Выбрать главу

Horza usłyszał swój krzyk, bez namysłu dał pełną moc i otworzył ogień ciągły z dziobowej baterii laserów.

Statek skoczył naprzód, przemknął nad spienioną powierzchnią wody, uderzył w nią strumieniami plazmy i para błyskawicznie poczęła wypełniać niewielki dok. Wskaźnik ciśnienia zewnętrznego pędził w górę tak szybko, że z trudem dało się nadążyć za nim wzrokiem. Dwie albo trzy sekundy później, z hukiem dorównującym chyba temu, jaki towarzyszył stworzeniu świata, kolejna ściana została rozsadzona na niezliczone fragmenty, a z chmury szczątków niczym pocisk wystrzelił „Wir Czystego Powietrza”.

Ciągnąc za sobą smugi plazmowego ognia, błyskawicznie wyprzedził czoło fali uderzeniowej i pognał wypełnionym powietrzem szybem wzdłuż pozamykanych na głucho wrót doków i pokładów mieszkalnych. Towarzyszył mu piekielny ryk trzech rzygających ogniem gardeł, za sobą zaś pozostawiał grubą krechę dymu i pary wodnej. Woda ulegała szybkiemu skraplaniu i spadała w postaci gęstego deszczu. Statek wykonywał gwałtowne manewry, z każdą sekundą coraz bardziej zbliżając się do końca gigantycznego szybu. Nagle wszystkie trzy silniki zakrztusiły się i zgasły, a „Wir” zaczął spadać. Horza rozpaczliwie walił w przyciski, lecz silniki milczały. Przez główny ekran przemknęła ściana szybu, zaraz potem wypełniły go kłęby pary, chwilę później znowu pojawił się szereg wrót. Wpadli w korkociąg. Walcząc ze sterami, Horza rzucił rozpaczliwe spojrzenie na Wubslina; mechanik tkwił w fotelu jak sparaliżowany, ze szklistym spojrzeniem utkwionym w konsolecie.

— Wubslin! — wrzasnął Horza.

Silniki plazmowe wciąż nie działały.

Wubslin ocknął się, jakby dopiero teraz uświadomił sobie, że spadają, i rzucił się do przyrządów.

— Prowadź go jak samolot! Spróbuję coś zrobić, ale chyba przegrzałeś silniki!

Horza wciąż zmagał się ze sterami, a Wubslin bezskutecznie usiłował włączyć napęd. Na ekranie trwał szaleńczy taniec ścian i kłębów pary; za każdym obrotem warstwa chmur pod nimi — naprawdę pod nimi — była coraz bliżej, płaska, buroszara i śmiertelnie nieruchoma. Niespodziewanie ożył silnik dziobowy. Nagłe szarpnięcie skierowało statek w bok, ku jednej ze ścian szybu. Horza natychmiast wyłączył silnik, a następnie, stosując się do rady Wubslina, pokierował „Wirem” jak szybowcem, wycelował dziób w dół i pozwolił maszynie nabrać prędkości. Chmury pędziły im na spotkanie w zastraszającym tempie. Horza zamknął oczy i wcisnął do oporu klawisz dziobowego lasera.

