Выбрать главу

— Przepraszam, czy dobrze się czujesz? — zapytała maszyna energicznym, przyjaznym tonem. Horza ledwo ją usłyszał.

— Zabłądziłem — odpowiedział znacznie głośniej, niż było trzeba. — Zabłądziłem — powtórzył ciszej.

Zdawał sobie sprawę, że przedstawia niezwykły widok: chwiał się na nogach, woda wciąż kapała z przemoczonego płaszcza i wsiąkała w tworzywo, którym była wyłożona podłoga.

— A czego szukasz? — zapytała drona.

— Statku o nazwie… — w ostatniej chwili przypomniał sobie, że nie może powiedzieć prawdy — …”Kłamstwo Łgarza”.

— Obawiam się, że na pokładzie „Granicy Pomysłowości” nie ma takiej jednostki — odparła drona po niespełna sekundzie. — Może przycumował w którymś z doków portu.

— To stary okręt desantowy Hronów — brnął dalej Horza, rozglądając się w poszukiwaniu czegoś, na czym mógłby usiąść. Przy ścianie dostrzegł kilka foteli. Drona podążyła za nim, a kiedy usiadł, zawisła w powietrzu na wysokości jego oczu. — Ma około stu metrów długości — ciągnął. W gruncie rzeczy było mu wszystko jedno, czy ta gra do czegokolwiek go doprowadzi. — Zdaje się, że naprawiał uszkodzony napęd gwiezdny.

— Chyba wiem, o co ci chodzi — odparła drona. — Statek, którego szukasz, jest całkiem blisko. Co prawda nie wiem, jak się nazywa, ale dokładnie pasuje do opisu. Trafisz sam, czy mam cię zaprowadzić?

— Nie wiem, czy dam radę — powiedział Horza zgodnie z prawdą.

— Zaczekaj chwilę. — Maszynka przez kilka sekund wisiała bez ruchu w powietrzu, po czym przemówiła ponownie: — W takim razie idź za mną. Niedaleko stąd mamy szyb antygrawitacyjny. Wskazała kierunek mglistym, ukierunkowanym polem, które wyemitowała z górnej części obudowy, a następnie ruszyła przodem. Horza z trudem dźwignął się z fotela i podążył za nią. Opuścili się szybem dwa poziomy niżej, do rozległego pomieszczenia, gdzie — dla potomności, jak wyjaśniła drona — zgromadzono kilkanaście egzemplarzy rozmaitych pływających, latających i jeżdżących pojazdów, z których korzystali mieszkańcy orbitala. Na „Granicę Pomysłowości” załadowano również jeden z megastatków; umieszczono go w głównej ładowni, ponad trzynaście kilometrów niżej, na samym spodzie SJK. Horza nie wiedział, czy drona mówi prawdę, czy fantazjuje.

Z hangaru weszli w długi korytarz, który zaprowadził ich do cylindra wysokości około sześciu metrów i średnicy trzech. Jak tylko znaleźli się w środku, drzwi zasunęły się bezgłośnie, cylinder zaś przetoczył się na bok i został wessany do pogrążonego w ciemności tunelu. Wnętrze cylindra było oświetlone łagodnym blaskiem. Drona wyjaśniła, że pojazd jest pozbawiony okien ze względu na dobro pasażerów; większość z nich nie była przyzwyczajona ani do podróżowania z takimi prędkościami w ciasnej, ograniczonej niemal ze wszystkich stron przestrzeni, ani tym bardziej do gwałtownych zmian kierunku, zupełnie nieodczuwalnych, ale doskonale widocznych — naturalnie pod warunkiem że istniały jakieś punkty odniesienia. Horza natychmiast opadł na jeden z rozłożystych foteli, lecz nie dane mu było zaznać długiego odpoczynku.

— Jesteśmy na miejscu — oznajmiła drona. — Dok 7492, poziom wewnętrzny S-10, strona prawa. Do zobaczenia.

