— Ale… — wykrztusiła wreszcie Balveda, lecz Yalson nie dopuściła jej do głosu.
— Co ty wygadujesz, do cholery? Nie możesz tak po prostu…
— Chodzi o to — wpadł jej w słowo Horza — że zamierzam nieco ograniczyć liczebność załogi, ponieważ…
— Co takiego?! — wrzasnęła Yalson i rąbnęła w stół otwartą dłonią. — Przecież zostało nas tylko sześcioro! Chyba zdajesz sobie sprawę, że… — Zawiesiła głos, zmrużyła oczy, przez kilka sekund wpatrywała się w jego twarz i dokończyła znacznie ciszej: — A może… może uśmiechnęło się do nas szczęście i nie chcemy dzielić się zyskiem z dodatkowymi osobami?
Horza zerknął na nią z ukosa, przeniósł spojrzenie z powrotem na Balvedę.
— Nie, ale właśnie ponownie wziąłem na pokład jednego z dawnych członków załogi. Miejsce, które przeznaczyłem dla panny Gravant, jest już zajęte.
— Jandraligeli zgodził się wrócić? — zapytała z niedowierzaniem Yalson. — Po tym, co od ciebie usłyszał?
Horza pokręcił głową.
— Nie, moja droga. Gdybyś mi ciągle nie przerywała, dowiedziałabyś się znacznie wcześniej, że spotkałem w Evanauth naszego starego przyjaciela pana Gobuchula i namówiłem go, żeby do nas przystał ponownie.
— Horza? — Głos Yalson zadrżał wyraźnie, jej oczy rozszerzyły się, przez twarz przemknął trudny do określenia grymas. Bogowie, pomyślał Metamorf, czy to musi aż tak boleć? — Więc on żyje? Jesteś pewien, że to był on?
Uważnie obserwował obie kobiety. Yalson utkwiła płonące spojrzenie w jego twarzy, oparła łokcie na stole i, cała napięta, pochyliła się do przodu. Jej smukłe ciało wyglądało jak wyrzeźbione z kawałka twardego drewna, złocisty meszek na ciemnej skórze lśnił słonecznym blaskiem. Balveda miała niepewną minę, przygryzała dolną wargę i marszczyła brwi.
— Nie mówiłbym o tym, gdybym miał jakieś wątpliwości — zapewnił dziewczynę. — Horza żyje, czuje się dobrze i jest całkiem blisko. — Zerknął na mikrokomunikator w mankiecie skafandra. — Jesteśmy umówieni w głównej hali portu tuż przed odlotem „Granicy Pomysłowości”. Miał jeszcze do załatwienia parę spraw w mieście. Prosił, żebym ci przekazał, że… eee… Ma nadzieję, że ciągle na niego stawiasz. — Wzruszył ramionami. — Albo coś w tym rodzaju.
— A więc to prawda! — wykrzyknęła radośnie Yalson. Potrząsnęła głową, przesunęła ręką po włosach, kilka razy uderzyła lekko w stół. — A niech mnie… — mruknęła wreszcie, odchyliła się do tyłu na krześle, wzruszyła ramionami i zapatrzyła przed siebie nieruchomym spojrzeniem.
— Jak sama widzisz, Gravant, nie jesteś potrzebna — zwrócił się Horza do Balvedy.
Agentka Kultury otworzyła usta, ale zanim zdążyła odpowiedzieć, odezwała się Yalson, która otrząsnęła się z chwilowego zamyślenia, odchrząknęła i powiedziała cicho:
— Pozwól jej zostać, Kraiklyn. Co to za różnica, jedna osoba mniej czy więcej…
— Różnica polega na tym, że to ja jestem dowódcą tego statku — odparł Horza.
Uczynił wszystko, żeby zabrzmiało to jak najbardziej po Kraiklynowemu, i chyba mu się udało, ponieważ Yalson odwróciła się do Balvedy, bezradnie rozłożyła ręce i opuściła wzrok. Starała się nie uśmiechać, ale i tak aż promieniała radością. Balveda wstała z krzesła.
— Cóż, kapitanie… Pan wie najlepiej, co robić. Wezmę swoje rzeczy. Wyszła z mesy. Zanim jej kroki ucichły w korytarzu, rozległy się nowe i po chwili do pomieszczenia wmaszerowali Dorolow, Wubslin i Aviger, wszyscy w odświętnych strojach i znakomitych humorach.
