Pierwsza pojawiła się drona. Mknęła na wysokości oczu, z wściekłością biorąc zakręty.
— Kapitanie! — wykrzyknęła na jego widok. — Muszę stanowczo zaprotestować! To niedopuszczalne…
Horza otworzył kopnięciem drzwi najbliższej kajuty, wepchnął tam dronę i zanim zdążyła wygłosić kolejny protest, zatrzasnął je z hukiem. Ze schodów wiodących do hangaru dobiegały coraz wyraźniejsze głosy. Zablokował klamkę łokciem i oparł się o drzwi; uczynił to w samą porę, bo chwilę później poczuł szarpnięcie, a zaraz potem jeszcze jedno, znacznie silniejsze.
— To oburzające! — zawyła drona.
U szczytu schodów pojawiła się Yalson. Horza uśmiechnął się, ale w tej samej chwili drzwi aż się zatrzęsły od potężnego uderzenia.
— Żądam, aby mnie stąd natychmiast wypuszczono!
— O co chodzi, Kraiklyn?
Yalson zbliżała się korytarzem. Balvedzie, która niosła przewieszony przez ramię worek z rzeczami, zostały jeszcze do pokonania dwa stopnie.
— Ostrzegam, że wkrótce mogę stracić cierpliwość!
Drzwi zadygotały ponownie.
Za plecami Yalson rozległo się przeraźliwe elektroniczne zawodzenie, które szybko zamieniło się w szum wypełniony trzaskami i gwizdami. Odgłosy dobiegały z worka Balvedy. Dźwięki były tak przenikliwe, że Dorolow aż podskoczyła w mesie, a Yalson odwróciła się gwałtownie. Jeszcze zanim ucichły piski i pogwizdywania — przypuszczalnie była to transmisja skomasowanych danych — Horza już sadził ogromnymi susami z wyciągniętym do przodu paralizatorem. Balveda rzuciła worek na podłogę i sięgnęła błyskawicznie do kieszeni (ruch był tak szybki, że Metamorf z trudem go zarejestrował). Horza odbił się z prawej nogi, przeleciał dwa albo trzy metry w powietrzu, uderzył Yalson w bok, cisnął ją na ścianę i zanim runął na podłogę, nacisnął spust. Oboje upadli niemal jednocześnie.
Yalson z trudem utrzymała równowagę. Horza przez sekundę leżał nieruchomo i obserwował Balvedę, po czym zerwał się na nogi, podbiegł, przyjrzał się uważnie jej twarzy, uniósł powiekę, a następnie starannie wycelował paralizator w głowę i ponownie nacisnął spust. Ciało nieprzytomnej kobiety wyprężyło się, ręce i nogi zadygotały, głowa odchyliła się na bok, z na pól otwartych ust pociekła ślina.
— Zwariowałeś?! — wrzasnęła Yalson.
Horza odwrócił się na pięcie.
— Ona nie nazywa się Gravant, tylko Perosteck Balveda i jest agentką Sekcji Specjalnej Służby Kontaktu. Na wypadek gdybyś nie wiedziała, informuję cię, że to oznacza wywiad wojskowy. — Yalson przywarła plecami do ściany przy wejściu do mesy i wpatrywała się w niego oczami szeroko otwartymi z przerażenia. Horza powoli ruszył w jej stronę, a ona jeszcze bardziej przycisnęła się do ściany. Był niemal pewien, że uderzy go, jeśli zrobi jeszcze krok naprzód, więc zatrzymał się, wyłączył paralizator i podał jej broń rękojeścią naprzód. — Jeżeli mi nie uwierzysz, najprawdopodobniej wszyscy zginiemy. — Zawahała się, ale w końcu wzięła od niego paralizator. — Mówię poważnie. Sprawdź, czy nie ma broni, a potem zawlecz ją do mesy, posadź w fotelu i przypnij pasami, ale najpierw skrępuj ręce i nogi. Sama też się przypnij. Znikamy stąd. Później wszystko ci wyjaśnię. Ruszył w kierunku sterowni, ale po dwóch krokach zatrzymał się, odwrócił i spojrzał jej w oczy.
— Aha, jeszcze jedno: ustaw paralizator na pełną moc i co jakiś czas strzelaj jej w głowę. Agenci Kultury to cholernie twarde sztuki. Przeszedł najwyżej trzy metry, kiedy usłyszał pstryknięcie odbezpieczanej broni.
— Kraiklyn!
Znieruchomiał, po czym odwrócił się powoli. Trzymała paralizator oburącz i mierzyła między jego oczy. Westchnął głośno i pokręcił głową.
— Nie rób tego.
— Co z Horzą?
— Jest bezpieczny, daję ci słowo, ale jeśli zostaniemy tu choć chwilę dłużej, zginie razem z nami. Także wtedy, jeżeli ona odzyska przytomność nawet na pięć sekund.
