Выбрать главу

— Kapitanie! — Mała drona naprawcza wpadła do sterowni, błyskawicznie wytraciła prędkość i zawisła w powietrzu. — Jeżeli natychmiast nie wypuścisz mnie z tego statku i nie zameldujesz kontroli lotów o wydarzeniach, które się tu rozegrały, to…

— To co? — zapytał uprzejmie Horza, obserwując wskaźniki temperatury silników. — Nikt ci nie broni wyjść na zewnątrz. Ostrzegam cię jednak, że agenci Kultury otworzą do ciebie ogień, jak tylko pojawisz się w doku.

— Agenci Kultury? — powtórzyła z przekąsem maszyna. — Kapitanie, chyba nikt cię nie poinformował, że twój statek znajduje się we wnętrzu zdemilitaryzowanej Specjalizowanej Jednostki Kontaktowej, która tymczasowo pozostaje pod rozkazami cywilnych władz orbitala Vavatch, zgodnie z postanowieniami układu zawartego między Idirianami i Kulturą, które to postanowienia…

— Ty kretynko! W takim razie kto wyłączył światło i wypompował powietrze?

Zerknął z ukosa na dronę, ale natychmiast ponownie skoncentrował uwagę na wskazaniach przyrządów. Najbardziej interesował go obraz na ekranie dziobowego radaru, pokazującego wnętrze gigantycznego statku za gładką ścianą doku.

— Nie mam pojęcia, ale wątpię, żeby zrobili to agenci Kultury — odparła drona. — Na kogo, twoim zdaniem, mieliby polować? Na ciebie?

— A jeśli tak?

Spojrzał na holograficzny plan wnętrza SJK, powiększył rejon doku 27492, po czym wyłączył ekran. Drona milczała przez kilka sekund i powoli ruszyła w kierunku drzwi.

— No to ładnie. Pięknie. Wspaniale. Jestem uwięziona w latającym zabytku, którym dowodzi wariat dotknięty ciężkimi urojeniami. Chyba rozejrzę się za jakimś bezpieczniejszym miejscem.

— Proszę bardzo! — krzyknął za nią Horza i połączył się z hangarem. — Aviger, jesteś tam?

— Tak. Już to zrobiłem.

— Świetnie. Wracaj do mesy, siadaj i zapnij pasy.

Wyłączył interkom.

Wubslin rozprostował kości, podrapał się po głowie, rzucił jeszcze jedno spojrzenie na rzędy ekranów i wskaźników.

— Nie mam pojęcia, co zamierzasz — zwrócił się do Horzy — ale i tak nigdy nie będziemy bardziej gotowi niż teraz, żeby to zrobić. Ukradkiem poprawił pasy. Horza uśmiechnął się do niego; miał nadzieję, że sprawia wrażenie spokojnego i pewnego siebie, choć naprawdę było mu do tego daleko. Uprząż przy fotelu pilota zapinała się automatycznie; wystarczyło dotknąć przycisku, żeby pasy oplotły jego ciało i przycisnęły do miękkiej tapicerki. Dodatkowo chroniło go także odkształcalne pole siłowe. Metamorf włączył wszystkie zabezpieczenia i nasunął na głowę hełm, który natychmiast zahermetyzował się z lekkim świstem.

— O mój Boże… — wyszeptał Wubslin. Szeroko otwartymi oczami wpatrywał się w główny ekran, na którym widać było gładką ścianę doku numer 27492. — Mam nadzieję, że nie myślisz o tym, o czym ja teraz myślę.

Horza nie odpowiedział, tylko połączył się z mesą.

— Wszystko w porządku?

— Właściwie tak, ale…

Przerwał połączenie, nie czekając, aż Yalson dokończy zdanie. Oblizał spierzchnięte wargi, zacisnął ręce na sterach, nabrał pełne płuca powietrza, po czym przerzucił kciukiem czerwony wyłącznik rozruchu silników jądrowych.

— Boże, ty naprawdę… — zdążył wykrztusić Wubslin, zanim potworny ryk zagłuszył jego słowa.

