Rozmyślania przerwał mu widok Kraiklyna, który pochylił się w fotelu i dorzucił garść monet do sporego stosu zgromadzonego na środku stołu. Horza pospiesznie przepchnął się do najbliższego kantoru, wymienił jedną z kredytek na osiem setek (prowizja w wysokości dwudziestu procent była astronomicznie wysoka nawet jak na zwyczaje obowiązujące na Vavatchu), po czym natychmiast wydał część pieniędzy na łapówkę, która pozwoliła mu wejść na najbliższy taras i zająć miejsce w jednym z pustych foteli. Jak tylko usiadł, zajrzał do myśli Kraiklyna.
— Kim jesteś? — wybuchło mu w głowie pytanie.
Wrażenie było niesamowite: nagłe zawirowanie, wielokrotnie wzmocnione zachwianie równowagi, jakie powstaje wówczas, kiedy ktoś zbyt długo wpatruje się w prosty, ale regularny wzór; po pewnym czasie mózg nie potrafi określić prawdziwej odległości od wzoru, dystans pozornie zwiększa się, nierzeczywista przestrzeń zdaje się wysysać oczy, napinać mięśnie, rozciągać nerwy. Trudno nazwać to zawrotem głowy — raczej utonięciem, zapadnięciem i walką. Kim jesteś? (Kim jestem?) Kim jesteś?
Łup, łup, łup! Ryk ognia zaporowego, huk zatrzaskiwanych drzwi, atak i bezruch, implozja i eksplozja, wszystko naraz. Zwykły przypadek. Drobny błąd. To się zdarza. Gra w zniszczenie i szpieg naszpikowany najnowszymi osiągnięciami technologii… Nadzwyczaj niefortunna kombinacja. Zupełnie jak dwie nieszkodliwe substancje, które po zmieszaniu dają… Sprzężenie zwrotne, skowyt jakby bólu, coś pęka…
Umysł między lustrami. Tonie w morzu własnych odbić (znowu coś pęka), przelatuje na wylot. Część jego wnętrza zanika (czyżby ta, która nie spała?). Tak? Nie? Krzyk z głębi, z otchłani, coraz słabszy:
Metamorf! Metamorf!. Metamo…
Ucichł, zamienił się w szept leniwego wiatru głaszczącego nagie gałęzie drzew podczas przesilenia dnia z nocą w samym środku mroźnej zimy, w najdalszym, martwym zakamarku duszy. Już wie…
(Zacznij od początku.)
Ktoś wie, że pewien człowiek siedzi w fotelu w wielkiej sali… w mieście na… na wielkim sztucznym tworze, któremu grozi zagłada… I że ten człowiek uczestniczy w niebezpiecznej grze (stawką jest śmierć). Człowiek jeszcze żyje i oddycha, ale jego oczy są ślepe, a uszy głuche. Pozostał mu tylko jeden zmysł, głęboko ukryty, uodporniony.
Szept: Kim jestem?
Zdarzył się drobny wypadek (życie jest ciągiem właśnie takich wypadków; ewolucja zależy od kierunku, jaki przybiorą przypadkowe zniekształcenia; wszelki proces jest funkcją omyłek)… A on (zapomnij, kim jest, zaakceptuj to bezimienne określenie przynajmniej do chwili, kiedy równanie zostanie rozwiązane)… a on jest właśnie tym człowiekiem w fotelu w sali na ogromnym sztucznym tworze, człowiekiem zapadniętym do wnętrza siebie… i jeszcze kogoś. Dublera, kopii, udawacza…
Coś nie tak z tą teorią.
(Zacznij jeszcze raz.)
Wprowadź ład.
Znajdź przesłanki, punkty odniesienia, cokolwiek, na czym mógłbyś się oprzeć.
Wspomnienie podziału komórek oglądanego w omsknięciu czasu, sam początek samodzielnego, choć ciągle zależnego życia. Zatrzymaj ten obraz.
Słowa (nazwy); trzeba słów.
Jeszcze nie, ale… Coś o przenicowaniu. Jakieś miejsce.
Czego szukam?
