Gigantyczny wehikuł oddalał się powoli, ciągnąc za sobą resztki całunu z wodnego pyłu. Kolejny poduszkowiec właśnie wsuwał się w paszczę doku. Kraiklyn leżał nieruchomo kilka kroków od Horzy. Metamorf podpełzł na czworakach do nieprzytomnego mężczyzny, uniósł mu powiekę; gałka oczna poruszyła się słabo.
— To ja, Horza! — ryknął co sił w płucach. — Horza!
Nie słyszał własnego głosu.
Zdesperowany, z grymasem frustracji na twarzy, która nie była jego twarzą, ale za to była ostatnią rzeczą, jaką prawdziwy Kraiklyn zobaczył przed śmiercią, chwycił oburącz za głowę przeciwnika i nagłym szarpnięciem skręcił mu kark, tak samo jak Zallinowi. Udało mu się odciągnąć ciało na bok w samą porę, żeby uniknąć spotkania z kolejnym poduszkowcem. Wybrzuszony gumowy fartuch przesunął się majestatycznie niecałe dwa metry od jego wyciągniętych nóg. Horza siedział obok trupa, oparty plecami o wilgotną betonową ścianę, gapił się bezmyślnie na ogromny pojazd i łapał powietrze szeroko otwartymi ustami.
Rozebrał nieboszczyka, ściągnął podartą bluzę i zakrwawione spodnie, po czym włożył ubranie Kraiklyna. Zabrał mu też sygnet, który dowódca „Wiru Czystego Powietrza” nosił na najmniejszym palcu prawej ręki, i przystąpił do zdzierania sobie skóry z prawej dłoni. Poszło mu to trudniej i zajęło więcej czasu, niż przypuszczał — być może ze względu na zmęczenie oraz przenikliwe zimno. Przycisnął warstwę sztucznej skóry do bezwładnej dłoni Kraiklyna, odczekał chwilę, naciągnął ją niczym rękawiczkę, a potem powtórzył tę samą operację z drugą ręką.
Uporał się z zadaniem dopiero wtedy, kiedy niemal wszyscy pasażerowie opuścili już trzy ogromne poduszkowce, które zacumowały w głębi doku, jakieś pół kilometra od Horzy. Zataczając się, dotarł do metalowej drabinki przytwierdzonej do ściany i z najwyższym trudem wygramolił się na górę.
Dość długo leżał przy krawędzi doku, łapiąc ciężko powietrze. Wreszcie wstał, wspiął się po spiralnych schodkach na stalowy mostek, przeszedł na drugą stronę doku, bardziej spadł, niż zszedł na dół, po czym wkroczył do owalnego, rzęsiście oświetlonego budynku. Na jego widok rozbawieni pasażerowie poduszkowców ucichli i skupili się bliżej drzwi szybu, którymi kursowały kapsuły zwożące ludzi do położonego pięćset metrów pod ich stopami portu kosmicznego. Horza niewiele słyszał — wciąż był głuchy — ale bez trudu dostrzegał podejrzliwe spojrzenia, jakimi obrzucano jego posiniaczoną, zakrwawioną twarz i przemoczone ubranie.
Wreszcie przyjechała winda. Oczekujący rzucili się do niej ławą, ale i Horza, posuwając się ostrożnie przy ścianie, zdołał dostać się do środka. Zachwiał się i potknął, lecz ktoś podtrzymał go w ostatniej chwili; podziękował skinieniem głowy. Gwar docierał do niego jako niskie, niezrozumiałe dudnienie. Na wszelki wypadek uśmiechnął się i jeszcze kilka razy pokiwał głową. Winda ruszyła w dół. Spodnia strona orbitala powitała ich panoramą czegoś, co wyglądało jak rozgwieżdżone niebo, a okazało się poznaczonym niezliczonymi punkcikami świetlnymi największym statkiem kosmicznym, jaki Horza w życiu widział i o jakim kiedykolwiek słyszał. Ponad wszelką wątpliwość była to zdemilitaryzowana jednostka Kultury „Granica Pomysłowości”. Ani trochę nie obchodziło go, jak nazywa się to monstrum; zależało mu wyłącznie na tym, żeby dostać się na pokład i odszukać „Wir Czystego Powietrza”.
