Coś wyprysnęło z ciemności u dołu schodów, rąbnęło go w twarz, zaraz potem poczuł kolejne uderzenie, tym razem w tył głowy. Kiedy się ocknął, leżał na czymś twardym. Usiłował sobie przypomnieć, co się stało, ale zanim zdołał się skupić, poczuł gwałtowny podmuch wiatru i usłyszał muzykę zagłuszoną częściowo przez basowy ryk. Ktoś zdarł mu kaptur z głowy i zaświecił w twarz.
Ni to stęknięcie, ni westchnienie; taki odgłos mógł wydać tylko człowiek, który odsłonił czyjąś twarz i niespodziewanie ujrzał własną. (Kim jesteś?) Zanim otrząśnie się z szoku, co najmniej przez kilka sekund będzie zdekoncentrowany, może nawet prawie sparaliżowany. (Kim jestem?) Horza kopnął z całej siły prawą nogą, wyciągnął ręce, wczepił palce w materiał, pociągnął. Trafił w krocze, tamten przekoziołkował mu nad głową, w kierunku doku. Ułamek sekundy później Horza poczuł potworne szarpnięcie, kiedy jego przeciwnik przeleciał nad betonową krawędzią i runął w przepaść, pociągając go za sobą. Wszystko było niesamowicie wyraziste, wszystko odczuwał i postrzegał ze zdwojoną intensywnością: światło i cień, fałdy grubej tkaniny zaciśnięte w dłoni. Jak głęboki jest dok? Świst powietrza, narastający odgłos…
Podwójne zderzenie: najpierw z wodą, zaraz potem z czymś znacznie twardszym. Zimno, a do tego ból karku. Miotał się rozpaczliwie, ponieważ nie miał pojęcia, gdzie jest góra, a gdzie dół, na dodatek był wciąż półprzytomny po ciosie w głowę. Coś go nagle pociągnęło, więc uderzył na oślep, trafił w coś miękkiego, dźwignął się na nogi. Mocno pochylony do przodu, stał w wodzie głębokości około metra; otaczały go jaskrawe, migające światła i przeraźliwy hałas, w powietrzu wisiał drobniutki wodny pył. Ktoś uczepił się jego ubrania. Horza powtórzył cios. Mgliste opary rozstąpiły się na chwilę, odsłaniając ścianę doku kilka metrów w prawo od niego oraz oddalającą się powoli rufę potężnego poduszkowca. Gwałtowne uderzenie ciepłego powietrza pchnęło go do tyłu; stracił równowagę, runął do wody, zanurzył się razem z głową.
Tym razem podniósł się znacznie szybciej — na tyle szybko, żeby dostrzec przeciwnika brnącego za poduszkowcem. Chciał pobiec za nim, ale woda okazała się za głęboka; musiał brnąć jak tamten w koszmarnej parodii biegu, wychylony maksymalnie do przodu, w zwolnionym tempie podnosząc i opuszczając kolana. Pomagał sobie, wymachując rękami jak wiosłami. Kręciło mu się w głowie, plecy, twarz i kark paliły go żywym ogniem, widział wszystko jak przez mgłę, lecz mimo to kontynuował pościg. Przeciwnik ani myślał stanąć do walki; wszystko wskazywało na to, że zależy mu już tylko na ucieczce. Powietrze wydmuchiwane przez sunący powoli poduszkowiec ponownie rozegnało wodne opary, odsłaniając potężne gumowe fartuchy prawie trzymetrowej wysokości oraz rufę maszyny. Najpierw Kraiklyn, a zaraz potem Horza zostali pchnięci w tył przez cuchnący huraganowy podmuch. Woda stawała się coraz płytsza — na tyle płytka, że Horza teraz był już w stanie podnosić kolana nad powierzchnię, dzięki czemu zdołał znacznie przyspieszyć kroku. Zaraz potem hałas ponownie przybrał na sile, a widoczność zmalała do tego stopnia, że Metamorf stracił Kraiklyna z oczu. Jak tylko kolejny powiew rozwiał mgłę, Horza ujrzał poduszkowiec w całej okazałości; wielka maszyna dotarła już do suchej części doku. Betonowe ściany wznosiły się po obu stronach jak pionowe skalne urwiska. Kraiklyn chwiejnie wszedł na łagodnie wznoszącą się rampę, zatoczył się, odzyskał równowagę, po czym ruszył truchtem za oddalającą się maszyną. Horza przebrnął wreszcie przez wodę i pobiegł za postacią w mokrym szarym płaszczu.