Umysłu.
Czyjego?
(Milczenie.)
Czyjego?
(Milczenie.)
Czyjego?
(Milczenie.)
(…Zacznij jeszcze raz…)
Słuchaj. To wstrząs. Zostałeś trafiony, i to mocno. To tylko szok, wyjdziesz z tego.
Jesteś graczem (podobnie jak my wszyscy)… A jednak wciąż coś nie tak, czegoś za wiele i za mało. Myśl o kluczowych błędach, myśl o dzielącej się komórce, tej samej i nie tej samej, przenicowanym miejscu, przenicowującej się gromadzie komórek podobnej do podzielonego mózgu (nigdy nie śpi, wiecznie w ruchu). Nasłuchuj, może ktoś do ciebie przemówi…
(Milczenie.)
(Na dnie najczarniejszej nocy, nagi na mroźnej pustyni, przyodziany tylko w zawodzenie lodowatego wichru, samotny w pustce przykrytej niebem ze zmrożonego obsydianu.)
Czy ktoś do mnie mówił? Czy kogokolwiek słuchałem? Czy kiedyś byłem kimś innym niż sobą? Czy troszczyłem się o kogoś innego niż o siebie?
Jednostka jest owocem błędu, więc tylko sam proces ma jakieś znaczenie… Skoro tak, to kto przemówi w jej imieniu? Wiatr wciąż zawodzi, wyprany ze znaczenia, spragniony ciepła, okup dla nadziei. Rozwlókł resztki jego ciepła po czarnym niebie, rozwodnił słonawy płomień życia, przemroził, paraliżował i spowolniał. Czuje, jak znowu się zapada, i wie, że tym razem dotrze znacznie głębiej, tam gdzie panują nieprzeniknione milczenie i chłód, i gdzie nie słychać żadnego głosu, nawet tego.
(Huczy jak wiatr:) Komu chciało się odezwać do mnie?
(Milczenie.)
Komu…
(Szept:) Słuchaj: „Jinmoci z…”
…Bozlena Dwa…
Dwa. Ktoś to powiedział. To on jest Metamorfem, to on jest pomyłką, niedokładną kopią.
Uczestniczy w innej grze niż tamten (choć tutaj także stawką jest życie). Obserwuje, odczuwa to samo co tamten, tyle że więcej. Horza. Kraiklyn.
Już wie. Gra nazywa się zniszczenie. Sztuczny twór to… to przenicowana wstążka z pierwotnego pomysłu: orbital. Vavatch. Umysł przebywa na planecie Schar. Xoralundra. Balveda. (Nagły przypływ nienawiści tak wielkiej, że niemal wbiła go w ścianę otchłani:) Kultura! Szczelina w ścianie celi, huk przyboju, uwolnione światło, iluminacja, potem odrodzenie.
Ciężar i zimno, i jasne, bardzo jasne światło…
Cholera. Dranie. Przegrałem, a wszystko dzięki otchłani desperacji. Ogarnęła go fala bezsilnej wściekłości i w tej samej chwili coś umarło.
Horza gwałtownym szarpnięciem zdarł z głowy metalową obręcz, drżąc jak galareta opadł na fotel i skierował spojrzenie piekących, załzawionych oczu w górę, na półżywe zwierzęta kołyszące się na trapezach. Z wysiłkiem opuścił powieki, po czym z jeszcze większym trudem podniósł je, by uciec przed ciemnością.
Otchłań desperacji. Kraiklyn dostał karty, których układ zmusza gracza do zakwestionowania jego tożsamości. Sądząc po przebiegu procesów myślowych, był raczej zdezorientowany niż przerażony, ale chwila dekoncentracji kosztowała go przegraną w rozgrywce, a przecież właśnie o to chodziło przeciwnikom. Kraiklyn na dobre wypadł z gry.
Traumatyczne przeżycie wywarto znacznie większe wrażenie na nim, który podszywał się pod Kraiklyna, wiedząc jednocześnie, że nim nie jest. Każdy Metamorf, który znalazłby się na jego miejscu, przeszedłby przez to w identyczny sposób.