Winda znieruchomiała w przezroczystej rurze bezpośrednio nad kulistą halą odpraw, zawieszoną w próżni sto metrów od orbitala. We wszystkich kierunkach rozchodziły się od niej ciągi komunikacyjne, wiodące ku odkrytym i hermetyzowanym dokom portu. Wszystkie drzwi i wrota krytych doków, gdzie można było dokonywać wszelkich prac przy statkach w warunkach pełnej grawitacji i przy standardowym ciśnieniu, stały otworem, a w otwartych dokach nie został ani jeden statek. Ich miejsce zajmowała gigantyczna „Granica Pomysłowości” — tak wielka, że musiała zacumować bezpośrednio pod halą, w całym porcie bowiem nie było wystarczająco dużego doku, który zdołałby ją przyjąć. Jej płaski kadłub ciągnął się kilometrami w każdą stronę, niemal całkowicie zasłaniając widok na kosmos i gwiazdy. Jakby dla wynagrodzenia obserwatorom tej straty, na czarnym jak noc kadłubie, połączonym z orbitalem mnóstwem szybów, lin, rur, przewodów i tymczasowych krytych chodników, płonęły tysiące różnobarwnych, drobnych jak gwiazdy światełek.
Jak tylko Horza w pełni uświadomił sobie rozmiary statku, natychmiast ponownie zakręciło mu się w głowie. Jeszcze nigdy nie widział z bliska Specjalizowanej Jednostki Kontaktowej, a co dopiero mówić o wejściu na pokład… Oczywiście wiedział o nich prawie wszystko, lecz dopiero teraz był w stanie ocenić, czym naprawdę były. Ta, którą miał przed sobą, teoretycznie nie stanowiła już części Kultury — została zdemilitaryzowana, pozbawiona większości wyposażenia, a przede wszystkim zabrano jej Umysł albo Umysły, które kiedyś nią kierowały, ale nawet to, co pozostało, wywierało niesamowite wrażenie. Specjalizowane Jednostki Kontaktowe przypominały zamknięte światy; były czymś znacznie więcej niż tylko gigantycznymi okrętami wojennymi — były habitatami, uniwersytetami, fabrykami, muzeami, stoczniami, bibliotekami, ruchomymi galeriami. Reprezentowały Kulturę i były Kulturą. Niemal wszystko, co potrafiła Kultura, dałoby się wykonać również na pokładzie Specjalizowanej Jednostki Kontaktowej, ponieważ zgromadzono tam całą wiedzę Kultury oraz informacje o jej wszystkich sukcesach i porażkach. SJK pełniły także funkcję kosmicznych stoczni; dawniej wytwarzały sporo mniejsze Wszechstronne Jednostki Kontaktowe, obecnie zaś okręty bojowe. Liczebność ich załóg szła w miliony; nowe pokolenia nie tylko uzupełniały braki w obsadzie statku macierzystego, ale również zaludniały nowo budowane jednostki. Samowystarczalne, niezależne, stale dokonujące wymiany informacji (przynajmniej w czasie pokoju), SJK były ambasadorami Kultury, najłatwiej dostrzegalnymi dowodami jej potęgi i zarazem jej najstraszliwszym orężem. Nikt nie musiał podróżować przez pół galaktyki na którąś z planet Kultury, żeby podziwiać jej wielkość i technologiczne wyrafinowanie; wystarczyło obejrzeć którąkolwiek Specjalizowaną Jednostkę Kontaktową.
Horza wmieszał się w pstrokato ubrany tłum wypełniający halę. Tu i ówdzie widać było umundurowanych strażników, ale nikogo nie zatrzymywali ani nie legitymowali. Horza czuł się trochę tak, jakby był tylko pasażerem w swoim ciele albo jakby pijany lalkarz, który niedawno kierował jego ruchami, otrzeźwiał trochę i z większą precyzją prowadził go przez tłum w kierunku następnej windy. Potrząsnął głową, by pozbyć się nieprzyjemnego wrażenia, lecz dało to tylko ten rezultat, że nagły atak bólu mało nie powalił go na podłogę. Przy okazji stwierdził, że z wolną mu wraca słuch.
Zaczął wycierać dłonie o ubranie, by pozbyć się fałszywej skóry.
Płaty przezroczystego tworzywa spadały na podłogę jak zeschłe liście. Druga winda zawiozła go do wnętrza statku. Współpasażerowie rozeszli się we wszystkie strony szerokimi korytarzami o ścianach i podłodze utrzymanych w pastelowych barwach, Horza został sam przy szybie windy. Niemal natychmiast podleciała do niego drona; wielkością i kształtem prawie nie różniła się od plecaka mieszczącego standardowy układ podtrzymywania funkcji życiowych. Metamorf przyjrzał się jej nieufnie.