, uwięziona w krześle o dziwnej konstrukcji, w miarę jak wstrząsy nie ustawały, powoli zaczynała wątpić, czy to rzeczywiście lepsze, niż zwykły upadek na pokład.
A potem, nareszcie, wszystko się skończyło, huśtanie powoli stawało się coraz łagodniejsze, Coine podniosła się i pomknęła do drabiny; tuż za nią Jorin, wykrzykując już rozkazy, by sprawdzono uszkodzenia kadłuba.
20
Wzniecanie wiatru
Elayne z wysiłkiem otworzyła zasuwę przy poręczy swego fotela i rzuciła się za nimi, niemal zderzając się z Nynaeve przy drabinie. Statek nadal się kołysał, ale już nie tak gwałtownie. Nie wiedząc, czy przypadkiem nie toną, popchnęła wyprzedzającą ją Nynaeve, ponaglając do szybszej wspinaczki.
Po pokładzie biegali członkowie załogi, badając olinowanie albo wychylając się za burtę, by sprawdzić kadłub, krzyczeli coś o trzęsieniu ziemi. Takie same okrzyki wznosili również ludzie na przystani, ale Elayne wiedziała lepiej, mimo że po molo wciąż toczyły się jakieś przedmioty, statki zaś nadal się kolebały.
Popatrzyła w stronę Kamienia. Ogromna forteca była nieruchoma z wyjątkiem wirujących dookoła chmar przestraszonych ptaków oraz jasnego sztandaru, leniwie powiewającego w pojedynczych podmuchach wiatru. Najmniejszego śladu, że cokolwiek naruszyło górujący masyw. To jednak był Rand. Nie miała wątpliwości.
Odwróciła się i zobaczyła przed sobą Nynaeve. Ich oczy spotkały się na długą chwilę.
— To byłby niezły pasztet, gdyby uszkodził statek — powiedziała w końcu Elayne. — Jakim sposobem mamy się dostać do Tanchico, jeśli będzie stale podrzucał statkami?
„Światłości, jemu nie może się nic stać. Nic nie będę w stanie zrobić, jeśli coś mu się stało. Nic mu nie jest. Na pewno”.
Nynaeve dotknęła uspokajająco jej ramienia.
— Bez wątpienia ten twój drugi list dotknął jakiegoś czułego miejsca. Mężczyźni zawsze przesadzają, gdy pozwolą sobie na upust emocji, to cena za umożliwienie im bycia sobą. Może on jest Smokiem Odrodzonym, ale musi się nauczyć, jak mężczyzna winien zachowywać się względem kobiety... A co oni tam robią’?
To „oni” odnosiło się do dwóch mężczyzn, którzy stali w tłumie krzątających się po pokładzie marynarzy. Jednym był Thom Merrilin, ubrany w swój płaszcz barda, z harfą i fletem na plecach oraz tobołkiem, który leżał u jego stóp obok sfatygowanej drewnianej skrzynki zamykanej na zamek. Drugim był szczupły, przystojny Tairenianin w średnim wieku, ciemnowłosy, ubrany w słomkowy kapelusz w kształcie spłaszczonego stożka i pospolity kaftan, który mocno opinał tors, a dalej rozszerzał się niczym krótka spódnica. Przy pasie podtrzymującym kaftan wisiał ząbkowany łamacz mieczy, ponadto mężczyzna wspierał się na kiju z jasnego, karbowanego drewna, dokładnie jego wzrostu i nie grubszym od jego kciuka. Z ramienia zwisała obwiązana sznurkiem kwadratowa paczka. Elayne znała go: nazywał się Juilin Sandar.