Drzwi rozsunęły się, Horza zaś podziękował maszynie skinieniem głowy i wyszedł w korytarz o prostych, przezroczystych ścianach. Kapsuła znikła tak szybko, że prawie tego nie zauważył. Spojrzał w prawo… i ujrzał ogromną, ciągnącą się kilometrami przestrzeń przykrytą z góry dachem. Odległość do sklepienia była tak wielka, że tuż pod nim uformowało się kilka rozmazanych chmurek. Tu i ówdzie poruszały się niewielkie pojazdy. Kilka kilometrów od niego zaczynały się hangary: setki, tysiące hangarów, rząd za rzędem, poziom nad poziomem. Hangary, doki czy stanowiska cumownicze — jakkolwiek je zwać, było ich takie mnóstwo, że Horzy po raz kolejny zakręciło się w głowie. Jego umysł przez dłuższą chwilę odmawiał zaakceptowania tego, co widziały oczy; Horza zacisnął powieki, lecz kiedy je rozwarł, zobaczył to samo co przedtem. Pojazdy lądowały i startowały, światła zapalały się i gasły, a w pewnej chwili niemal tuż przed Metamorfem przemknęło coś wielkiego — statek kosmiczny długości co najmniej trzystu metrów. Statek minął korytarz, w którym stał Horza, majestatycznie skręcił w lewo, po czym wpłynął do innego, rzęsiście oświetlonego korytarza kilkaset metrów w górę i na prawo. Tam, skąd nadleciał, znajdowała się ściana, pozornie gładka i jednolita. Dopiero kiedy Horza przetarł oczy i wytężył wzrok, dostrzegł na niej tysiące świetlnych punkcików rozmaitego kształtu i wielkości: okna, balkony oraz bramy albo wrota wiodące ku niezliczonym pomieszczeniom. Na tle ściany co chwila przemykały większe i mniejsze statki kosmiczne, między jasnymi punkcikami śmigały kapsuły transportowe.

Horza miał dosyć. Bał się, że jeszcze chwila, a po prostu zemdleje, ogłuszony nadmiarem wrażeń. Spojrzał w bok, z ulgą dostrzegł rampę pod grubą rurą, którą przyjechała kapsuła, i zataczając się ruszył do rozkosznie małego, zaledwie dwustumetrowego doku. Łzy napłynęły mu do oczu. Wiekowy statek stał na trzech krótkich podporach niemal dokładnie pośrodku doku. Na podłodze walało się sporo części i narzędzi. W doku nie było żywej duszy. „Wir Czystego Powietrza” sprawiał wrażenie mocno sfatygowanego, ale, przynajmniej na pierwszy rzut oka, w niczym nie przypominał martwego wraka. Remont albo jeszcze trwał, albo nawet się nie rozpoczął. Klapa głównej śluzy była opuszczona na gładką białą podłogę hangaru; dopiero kiedy Horza podszedł bliżej, zauważył wąską drabinkę wiodącą do jasno oświetlonej śluzy. Na jego przegubie wylądował jakiś owad, ale wystarczyło machnięcie ręką, żeby odleciał. Jakie to nieporządne ze strony Kultury, przemknęło mu przez głowę; żeby po Specjalizowanej Jednostce Kontaktowej jakby nigdy nic latały owady! Zaraz jednak przypomniał sobie, iż, przynajmniej oficjalnie, „Granica Pomysłowości” nie była już własnością Kultury. Pomału, z wysiłkiem wdrapał się po drabinie. Przeszkadzał mu w tym nie tylko ciężki, przesiąknięty wodą płaszcz, ale również chlupocząco-mlaszczące odgłosy dobiegające z butów.

Śluza pachniała znajomo, chociaż bez promu, który zazwyczaj zajmował większość miejsca, wydawała się zaskakująco przestronna. Tutaj też nikogo nie było. Wspiął się po schodkach do części mieszkalnej i ruszył korytarzem w kierunku mesy, zastanawiając się, kto ocalał, a kto zginął, jakie uszkodzenia odniósł statek i jakie zmiany wprowadzono w jego wyposażeniu. Minęły zaledwie trzy dni, on jednak czuł się tak, jakby nie było go tu co najmniej trzy lata. Kiedy mijał kajutę Yalson, drzwi otworzyły się gwałtownie i w otworze pojawiła się jasnowłosa kobieta. Na jej twarzy malował się wyraz radosnego zdumienia, który jednak znikł natychmiast, gdy tylko zobaczyła Metamorfa. Horza uświadomił sobie, że popełnił poważny błąd; co prawda wyglądał jak Kraiklyn, ale nie naśladował jego sposobu poruszania się; Yalson, usłyszawszy kroki, wzięła go nie za swego dowódcę, lecz za kochanka.

Znikła w kajucie, by po chwili pojawić się ponownie, otulona cienkim szlafrokiem.

— Co się z tobą działo, do diabła? — zapytała, mierząc go badawczym spojrzeniem.

Horza pospiesznie ukrył za plecami okaleczoną rękę.

— A jak myślisz? — warknął. Głos brzmiał jak należy. — Napadli mnie, i tyle.

Przez kilka sekund mierzyli się wzrokiem.

— Jeśli trzeba ci pomóc… — zaczęła, lecz Horza pokręcił głową.

— Dam sobie radę.

Przez twarz Yalson przemknął blady uśmiech.