Drżenie zaczęło ustępować. Horza wyprostował się, postawił stopy na podłodze. Musi wstać. Kraiklyn zakończył już udział w grze i pewnie lada chwila odejdzie od stołu, więc on musi uczynić to samo. Weź się w garść, człowieku.
Spojrzał w dół, na arenę. Rozdanie zakończyło się zwycięstwem płaskiej jak deska kobiety. Kraiklyn pożerał ją nienawistnym spojrzeniem, kiedy zgarniała kredytki. Obsługa rozpięła pasy i wyprowadziła go z areny; w tym samym czasie wynoszono bezwładne, jeszcze ciepłe ciało jego ostatniego istnienia. Mijając trupa, Kraiklyn kopnął go z wściekłością, na co widownia zareagowała buczeniem. Horza podniósł się z miejsca, odwrócił… i wpadł na kogoś stojącego tuż za jego fotelem.
— Czy mogę teraz zobaczyć pański bilet? — zapytała strażniczka, ta sama, którą wcześniej okłamał.
Horza uśmiechnął się nerwowo. Zdawał sobie sprawę, że ma zaczerwienione oczy, twarz mokrą od potu i że nadal trochę drżą mu ręce. Kontrolerka przeszywała go nieruchomym spojrzeniem, kilka osób przyglądało im się z umiarkowanym zainteresowaniem.
— Ja… To znaczy, przykro mi, ale… — wymamrotał, obmacując kieszenie.
Strażniczka ujęła go za łokieć.
— Może będzie lepiej, jeśli…
— Proszę posłuchać — szepnął Horza. — Nie mam biletu. Czy… Czy przyjmie pani pieniądze?
Sięgnął do wewnętrznej kieszeni po kredytki, ale strażniczka nie czekała, tylko od razu zadała cios kolanem i wykręciła mu lewe ramię. Zrobiła to tak szybko i fachowo, że z najwyższym trudem zdołał przesunąć się nieco w bok, co znacznie osłabiło siłę ciosu. Pozwolił, żeby ramię wysunęło się ze stawu barkowego, po czym odruchowo wyciągnął wolną rękę i osuwając się na podłogę, lekko zadrapał paznokciami twarz strażniczki.
Kobieta błyskawicznie chwyciła również jego prawe ramię i unieruchomiła oba za plecami Horzy. Metamorf klęczał, jęcząc głośno.
— Nie ma powodu do niepokoju — zwróciła się strażniczka do siedzących w pobliżu widzów. — To tylko drobne nieporozumienie. Proszę sobie nie przeszkadzać. — Szarpnęła Horze tak mocno, że musiał dźwignąć się z klęczek i, zgięty wpół, ruszyć w górę po schodkach. — Siedem trzy, siedem trzy — mówiła do komunikatora. — Jeden zatrzymany, kod zielony, sektor siedem.
Kiedy dotarli do przejścia łączącego tarasy, kontrolerka zachwiała się, a chwilę potem potknęła. W pobliżu nie było widać żadnego stróża porządku. Kilka sekund później Horza usłyszał za plecami rozpaczliwe stęknięcie; kilku pijaków zgromadzonych przy autobarze spojrzało na nich ze zdziwieniem, a jeden nawet odwrócił się na obrotowym stołku, żeby lepiej widzieć.
— Sie… siedem trzy… — wyjąkała strażniczka. Nogi ugięły się pod nią i runęła na posadzkę, pociągając za sobą Metamorfa. Horza wprowadził główkę kości ramieniowej do stawu, napiął mięśnie… Dopiero za drugim razem udało mu się zerwać uchwyt rękawicy wzmocnionej specjalnymi włóknami. Strażniczka leżała na wznak z zamkniętymi oczami; oddychała płytko, ale regularnie. Wyglądało na to, że Horza zahaczył ją paznokciem, spod którego wydzielała się nie trucizna, ale silny środek odurzający. Nie mógł jednak czekać, żeby się o tym przekonać, bo po pierwsze, wkrótce z pewnością zjawi się ktoś, by sprawdzić, co przydarzyło się kontrolerce siedem trzy, a po drugie, musiał trzymać się blisko Kraiklyna. Niezależnie od tego, czy dowódca „Wiru” zamierzał wrócić na statek, czy obserwować dalszy rozwój gry, Horza zamierzał nie tracić go z oczu.
Podczas szarpaniny kaptur zsunął mu się z głowy. Pospiesznie nasunął go jak najgłębiej, po czym dźwignął z podłogi nieprzytomną kobietę, dociągnął ją do baru, posadził na wolnym stołku, położył na ladzie skrzyżowane przedramiona i oparł na nich głowę strażniczki. Pijak, który przez cały czas bacznie go obserwował, uśmiechnął się szeroko. Horza również wyszczerzył zęby.
