Выбрать главу

Metamorf natychmiast przerwał połączenie i sprawdził czas. Nie minęła jeszcze nawet godzina od chwili, kiedy wszedł do sali. Co prawda na niskim stoliku przy fotelu czekał poczęstunek, niemniej jednak Horza podniósł się z miejsca i przeszedł na ogólnodostępny podest, gdzie ustawiono kramy z przekąskami i napojami. Strażnicy sprawdzali bilety. Posuwali się naprzód powoli, nikogo nie pomijając. Horza udawał, że patrzy obojętnie przed siebie, ale ukradkiem zerkał na boki. Jeden ze strażników zatrzymał się kilka kroków przed nim, przy powietrznym łożu, na którego wonnej, powietrznej poduszce rozłożyła się dość zaawansowana wiekiem kobieta o obnażonych, zbyt szczupłych nogach. Obserwowała rozgrywkę z szerokim uśmiechem na twarzy i w takim skupieniu, że odwróciła głowę dopiero wtedy, kiedy kontroler zagadnął ją po raz trzeci. Horza natychmiast przyspieszył kroku, żeby ich minąć, kiedy strażnik będzie zajęty sprawdzaniem biletu kobiety. Niestety, przeliczył się, ponieważ machnęła biletem od niechcenia, strażnik zaś wyprostował się i zastąpił drogę Horzy.

— Czy mogę zobaczyć pański bilet?

Kontroler okazał się młodą kobietą o okrągłej, nalanej twarzy.

Horza zmarszczył brwi i podrapał się z zakłopotaniem za uchem.

— Przykro mi, ale zostawiłem go na balkonie. Za chwileczkę wracam; zechce pani wtedy go obejrzeć? Proszę mi wybaczyć, ale trochę się spieszę. — Przestąpił z nogi na nogę i przycisnął rękę do podbrzusza. — Ostatnie rozdanie było tak ciekawe, że nie mogłem się oderwać, a że przedtem trochę za dużo wypiłem, więc sama pani rozumie… Wciąż to samo. Chyba nigdy nie zmądrzeję. Zaraz będę z powrotem, dobrze? Uśmiechnął się boleśnie i ponownie przestąpił z nogi na nogę. Strażniczka spojrzała na balkon, który Horza wskazał jej ruchem głowy.

— W porządku. Przyjdę do pana później, ale na przyszłość proszę zawsze mieć bilet przy sobie. Ktoś może go panu ukraść.

— Tak, oczywiście. Ogromnie pani dziękuję.

Uśmiechnął się z wdzięcznością i odszedł szybkim krokiem w kierunku toalet. Na wypadek gdyby strażniczka go obserwowała, wszedł do sterylnie białego pomieszczenia, umył ręce i twarz, przez chwilę słuchał dobiegającego zza ściany śpiewu pijanej kobiety, po czym wyszedł innymi drzwiami i wreszcie coś zjadł. Następnie za sporą łapówkę dostał się na jeszcze obszerniejszy i lepiej usytuowany balkon niż ten, na którym siedział do tej pory. Miejsca były tutaj znacznie droższe, przede wszystkim ze względu na to, iż tuż obok znajdowała się loża konkubin Wilgre’a. Co prawda wysoka ściana z delikatnie opalizującego materiału chroniła je przed natrętnymi spojrzeniami, ale upajająca woń ich ciał była doskonale wyczuwalna. Nie dość, że oszałamiająco piękne i atrakcyjne dzięki genetycznym manipulacjom, nałożnice Wilgre’a wytwarzały także gigantyczne ilości feromonów o wybitnie afrodyzjakowym działaniu. Horza nawet się nie spostrzegł, kiedy dostał wzwodu i oblał się potem. Większość otaczających go kobiet i mężczyzn znajdowała się w różnych stadiach seksualnego podniecenia, ci zaś, których nie interesował przebieg gry, z dużym zaangażowaniem oddawali się wstępnym pieszczotom albo nawet spółkowali, zapomniawszy o całym świecie. Horza uruchomił układ odpornościowy i lawirując między porozrzucanymi w nieładzie ubraniami, dotarł w pobliże barierki. Pięć ustawionych tam foteli było pustych — dwaj mężczyźni i trzy kobiety tarzali się nago po podłodze. Horza usiadł w jednym z foteli. Z plątaniny gołych ciał wychynęła się na chwilę kobieta, obrzuciła Metamorfa namiętnym spojrzeniem.

— Rozgość się. Gdybyś miał ochotę się przyłączyć, wiesz, gdzie nas szukać… — wyszeptała, po czym jęknęła głośno, przymknęła powieki i znowu znikła w kłębowisku.

Horza potrząsnął z niesmakiem głową, zaklął pod nosem i opuścił balkon. Próba odzyskania pieniędzy od człowieka przy wejściu tylko naraziła go na śmieszność.

