— Wierzę ci. — Wskazała kciukiem w stronę mesy. — Twój nowy nabytek już przytaszczył swoje rzeczy. Czeka tam na ciebie, ale myślę, że gdyby zobaczyła cię w takim stanie, zastanowiłaby się jeszcze raz, czy warto do nas przystać.
Horza nie odpowiedział, więc wzruszyła ramionami, odwróciła się i pomaszerowała korytarzem w kierunku sterowni. — Nasz wspaniały dowódca — rzuciła przez ramię, mijając mesę. Horza zawahał się przy drzwiach kajuty Kraiklyna, ale ciekawość zwyciężyła; przeszedł jeszcze kilka kroków, po czym wetknął głowę do jadalni.
Przy końcu stołu, z nogami na stojącym naprzeciwko krześle, siedziała kobieta. Na włączonym ściennym ekranie stado ruchliwych holowników i latających dźwigów podnosiło z wody monstrualne cielsko megastatku. Sądząc po wyglądzie, niektóre z nich liczyły sobie co najmniej kilkaset lat. Kobieta jeszcze przez chwilę wpatrywała się w ekran, po czym, mimo iż Horza nie odezwał się ani słowem, odwróciła się i spojrzała mu w oczy.
Była szczupła, wysoka i bardzo blada, lecz jednocześnie sprawiała wrażenie bardzo silnej. Kiedy ujrzała wychyloną zza futryny, zmasakrowaną twarz, w jej ciemnych, głęboko osadzonych oczach zamigotały ogniki zaskoczenia i niepokoju. Miała na sobie lekki skafander i czerwoną opaskę na krótko ostrzyżonych rudych włosach. Hełm leżał przed nią na stole.
— Kapitanie Kraiklyn! — wykrztusiła ze zdumieniem i zdjęła nogi z krzesła. — Co się stało?
Horza otworzył usta, ale gardło miał tak wyschnięte, że nie zdołał wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Nie wierzył własnym oczom. Bezgłośnie poruszał ustami, na próżno usiłując zwilżyć je suchym jak wiór językiem. Kobieta zaczęła się podnosić, ale powstrzymał ją gestem. Usiadła powoli, a on wreszcie zdołał wycharczeć:
— Nic… Nic mi nie jest. Zobaczymy się później. Odepchnął się od futryny, chwiejnym krokiem dotarł do drzwi kajuty, otworzył je pierścieniem Kraiklyna i niemal wpadł do środka. Zupełnie oszołomiony zablokował drzwi, przez chwilę wpatrywał się nie widzącym spojrzeniem w koję, po czym ciężko usiadł na podłodze. Zdawał sobie sprawę, że nie doszedł całkiem do siebie po niedawnych przejściach, że słabo widzi i jeszcze gorzej słyszy. Zdawał sobie sprawę, że to, co zobaczył, nie może być prawdą, a jeśli nią jest, to czekały go nieliche kłopoty. Mimo to był pewien, że się nie myli — tak samo jak wtedy, kiedy natychmiast rozpoznał Kraiklyna wśród graczy wkraczających na arenę.
Widok kobiety siedzącej jakby nigdy nic przy stole w mesie „Wiru Czystego Powietrza” wstrząsnął nim tak bardzo, że nie był w stanie zebrać myśli. Co powinien teraz zrobić? Jak zareagować? Nie miał pojęcia. Szok był zbyt silny; obraz, który ujrzał wychyliwszy głowę zza futryny, wciąż nie chciał zniknąć mu sprzed oczu. W mesie siedziała Perosteck Balveda.
8. Granica Pomysłowości
Może to klon, myślał Horza. A może zbieg okoliczności. Siedział na podłodze kajuty Kraiklyna — teraz była to jego kajuta — ze wzrokiem utkwionym w drzwi ściennej szafy. Zdawał sobie sprawę, że powinien coś zrobić, ale nie miał pojęcia co. Jego umysł nie był w stanie przyjąć i zaabsorbować więcej wstrząsów. Horza musiał trochę posiedzieć i zastanowić się nad wszystkim.
Usiłował sobie wmówić, że tylko mu się przywidziało, że to nie była ona, że ogarnia go paranoja spowodowana zmęczeniem, dezorientacją i ciągłym napięciem. Niestety, w głębi duszy wiedział, że zobaczył Balvedę — co prawda zewnętrznie na tyle odmienioną, że tylko ktoś zaprzyjaźniony albo Metamorf potrafiliby ją rozpoznać. To na pewno ona, żywa, w znakomitej formie i najprawdopodobniej uzbrojona po zęby. Wstał jak automat z podłogi, zrzucił przemoczone ubranie, po czym wyszedł z kajuty i udał się do łaźni, gdzie zostawił ubranie do wyschnięcia, a sam dokładnie się umył. Po powrocie do kajuty włożył szlafrok, a następnie zaczął metodycznie przeszukiwać małe pomieszczenie. Wreszcie znalazł miniaturowy rejestrator, usiadł na koi i włączył odtwarzanie.