— Przypilnujcie, żeby nic sobie nie zrobiła, dobrze? — poprosił. Na podłodze obok sąsiedniego stołka leżał obszerny płaszcz. Właściciel był zajęty zamawianiem kolejnego drinka, więc nie zauważył, że Horza podniósł płaszcz i narzucił go strażniczce na ramiona. — Na wszelki wypadek, gdyby zrobiło się zimno.
Pijak ze zrozumieniem skinął głową.
Horza odszedł nie przyspieszając kroku. Drugi pijak, który wreszcie doczekał się upragnionej szklanki, dopiero teraz spostrzegł nowego sąsiada. Szturchnął go w bok i zapytał przyjaznym tonem:
— Podoba ci się mój płaszcz? W porządku, nie ma sprawy. Postawić ci jednego?
Przed opuszczeniem widowni Horza jeszcze raz skierował wzrok ku przezroczystej kopule. Zwierzęta już nie walczyły. Pod lśniącą wstęgą dziennej strony Vavatcha jedno ze stworzeń leżało rozkrzyżowane na niewidzialnej, zbryzganej białą krwią poduszce pola siłowego, drugie natomiast wisiało na łagodnie kołyszącym się trapezie, również martwe.
Przez kilkanaście sekund Horza wysilał pamięć, ale nie zdołał sobie przypomnieć nazwy niezwykłych zwierząt. Pokręcił z niezadowoleniem głową, po czym szybkim krokiem wyszedł z sali. Bez trudu odszukał wejście do pomieszczeń przeznaczonych dla graczy. Przy podwójnych drzwiach w korytarzu głęboko w podziemiach stał milczący Ishlorsinam, wokół zgromadził się spory tłumek ludzi i maszyn. Niektórzy zadawali mu pytania, które jednak pozostawały bez odpowiedzi; większość była zajęta rozmowami. Horza kilka razy odetchnął głęboko i wymachując bezwartościową kartą płatniczą, zaczął torować sobie drogę przez tłum.
— Ochrona! Proszę się rozstąpić!
Zebrani głośno protestowali, ale schodzili mu z drogi. Horza dość szybko stanął przed wysokim Ishlorsinamem. Ze szczupłej twarzy o surowych, niemal ascetycznych rysach spoglądały na niego stalowo-szare oczy.
— Ej, ty! — Horza strzelił palcami. — Dokąd poszedł ten gracz? Wiesz, ten w jednoczęściowym kombinezonie, kasztanowe włosy…
Wysoki humanoid wyraźnie się zawahał.
— Nie wygłupiaj się! — warknął Metamorf. — Ścigam tego oszusta przez pół galaktyki. Wolałbym, żeby mi nie uciekł. Ishlorsinam podjął decyzję.
— Tam. — Oszczędnym ruchem głowy wskazał korytarz prowadzący do głównej bramy. — Właśnie wyszedł.
Jego głos przypominał skrzypienie dwóch pocieranych o siebie kawałków szkła. Horza skrzywił się odruchowo, ale prędko nad sobą zapanował i pobiegł we wskazanym kierunku.
W obszernym westybulu panował jeszcze większy ścisk. Strażnicy, samobieżne drony ochronne, goryle, kierowcy, piloci, policjanci, ludzie o zdesperowanych twarzach wymachujący kartami płatniczymi, handlarze miejscami na ostatnich odlatujących promach, znudzeni widzowie czekający na taksówkę, osowiali osobnicy w zszarganych ubraniach, nieliczni uśmiechnięci wybrańcy losu taszczący wypchane torby — wszyscy kłębili się w rozległej hali, przez którą musiał przejść każdy, kto chciał wydostać się z sali i dotrzeć na zewnątrz, pod rozgwieżdżone niebo przecięte jasną kreską orbitala. Horza nasunął kaptur głębiej na twarz i bez trudu przedarł się przez kordon strażników, którzy nawet teraz, w końcowej fazie gry i zaledwie kilka godzin przed zagładą Vavatcha, uparcie odmawiali nieuprawnionym wstępu na widownię. Ujrzawszy morze głów, kapturów, hełmów i najróżniejszych czapek zwątpił przez chwilę, czy zdoła odszukać Kraiklyna. Nagle zatoczył się, pchnięty mocno w plecy. Tuż obok, niemal go miażdżąc, przemaszerowało ośmiu umundurowanych czwronogów, niosąc na grzbietach lektykę z jakimś dostojnikiem. Chwilę potem po stopie Horzy przejechało gumowe koło.