Выбрать главу

— Życzy pan sobie narkotykowy koktajl? — zapytała samobieżna maszyna.

— Spierdalaj! — warknął Horza i szybkim krokiem podążył za lektyką, która bez trudu torowała sobie drogę przez tłum.

— Z przyjemnością, proszę pana. Ma być mocny, średni czy…? Horza z pewnym trudem dogonił orszak, ale kiedy znalazł się tuż za nim, mógł poruszać się prawie bez przeszkód. Kilkanaście sekund później był już przy wyjściu.

Z zaskoczeniem stwierdził, że na zewnątrz jest dość zimno. Kiedy, nieco zasapany, rozglądał się w poszukiwaniu Kraiklyna, z jego ust buchały kłęby pary. Przed budynkiem wcale nie było dużo luźniej niż w środku; ludzie handlowali biletami, włóczyli się bez celu, żebrali, kradli, gapili się w niebo albo wypatrywali czegoś na ulicy. Co jakiś czas z rykiem silników nadlatywały lub nadjeżdżały rozmaite maszyny, czekały, aż wsiądą pasażerowie, po czym ruszały w dalszą drogę. Mimo iż Horza wspinał się na palce i wyciągał szyję, ktoś albo coś wciąż zasłaniało mu widok. W pobliżu dostrzegł ochroniarza do wynajęcia — trzymetrowego olbrzyma w pękatym skafandrze, z szeroką bladą twarzą pozbawioną jakiegokolwiek wyrazu. Spod hełmu wystawały kosmyki rudych włosów.

— Wolny jesteś? — zapytał Horza, roztrącając gromadkę ludzi kibicujących walczącym owadom.

Olbrzym skinął głową i skierował na Metamorfa spojrzenie pustych oczu.

— W istocie — zadudnił potężnym głosem.

— Masz tu setkę. — Horza pospiesznie wepchnął monetę w ogromną rękawicę. Pieniążek wydawał się tam śmiesznie mały. — Weź mnie na ramiona. Szukam kogoś.

Olbrzym zastanawiał się przez kilka sekund.

— W porządku.

Podparł się laserową strzelbą i przyklęknął na jedno kolano. Ledwie Horza zdążył usiąść mu okrakiem na karku, wielkolud podniósł się, wynosząc go wysoko ponad tłum. Metamorf pospiesznie poprawił kaptur, po czym zaczął pilnie rozglądać się w poszukiwaniu postaci w jednoczęściowym kombinezonie, mimo iż zdawał sobie sprawę, że Kraiklyn miał dość czasu, żeby się przebrać, a poza tym mógł już wrócić na statek. Horze z każdą chwilą ogarniało coraz większe zwątpienie. Co prawda powtarzał sobie, że przecież nawet bez Kraiklyna może dostać się do portu i odszukać Specjalizowaną Jednostkę Kontaktową, na której pokładzie znajduje się „Wir Czystego Powietrza”, ale jego skurczony żołądek nie dawał się uspokoić. Wyglądało to tak, jakby atmosfera towarzysząca grze w zniszczenie oraz nastrój panujący na skazanym na zagładę orbitału wpłynęły niekorzystnie na działanie jego gruczołów wydzielania wewnętrznego. Naturalnie mógłby się skoncentrować i przywrócić porządek, ale teraz nie miał na to czasu. Musiał znaleźć Kraiklyna.

Początkowo najwięcej uwagi poświęcał ludziom czekającym na promy, lecz w porę przypomniał sobie, że Kraiklyn nie ma pieniędzy. Spostrzegł go, jak tylko skierował wzrok w przeciwną stronę. Dowódca „Wiru”, w szarym płaszczu zarzuconym na kombinezon, stał w rozkroku, z założonymi na piersi rękami, najwyżej trzydzieści metrów od niego, w kolejce oczekującej na taksówki i autobusy. Horza wychylił się jak najdalej do przodu i spojrzał olbrzymowi w oczy.

— Dzięki. Możesz już mnie postawić.

— Nie mam wydać reszty — zadudnił ochroniarz, wykonując polecenie. Głos był tak niski, że Horza poczuł drżenie w kościach.

— Nie szkodzi.

Zeskoczył, zanim olbrzym zdołał przyklęknąć. Lawirując między ludźmi i maszynami, zaczął przedzierać się w kierunku Kraiklyna. Zerknął na terminal przytroczony do przegubu lewej ręki; do zniszczenia orbitala zostały dwie i pół godziny. Horza przeciskał się, omijał, przepraszał, groził i wyprzedzał. Gdziekolwiek spojrzał, ludzie spoglądali na zegarki albo mikroterminale, do jego uszu zaś docierały zsyntezowane głosy czasomierzy podających godzinę oraz ludzkie, powtarzające to samo znacznie mniej obojętnym tonem. Wreszcie dotarł na miejsce. Trochę zdziwił go porządek panujący w kolejce, ale sprawa wyjaśniła się, kiedy zobaczył, że spokoju pilnują strażnicy w identycznych mundurach jak te, które nosili ich koledzy w sali. Kraiklyn zbliżał się do czoła kolejki, ale autobus, który przed chwilą zajechał, był już prawie pełen.