Odwrócił się na pięcie i wszedł do mesy. W tyle głowy i na plecach czuł nieprzyjemne mrowienie, ale nic się nie stało. Dorolow podniosła głowę ze stołu.
— Co to za hałasy? — zapytała sennym głosem.
— Jakie hałasy? — zdziwił się Horza i poszedł do sterowni. Yalson nie spuszczała go z oka. Przechodząc przez mesę, zamienił kilka słów z Dorolow, a potem znikł w sterowni. Powoli opuściła broń; wydala jej się nienaturalnie ciężka. Przez parę sekund z namysłem przyglądała się odbezpieczonemu paralizatorowi i wyszeptała:
— Coś mi się wydaje, moja droga, że chwilami przesadzasz z tą lojalnością.
Drzwi jednej z kajut uchyliły się odrobinę.
— Czy już po wszystkim? — zapytał nieśmiały głosik. Yalson podeszła szybkim krokiem, szarpnęła za klamkę i zajrzała do środka. Na jej widok drona cofnęła się w najdalszy kąt.
— Wyłaź stąd, ty zardzewiały skrzypiący wraku, i pomóż mi przenieść ją do mesy!
— Obudź się!
Horza kopnął Wubslina w kostkę. Aviger siedział w trzecim fotelu, z niepokojem obserwował wskazania instrumentów. Wubslin podskoczył i rozejrzał się niepewnie.
— Że co? — wymamrotał. — Przecież nie śpię. Tylko przymknąłem na chwilę oczy.
Naciśnięciem klawisza Horza wysunął spod konsolety przyrządy służące do ręcznego sterowania „Wirem”. Na ich widok Aviger skulił się w fotelu.
— Aż tak mocno dostałeś w głowę? — zapytał dowódcę. Horza uśmiechnął się i odblokował mechanizm uruchamiający silniki jądrowe statku. Spróbował ponownie nawiązać łączność z kontrolą lotów — bez rezultatu. W doku wciąż panowały ciemności, ciśnienie na zewnątrz „Wiru” wynosiło zero. Wubslin marudził coś pod nosem, sprawdzając działanie wewnętrznego monitoringu.
— Wiesz co? — powiedział Horza, nie patrząc na Avigera. — Wydaje mi się, że powinieneś zapiąć pasy.
— Po co? Przecież nigdzie nie polecimy. Nie możemy ruszyć się stąd aż do przybycia holownika. Chyba mam rację, prawda?
— Jasne, że masz rację — odparł Horza. Ustawił parametry działania silników jądrowych, po czym włączył automatyczne sterowanie wysięgnikami. Dopiero teraz odwrócił się do Avigera. — Mam do ciebie prośbę: weź worek z rzeczami naszej nowej koleżanki, zanieś go do hangaru i wrzuć do mikrośluzy.
— Wydawało mi się, że jej nie przyjąłeś?
— Dobrze ci się wydawało, ale zanim zdążyła opuścić pokład, ktoś wypompował powietrze z doku. Teraz bardzo zależy mi na tym, żebyś zabrał jej worek i wszystko, co do niej należało, zaniósł to na dół do hangaru i wsadził do mikrośluzy.
Aviger powoli wstał z fotela, wpatrując się w Horze z niepewnym, bolesnym grymasem na twarzy.
— W porządku.
Przy drzwiach zatrzymał się jeszcze.
— Kraiklyn, czy mogę wiedzieć, dlaczego tak ci na tym zależy?
— W worku prawie na pewno jest silny ładunek wybuchowy. A teraz zrób, o co cię proszę, dobrze?
Aviger skinął głową, skrzywił się jeszcze boleśniej, po czym wyszedł ze sterowni. Jak tylko zamknęły się za nim drzwi, Horza ponownie skoncentrował uwagę na tablicy przyrządów. Wszystko było już prawie gotowe. Wubslin wciąż mamrotał coś pod nosem i nie zapiął porządnie pasów, ale wyglądało na to, że mimo dręczącej go czkawki oraz częstych przerw na drapanie się po piersi i głowie, robi co do niego należy. Teraz nadeszła najtrudniejsza chwila. Horza wcisnął przycisk identyfikacji, odchrząknął i powiedział:
— Tu Kraiklyn.
— Identyfikacja pozytywna — padła natychmiastowa odpowiedź. Najchętniej pokrzyczałby trochę z radości albo chociaż opadł na fotel i odetchnął z ulgą, ale po pierwsze — nie miał na to czasu, a po drugie — nie chciał wzbudzać podejrzeń Wubslina ani tym bardziej komputera pokładowego; niektóre maszyny były uczulone na oznaki nadmiernej ulgi lub radości po pozytywnej identyfikacji. W związku z tym jakby nigdy nic zajął się przygotowywaniem silników jądrowych do rozruchu.