— …eee… i Yalson też — rozległ się lekko zniekształcony głos Kraiklyna. — Zdaje się, że jest blisko z tym… Horzą jak mu tam… Gobuchulem. Była dość… dość gwałtowna, a poza tym ostatnio brakowało jej trochę… to znaczy, nie mogłem na niej polegać. Muszę z nią porozmawiać poważnie, ale na razie, dopóki trwa remont, to chyba nie ma sensu. Zobaczymy, jak zareaguje, kiedy orbital szlag trafi, a my polecimy dalej.
Teraz… Teraz ta nowa, Gravant. Jest w porządku, chociaż odnoszę wrażenie, że potrzebuje trochę… to znaczy, że trzeba ją ustawić, pokazać, co to znaczy dyscyplina. Wątpię, by były z nią jakieś kłopoty, chyba że Yalson… Trochę się niepokoję, jak zareaguje, ale… Nie, chyba wszystko będzie w porządku, chociaż z kobietami nigdy nic nie wiadomo. Podoba mi się, ma klasę, i kto wie, może w przyszłości… może w przyszłości będzie z niej dobry numer drugi, naturalnie pod warunkiem że się dostosuje.
Cholera, przydałoby mi się więcej ludzi. Hm… Ostatnio nie wszystko dobrze szło, ale to wina… Zawiedli mnie, i tyle. Najbardziej Jandraligeli. Muszę się zastanowić, co z nim począć, bo na dobrą sprawę… tak, po prostu zdradził mnie, i tyle. Każdy przyzna mi rację. Chyba powinienem pogadać z Ghalsselem, oczywiście jeśli zjawi się na orbitalu. Naprawdę nie wydaje mi się, żeby Jandraligeli mógł mi się jeszcze na coś przydać. Powiem to wprost Ghalsselowi, bo przecież obaj… eee… robimy w tym samym fachu, więc… No, na pewno mnie wysłucha, bo przecież kto jak kto, ale on wie, na czym polega odpowiedzialność dowódcy.
Zaraz po grze poszukam nowych członków załogi. „Granica” nie wystartuje przecież od razu, a zresztą mogę rozejrzeć się i później, na pokładzie na pewno będzie mnóstwo ludzi bez zajęcia. Aha, żebym nie zapomniał o tym promie. Jestem pewien, że uda mi się jeszcze zbić cenę. Oczywiście, to będzie zupełnie bez znaczenia, jeśli wygram… — Kraiklyn roześmiał się z goryczą — …bo wtedy stanę się niesamowicie bogaty… — kolejny rechot — …i będę mógł olać całe to dziadostwo. Sprzedam „Wir”… albo nawet dam komuś w prezencie, wycofam się z interesów i… Zobaczymy, jak to będzie”.
Głos ucichł. Horza wyłączył rejestrator, odłożył go na miejsce, przez chwilę w zamyśleniu obracał pierścień na palcu, po czym rozebrał się i założył jego — jego! — skafander. Skafander natychmiast zaczął coś mówić, ale Horza uciszył go krótkim poleceniem. Następnie przyjrzał się swemu odbiciu w błyszczącej powierzchni drzwiczek, wyprostował się, upewnił, że pistolet plazmowy jest naładowany i gotowy do użycia, zepchnął zmęczenie i ból w najdalszy zakamarek umysłu, odgrodził go starannie, wreszcie wyszedł z kajuty i skierował się do mesy. W długim pomieszczeniu zastał tylko Yalson oraz kobietę, która, wedle jego najgłębszego przekonania, była Balvedą. Siedziały przy końcu stołu pod wyłączonym ekranem. Jak tylko wszedł, spojrzały na niego, on zaś zajął miejsce trzy albo cztery krzesła od Yalson.
— Wybieramy się dokądś? — zapytała, przyglądając mu się badawczo.
— Być może. — Horza skoncentrował uwagę na drugiej kobiecie. — Przykro mi, panno Gravant — powiedział z uprzejmym uśmiechem — ale po ponownym przemyśleniu sprawy muszę zmienić swoją decyzję. Niestety, na pokładzie „Wiru Czystego Powietrza” nie ma dla pani miejsca. Mam nadzieję, że nie weźmie mi pani tego za złe. Uśmiechnął się jeszcze serdeczniej, położył ręce na stole i splótł palce. Balveda — im dłużej jej się przyglądał, tym bardziej był pewien, że to ona — wyglądała na zdruzgotaną; z otwartymi ustami przenosiła bezradne spojrzenie z Horzy na Yalson i z powrotem. Yalson wpatrywała się w niego przenikliwym wzrokiem.