Horza oszacował, że w kolejce czeka kilkaset osób. Gdyby stanął na jej końcu, z pewnością nie zabrałby się z Kraiklynem. Zdesperowany, rozglądał się bezradnie dokoła, kiedy nagle ktoś wpadł na niego od tyłu i niemał jednocześnie za jego plecami wybuchło potworne zamieszanie. Horza odwrócił się w samą porę, by zobaczyć kobietę w masce na twarzy i obcisłej srebrzystej sukni, wywrzaskującą obelgi pod adresem drobnego mężczyzny o zdumionym wyrazie twarzy, ubranego jedynie w misternie splecione zwoje ciemnozielonego sznura albo włókna. Kobieta krzyczała coraz głośniej i uderzała na odlew obiema rękami, mężczyzna cofał się bez słowa, kręcąc głową. Ludzie przyglądali się z zainteresowaniem. Horza sprawdził, czy ma wszystko w kieszeniach, po czym znowu zaczął się rozglądać w poszukiwaniu jakiegoś środka transportu. Nad tłumem nisko przeleciał hałaśliwy statek powietrzny. Na ziemię posypały się ulotki w nieznanym Horzy języku.

— …Sorbole Oko… — dotarł do Herzy fragment rozmowy dwóch mężczyzn, którzy przecisnęli się obok niego. Niższy, o półprzeźroczystej skórze, mimo tłoku patrzył na ekran mikroterminala. Horza również zerknął tam odruchowo i zobaczył coś, co wprawiło go w zdumienie. Pospiesznie włączył swój terminal, ustawił właściwy kanał. Oglądał sfilmowany incydent, którego świadkiem był przed kilku godzinami: zamieszanie na sąsiednim tarasie, spowodowane zdemaskowaniem i aresztowaniem Sorbolego Oka. Horza zmarszczył brwi, zbliżył terminal do oczu.

Tak, to samo miejsce i to samo zdarzenie, oglądane niemal z identycznej odległości i pod takim samym kątem. Usiłował sobie przypomnieć, czy widział wtedy obok siebie kogoś filmującego incydent, ale na próżno. Chwilę potem obraz uległ zmianie; na ekranie pojawiły się jakieś zadziwiające istoty kibicujące grze, której uczestników widać było w tle.

Gdybym wtedy wstał, rozmyślał Horza, i przesunął się kilka kroków w bok…

Oczywiście. To ta kobieta.

Kobieta o białych włosach, na którą zwrócił uwagę nieco wcześniej, kiedy poprawiała diadem na czole. W trakcie wydarzeń, odtworzonych chwilę wcześniej na ekranie, stała obok jego fotela. To ona była Sorbolim Okiem. Kamera została najprawdopodobniej ukryta w diademie, człowiek zaś, którego wyprowadzono z widowni, został podstawiony w celu odwrócenia uwagi sił porządkowych. Horza uśmiechnął się, wyłączył terminal, po czym lekko potrząsnął głową, jakby dziwił się, że zaprząta sobie uwagę takimi głupstwami. Teraz przede wszystkim musiał znaleźć środek transportu. Ruszył przez tłum, torując sobie łokciami drogę i rozglądając się pilnie na wszystkie strony. W pewnej chwili mignęła mu kolejka, w której stał Kraiklyn, oraz sam dowódca „Wiru Czystego Powietrza”; opierał się o otwarte drzwi jakiegoś czerwonego naziemnego pojazdu i dyskutował podniesionym głosem z kierowcą oraz dwoma osobami z kolejki. Horzy zrobiło się niedobrze, oblał go zimny pot. W pierwszym odruchu chciał rzucić się na oślep przed siebie, ignorując ludzi tarasujących mu drogę, zrobił jednak coś przeciwnego: cofnął się, odczekał kilka sekund i dopiero potem zaczął ostrożnie podkradać się do zdobyczy. Kiedy od czoła kolejki dzieliło go zaledwie pięć metrów, dyskusja dobiegła końca; Kraiklyn wsiadł do taksówki razem z dwoma kolejkowiczami, drzwi zatrzasnęły się i samochód odjechał. Metamorf znowu poczuł pustkę w żołądku, zacisnął pięści. Jego wzrok padł na zamaskowaną kobietę. Co prawda miała teraz na sobie ciemnogranatowy płaszcz z obszernym kapturem, niemniej jednak spod kaptura wyślizgnął się kosmyk białych włosów. Przedarła się na skraj chodnika, gdzie czekał na nią wysoki mężczyzna. Objął ją ramieniem, po czym oboje skierowali się w głąb placu. Horza wsunął rękę do kieszeni, zacisnął palce na rękojeści pistoletu i podążył za parą. Chwilę potem z ciemności wyłonił się czarny jak noc poduszkowiec, z cichym pomrukiem silnika podpłynął do dwojga ludzi i zatrzymał się przy nich. Horza zaczekał, aż otworzą się boczne drzwi, a kiedy kobieta, która w rzeczywistości była Sorbolim Okiem, pochyliła się, by wejść do środka, błyskawicznie zrobił trzy kroki naprzód i znalazł się tuż za jej plecami.