— Nasz dowódca! — wykrzyknął Aviger, stary pirat, i uśmiechnął się szeroko. Dorolow położyła rękę na jego ramieniu, Wubslin zaś potoczył dokoła rozmarzonym spojrzeniem. Raczej nie był zupełnie trzeźwy. — Widzę, że trochę wojowałeś — dodał Aviger, przyglądając się twarzy Horzy, na której, mimo wysiłków Metamorfa zmierzających do przyspieszenia procesu gojenia, wciąż było wyraźnie widać ślady niedawnej walki.
— Co Gravant przeskrobała? — zapytała Dorolow wysokim, niemal piskliwym głosem.
— Nic takiego. — Horza uśmiechnął się do piratów. — Po prostu uznałem, że jej nie potrzebujemy, ponieważ udało mi się wskrzesić Horze Gobuchula.
— Horze? — powtórzył Wubslin, po czym szeroko otworzył usta ze zdumienia, Dorolow zaś spojrzała na Yalson z wyrazem twarzy, który miał znaczyć: „Czy to prawda?” Yalson tylko wzruszyła ramionami i nadal wpatrywała się z nadzieją i radością, ale trochę podejrzliwie, w człowieka, którego brała za Kraiklyna.
— Dołączy do nas tuż przed odlotem „Granicy Pomysłowości” — dodał Horza. — Został w mieście, żeby załatwić kilka spraw. Zdaje się, że to coś niezbyt legalnego. — Uśmiechnął się protekcjonalnie, tak jak często czynił Kraiklyn. — Wcale mnie to nie dziwi.
— Ejże! — wymamrotał Wubslin, kołysząc się lekko na nogach. — Zdaje się, że pewien typek szukał Horzy! Chyba powinniśmy go ostrzec.
— Jaki typek? Gdzie?
Aviger machnął lekceważąco ręką.
— Coś mu się przywidziało. Za dużo wypił.
— Wcale nie! — zaprotestował Wubslin. — Powiadam wam, pytał o niego jakiś typek. Była z nim drona, nieduże gówno. — Pokazał rękami. — O, najwyżej takie.
— Gdzie to było? — pytał cierpliwie Horza. — I dlaczego myślisz, że ktoś szuka Horzy?
— Zaraz przy rurze próżniowej — wyjaśnił Aviger, uprzedzając znacznie obszerniejszą wypowiedź Wubslina:
— Mówię ci, wyskoczył z kapsuły, jakby od razu chciał się na kogoś rzucić. Wyglądał mi na gliniarza.
— Co z Mippem? — zapytała Dorolow. — Czy Horza mówił coś o Mippie? — powtórzyła, nie doczekawszy się odpowiedzi. Metamorf ocknął się z zamyślenia.
— O Mippie? Nie. — Pokręcił głową. — Mippowi się nie udało.
— A niech to… — mruknęła kobieta.
— Czy jesteście pewni, że ktoś szuka jednego z naszych? — zwrócił się Horza do Avigera i Wubslina.
Główny mechanik z powagą pokiwał głową.
— Jak cholera. Jakiś podejrzany typek z małą, paskudną droną. Horza nagle przypomniał sobie owada, który na chwilę przysiadł na jego ręce. Kultura wytwarzała złożone, inteligentne maszyny nawet tej wielkości.
— Hm… — mruknął z zastanowieniem. Spojrzał na Yalson. — Dopilnuj, żeby Gravant jak najszybciej zeszła ze statku. — Wstał, przepuścił Yalson, po czym spojrzał na Wubslina, w milczeniu wskazał mu oczami sterownię, a do Avigera i Dorolow szepnął: — Wy zostańcie tutaj.
Podążył za Wubslinem do sterowni, wskazał mu jego miejsce i sam zasiadł w fotelu pilota. Wubslin westchnął ciężko, ale bez słowa sprzeciwu wykonał polecenie. Horza zaczął od zamknięcia drzwi, potem zaś zajął się błyskawicznym przypominaniem sobie wszystkiego, czego nauczył się o procedurach startowych podczas kilku początkowych tygodni pobytu na pokładzie „Wiru”. Kiedy wyciągnął rękę do przełącznika kanałów łączności, coś poruszyło się na podłodze przy jego stopach. Zastygł w bezruchu.
Wubslin spojrzał w dół, schylił się z wysiłkiem i wetknął głowę pod pulpit. Horza poczuł ostrą woń alkoholu.
— Co, jeszcze nie skończyłaś? — usłyszał stłumiony głos mechanika.
— Musiałam przerwać, bo posłali mnie w inne miejsce, i dopiero co wróciłam — poskarżył się sztuczny, piskliwy głosik. Horza odchylił się do tyłu i zajrzał pod konsolę. Nieduża drona, co najmniej o jedną trzecią mniejsza od tej, która doprowadziła go do doku, wyplątywała się z kłębowiska przewodów sterczących z otwartej szafki.