Ekran zamigotał, przygasł, znowu rozbłysnął. Tylną ścianę doku oświetlił blask trzech plazmowych strumieni wystrzelających spod kadłuba. Zwielokrotniony huk gromu wypełnił sterownię i rozbiegł się po statku, wprawiając w rezonans jego elementy konstrukcyjne. Dysze dwóch silników skierowały się ku dołowi; strumienie płynnego ognia uderzyły w podłogę, stopiły lub porozrzucały na boki pozostawione tam narzędzia, uniosły statek kilkanaście centymetrów nad posadzkę, by niemal natychmiast pozwolić mu opaść z powrotem. Dziobowy silnik, znacznie słabszy, ale o dużo bardziej skupionym strumieniu, ział najjaśniejszym ogniem. „Wir Czystego Powietrza” drżał niecierpliwie, niczym spięte do skoku zwierzę, jęcząc, poskrzypując i przenosząc ciężar z jednej płomienistej nogi na drugą. Na głównym ekranie rozgrywał się zapierający dech w piersi spektakl płomieni, cienia i dymu, którego coraz bardziej gęste kłęby stopniowo zasłaniały widok. Horza zachodził w głowę, jakim cudem podłoga, ściany i sufit wytrzymują piekielnie wysoką temperaturę. Nie mógł czekać dłużej, więc jeszcze bardziej zwiększył moc silników i jednocześnie uruchomił laser dziobowy.

Ekran eksplodował ogniem. Ściana przed statkiem otworzyła się niczym rozkwitający kwiat na filmie odtwarzanym w przyspieszonym tempie; ogromne metalowe płatki wychyliły się ku statkowi, a powietrze, które wdarło się do otwartego w tak gwałtowny sposób pomieszczenia, porwało ze sobą setki drobniejszych szczątków i odłamków. W tej samej chwili „Wir” na dobre oderwał się od podłoża. Wskaźniki obciążenia podpór pokazały same zera i zaraz potem zgasły, jak tylko rozgrzane do czerwoności podpory schowały się do kadłuba. Awaryjne systemy chłodzenia podwozia bezzwłocznie przystąpiły do pracy. Statek zakołysał się, przechylił nieco w lewo, wyrównał, po czym dla odmiany zaczął powoli przesuwać się w prawo. Widoczność z każdą sekundą stawała się coraz lepsza.

Horza ustabilizował statek i zwiększył ciąg tylnych silników, kierując jednocześnie ich dysze na wrota doku. Co prawda rozgrzały się do białości, ale nie stopiły się ani nie rozpadły na kawałki, więc choć Horza najchętniej uciekłby właśnie tamtędy, nie pozostało mu nic innego, jak wybrać znacznie trudniejszą, bardziej niebezpieczną drogę przez ścianę.

„Wir Czystego Powietrza” zadygotał i powoli ruszył naprzód. Niemal natychmiast Horza zorientował się, że otwór jest zbyt mały. Położył drżący palec na regulatorze skupienia promienia lasera dziobowego, ustawił go na maksimum i po raz kolejny uruchomił laser. Powyginane metalowe płatki rozjarzyły się oślepiającą bielą; „Wir” wsunął dziób do sąsiedniego doku, a następnie przecisnął się tam cały. Horza w napięciu czekał na łoskot zderzenia, ale nic się nie stało, statek majestatycznie sunął nad zgromadzonymi w pomieszczeniu promami orbitalnymi; plazmowe płomienie lizały ich kadłuby, topiły części wykonane z mniej odpornych materiałów, druzgotały wsporniki, osmalały usterzenie.

Wubslin skulił się na fotelu, podciągnął kolana do piersi, osłonił ramionami głowę i zza tej zasłony wpatrywał się w ekran wytrzeszczonymi oczami. Jego twarz przypominała maskę wyrażającą strach i niedowierzanie. Kiedy Horza odwrócił się do niego i uśmiechnął, mechanik zaskrzeczał nie swoim głosem:

— Uważaj!

„Wir” dygotał i zataczał się na trzech kolumnach plazmy. W relatywnie niewielkiej przestrzeni doku turbulencje były tak silne, że Horza miał spore problemy z utrzymaniem stabilności statku. Kolejna ściana zbliżała się znacznie szybciej, niżby sobie życzył; zwiększył skupienie promienia lasera i nacisnął spust, jednocześnie obracając nieco statek wokół pionowej osi. Ściana eksplodowała oślepiającym blaskiem, a kilka zaparkowanych przy niej promów wybuchło jak fajerwerki. Chwilę potem ściana zaczęła się rozpadać, ale rozpędzony „Wir Czystego Powietrza” zbliżał się zbyt szybko. Horza rozpaczliwie usiłował go powstrzymać — na próżno. Na ułamek sekundy przed tym, jak dziób statku rąbnął w środek ściany, z gardła Wubslina wydobył się zwierzęcy skowyt. Obraz na ekranie zadrżał, dziób skierował się w dół, statek zadygotał gwałtownie… i już byli w następnym, zupełnie pustym doku. Horza ponownie zwiększył ciąg, strzelił parę razy do kolejnej ściany… po czym wybałuszył z niedowierzaniem oczy, ta bowiem, zamiast rozpaść się na niezliczone fragmenty albo otworzyć przed nimi jak gigantyczny kwiat, natychmiast runęła w ich stronę, pchana wrzącym kłębowiskiem milionów ton wody wymieszanej z parą.