„Granica Pomysłowości” składała się z trzech prawie całkowicie niezależnych poziomów. Każdy miał ponad trzy kilometry wysokości, każdy też był hermetycznie zamknięty; gdyby stanowiły całość, różnica ciśnień między spodem statku a jego najwyższymi rejonami byłaby taka sama jak między poziomem morza na planecie a wierzchołkami gór sięgających troposfery. Jednak nawet trzy i pół tysiąca metrów, dzielące „podłogę” każdego poziomu od jego „dachu”, nie było błahostką i nikt przy zdrowych zmysłach nie przebywał tej odległości podczas jednej, trwającej zaledwie kilka chwil podróży szybem grawitacyjnym. Kolejne subpoziomy różniły się ciśnieniem, oddzielały je zaś pola siłowe zaprogramowane w ten sposób, że zatrzymywały pojedynczych ludzi, ale nie stanowiły żadnej przeszkody dla maszyn latających. Właśnie w kierunku granicy między subpoziomami, widocznej dzięki nagromadzeniu chmur, spadał „Wir Czystego Powietrza”. Horza nic o tym nie wiedział, ale przed katastrofą uchronił ich nie ciągły ogień prowadzony przez dziobową baterię laserów, lecz główny komputer orbitala, który na czas pobytu „Granicy Wyobraźni” na Vavatchu przejął kontrolę nad gigantyczną SJK. To on otworzył okno w polu siłowym, kierując się zupełnie fałszywym przekonaniem, że lepiej przepuścić obiekt o tak znacznej masie, niż dopuścić, żeby się roztrzaskał we wnętrzu Specjalizowanej Jednostki Kontaktowej. „Wir” z impetem wpadł w rozrzedzone powietrze pod sklepieniem niższego subpoziomu, zabierając ze sobą sporą porcję kipiących, rozszerzających się błyskawicznie chmur. Otworzywszy oczy, Horza z ulgą zobaczył, że znowu mają przed sobą mnóstwo przestrzeni oraz że wszystkie trzy silniki wykazują pełną gotowość do działania. Uruchomił oba tylne i skierował dziób statku ku górze; odległa podłoga wkrótce znikła mu z oczu, pojawiła się natomiast kolejna pionowa ściana z mnóstwem wrót prowadzących do doków i poziomów mieszkalnych, tyle że wrota te były znacznie większe, a nieliczne pojazdy, które manewrowały w ich pobliżu, były pełnowymiarowymi statkami kosmicznymi. Horza nie odrywał wzroku od ekranu, pilotując „Wir Czystego Powietrza” jak zwykły samolot. Lecieli z dość dużą prędkością korytarzem kilometrowej średnicy, jakieś tysiąc pięćset metrów poniżej pułapu chmur. Tym samym korytarzem dostojnie sunęły statki kosmiczne rozmaitych kształtów i wielkości; nieliczne były otoczone własnymi polami antygrawitacyjnymi, większość korzystała z pomocy lekkich holowników. Mknący na złamanie karku, pchany dwiema kolumnami płynnego ognia wystrzelającymi z rykiem z rozpalonych komór plazmowych „Wir” był jedynym elementem zakłócającym spokój i lekko senną atmosferę. Niebawem pojawiła się przed nimi kolejna ściana. Horza zerknął na boczne ekrany, po czym wprowadził statek w szeroki skręt w lewo, kierując go jednocześnie w dół, gdzie było więcej miejsca. Przemknęli nad kliprem holowanym w kierunku odległego doku; potężny transportowiec zakołysał się gwałtownie, kiedy trafiła w niego fala rozgrzanego powietrza. Horza zacieśnił zakręt. Daleko przed dziobem pokazała się gromada maleńkich czarnych punkcików, jakby roztańczony rój owadów. Za tą ażurową zasłoną, w odległości pięciu albo sześciu kilometrów, ział prostokąt czerni o powierzchni co najmniej tysiąca metrów kwadratowych, ograniczony wstęgami pulsującego białego światła. Główna brama „Granicy Pomysłowości”. Powinni tam dotrzeć lada chwila. Horza westchnął z ulgą i rozluźnił napięte mięśnie. Prawie się udało. Może jednak zdołają nie tylko wymknąć się ze Specjalizowanej Jednostki Kontaktowej, ale także opuścić orbital. Wycelował dziób statku w środek czarnego prostokąta i zwiększył moc silników. Mimo sporego przeciążenia Wubslin gwałtownie wyprostował się w fotelu i dotknął kilku przycisków na konsolecie. Na jednym z mniejszych monitorów pojawił się powiększony fragment obrazu widocznego na głównym ekranie.

— To ludzie!

Horza zmarszczył brwi.

— Co ty wygadujesz?

— To ludzie w uprzężach AG! Lecimy prosto na nich! Metamorf zerknął na mniejszy ekran; mechanik miał rację. Czarny rój składał się z ludzkich sylwetek, szybujących niespiesznie w skafandrach, a nawet zwykłych ubraniach. Były ich tysiące. Odległość zmniejszała się błyskawicznie: tysiąc sto metrów, tysiąc, dziewięćset… Wubslin zupełnie stracił głowę: wymachiwał wściekle rękami i co sił w płucach wrzeszczał do ludzi na ekranie, jakby ci mogli go usłyszeć:

— Z drogi! Odsuńcie się! Zróbcie miejsce!

Horza nie widział sposobu na ominięcie rojowiska. Bez względu na to, co ci ludzie robili — mogli uczestniczyć w jakiejś zorganizowanej grze albo po prostu zażywali bezgrawitacyjnego spaceru — było ich zbyt wielu i zajmowali zbyt dużą przestrzeń.