Ostatecznie usadowił się na wysokim stołku przy barze, gdzie przyjmowano także zakłady. Zamówił szklankę z łagodnym narkotykiem i postawił niewielką sumkę na Kraiklyna; w tym czasie jego organizm pracowicie pozbywał się resztek oszałamiających feromonów. Niebawem puls wrócił do normy, uspokoił się oddech, ustąpiło wzmożone pocenie. Horza niespiesznie pociągał ze szklanki i patrzył, jak Kraiklyn przegrywa dwa razy z rzędu, przy czym za pierwszym razem wycofał się na tyle wcześnie, że nie stracił istnienia. Zostało mu już tylko jedno. Co prawda gracz miał prawo postawić na szali własne życie, niemniej jednak zdarzało się to bardzo rzadko, a już prawie nigdy w przypadkach takich jak ten, kiedy najlepsi gracze galaktyki spotykali się z pretendentami do tego miana. Decydujący głos zawsze należał do sędziów. Dowódca „Wiru Czystego Powietrza” nie ryzykował. Wycofywał się z kolejnych licytacji na tyle wcześnie, żeby nie stracić istnienia, czekając na kartę, która dałaby mu stuprocentową pewność zwycięstwa. Horza jadł, pił, wdychał narkotyczne opary oraz spoglądał na taras, na którym siedział wcześniej, ale w panującym tam półmroku nie zdołał dostrzec kobiety o białych włosach. Od czasu do czasu zerkał także w górę, na walczące zwierzęta. Wycieńczone, poruszały się bez dawnej gracji, ograniczając się do niemrawych machnięć potężnymi kończynami. Krople białej krwi spadały spod kopuły niczym płatki śniegu i rozpryskiwały się na niewidzialnej powierzchni pola siłowego kilkanaście metrów nad głowami widzów.

Istnienia ginęły kolejno, gra toczyła się dalej, czas — zależnie od punktu widzenia — pędził jak szalony albo wlókł się niemiłosiernie. W miarę jak zbliżał się termin zagłady orbitala, rosły ceny przekąsek i napojów. Przez przezroczystą kopułę widać było odlatujące promy. Przy barze wybuchło jakieś zamieszanie, więc Horza oddalił się, zanim na miejsce zdarzenia przybyli stróże porządku. Przeliczył pieniądze; zostały mu dwie aoińskie kredytki oraz mniej więcej drugie tyle na kartach magnetycznych, z których jednak coraz trudniej było korzystać, ponieważ komputerowa sieć orbitala stopniowo przestawała działać.

Przystanął w przejściu między balkonami, oparł się o barierkę i śledził przebieg kolejnej rozgrywki. Stawce zawodników przewodził Wilgre, ale Suut deptał mu po piętach. Obaj stracili tyle samo istnień, lecz niebieski olbrzym zgromadził więcej pieniędzy. Dwóch pretendentów już odpadło z gry, w tym jeden, który na próżno usiłował przekonać sędziów, żeby pozwolili mu zastawić własne życie. Kraiklyn jeszcze siedział przy stole, ale, sądząc po wyrazie jego twarzy, którą Horza widział przez chwilę na dużym ekranie nad barem, szło mu nie najlepiej.

Metamorf niecierpliwie obracał w palcach aoińską kredytkę; nie mógł się doczekać końca gry albo chwili, kiedy Kraiklyn ostatecznie się wycofa. W pewnej chwili moneta przykleiła mu się do dłoni. Spojrzał na nią. Miał wrażenie, że zagląda do nieskończenie długiej rurki, u wylotu której znajduje się silne źródło światła. Gdyby wpatrywał się w nią dłużej, z pewnością doznałby zawrotu głowy. Aoińczycy byli rasą bankierów, kredytki zaś były ich największym wynalazkiem. Stanowiły praktycznie jedyny powszechnie akceptowany środek płatniczy w galaktyce; każda z nich mogła zostać w każdej chwili wymieniona na ściśle określoną ilość dowolnego stabilnego pierwiastka, prawo własności do części powierzchni jakiegokolwiek wolnego orbitala albo komputer o ustalonej prędkości działania i pojemności pamięci. Aoińczycy, którzy byli gwarantami wymienialności, jeszcze nigdy nie złamali słowa i choć różnice kursów wahały się niekiedy znacznie bardziej niż dopuszczały oficjalne normy — szczególnie po wybuchu wojny między Idirianami i Kulturą — to jednak zarówno teoretyczna, jak i praktyczna wartość tej waluty na tyle łatwo dawała się przewidzieć, że kredytki nadal stanowiły najlepsze zabezpieczenie na burzliwe, niepewne czasy. Jeśli wierzyć plotkom, największe ich zapasy zgromadziła Kultura, oficjalnie zwalczająca koncepcję obrotu pieniężnego. Horza wątpił, żeby w tych pogłoskach było choćby ziarno prawdy; podejrzewał nawet, że są rozpuszczane właśnie przez Kulturę.