Mężczyzna potknął się, runął na beton. Co prawda podparł się rękami, lecz ułamek sekundy później Horza wpadł na niego i obaj potoczyli się po betonowej powierzchni. Horza spróbował zadać cios w twarz, chybił, tamten rozpaczliwie wierzgnął, po czym znowu rzucił się do ucieczki, ale Horza złapał go za nogi, powalił, przewrócił na plecy i spojrzał mu w twarz. Tak, to był Kraiklyn. Bladą twarz wykrzywiał grymas przerażenia, słabo widoczny, coraz słabiej, ponieważ cień Horzy padał akurat na głowę Kraiklyna — cień coraz głębszy, jakby z tyłu zbliżały się silne światła i narastający ryk, już nie jakby, ale naprawdę… Kraiklyn wrzasnął przeraźliwie; wytrzeszczone oczy nie wpatrywały się w człowieka o jego twarzy, tylko w coś za nim, w górze. Horza odwrócił się gwałtownie.
Wprost na niego z hukiem i łoskotem sunęła monstrualna czarna masa; w górze oślepiającym blaskiem jarzyły się reflektory, z dołu tryskały fontanny wodnego pyłu. Zawyła syrena, zaraz potem kolos znalazł się nad Horzą. Metamorf poczuł się tak, jakby zwalił się na niego niewidzialny, potwornie wielki ciężar. Runął na Kraiklyna, a chwilę później zaczął się po nim przesuwać czyjś bezwzględny, twardy palec. Kolejny poduszkowiec, drugi w kolejce sięgającej daleko w morze. Ogromny paluch przejechał po nim od stóp do głowy, po czym Horza znalazł się w czarnej przestrzeni wypełnionej ogłuszającym hukiem i napierającym ze straszliwą siłą powietrzem. Znaleźli się pod fartuchem poduszkowca. Maszyna sunęła dostojnie nad nimi albo też — było za ciemno, żeby cokolwiek zobaczyć — zawisła nieruchomo, by niebawem osiąść na dnie doku i zmiażdżyć ich na placek. Jakby jeszcze mało było wszechobecnego bólu, w ogarniętej chaosem ciemności Horza otrzymał silny cios w bok głowy. Potoczył się po szorstkim betonie, oparł na łokciu i kopnął raptownie w kierunku, z którego padło uderzenie. Jego stopa trafiła w coś miękkiego. Poderwał się na nogi, ale nie wyprostował zupełnie, bo w porę przypomniał sobie o obracających się wirnikach. Spadający z góry huragan ciepłego, cuchnącego rozgrzanym olejem powietrza miotał nim jak maleńką łódką na falach wzburzonego oceanu. Czuł się jak marionetka, która wpadła w ręce pijanego lalkarza. Zatoczył się z wyciągniętymi do przodu ramionami, zderzył się z Kraiklynem, zadał na ślepo cios, a kiedy tamten osunął się na ziemię, zaczął młócić pięściami miejsce, w którym — jego zdaniem — powinna znajdować się głowa dowódcy „Wiru”. Jedno z uderzeń dosięgło, na wszelki wypadek odskoczył w bok, żeby nie nadziać się na kontrę. Potwornie bolały go uszy; co prawda już ogłuchł, ale odczuwał huk i łoskot całym sobą. Wciąż znajdowali się w ciemności, tym głębszej, że zewsząd otoczonej wąskim paskiem przyćmionego światła sączącego się pod fartuchem poduszkowca. W pewnej chwili jakiś kształt przesłonił fragment paska, więc Horza natychmiast rzucił się w tamtą stronę i kopnął na oślep. Czarny kształt osunął się na beton.
Jeszcze gwałtowniejszy podmuch zwalił go z nóg. Horza zderzył się z półprzytomnym Kraiklynem; dowódca „Wiru” uderzył go, ale cios był bardzo słaby. Metamorf wymacał, gdzie jest głowa Kraiklyna, chwycił go za włosy, uderzył o beton raz, drugi i trzeci. Kraiklyn próbował się bronić, lecz bezskutecznie. Pasek światła zbliżał się, stawał coraz szerszy. Horza jeszcze raz rąbnął głową przeciwnika o twarde podłoże, po czym rozpłaszczył się na betonie i wtulił twarz w jego porowatą powierzchnię. Fartuch z twardej gumy przesunął mu się po plecach z taką siłą, że zaniepokoił się o stan swoich żeber. Chwilę potem było po wszystkim.