Выбрать главу

— Kurwa mać! — zaklął i przygotował się do wyłączenia silników. Przy odrobinie szczęścia powinni przemknąć rozpędem przez zgromadzenie; co prawda oznaczałoby to śmierć kilku, może nawet kilkunastu osób, ale nie paru setek lub tysięcy.

— Nie! — ryknął przeraźliwie Wubslin.

Rozpiął pasy i dał ogromnego susa ku sterom. Horza usiłował go odepchnąć, ale mechanik nabrał zbyt dużego rozpędu, wyrwał mu stery z rąk, „Wir” wykonał gwałtowny skręt, z głównego ekranu zniknął czarny prostokąt, pojawiła się natomiast ściana z rzęsiście oświetlonymi wrotami doków. Horza dopiero teraz zdołał rąbnąć mechanika łokciem w głowę; Wubslin runął na podłogę jak nieżywy, Metamorf natomiast chwycił stery, ale było już za późno na jakikolwiek manewr, więc tylko wycelował dziób statku w szeroko ziejący otwór najbliższego doku. „Wir Czystego Powietrza” wpadł w otwarte na oścież wrota i, zionąc ogniem z dysz wylotowych, przemknął nad szkieletem budowanego — lub remontowanego — statku. Jeżeli któryś z robotników, zaskoczony nagłym pojawieniem się intruza, odruchowo spojrzał w jego kierunku i nie miał na oczach ochronnych okularów, musiał stracić wzrok od jaskrawego blasku plazmy wyrzucanej przez dysze silników.

Horza starał się łagodnie wytracać prędkość. Na szczęście wewnętrzne wrota łączące dok z sąsiednim były otwarte, podobnie jak następne i jeszcze następne. Przemykał zaledwie kilkanaście metrów nad kadłubami statków w różnych fazach remontu bądź budowy. Nie miał pojęcia, co czeka go u kresu szaleńczego lotu, wiedział natomiast, że będzie musiał zmieścić się w wąskiej przestrzeni między sklepieniem trzeciego doku a wierzchołkiem kadłuba wyjątkowo dużej maszyny, niemal całkowicie wypełniającej bardzo przecież obszerne pomieszczenie. Przy tej prędkości nie miał na to najmniejszych szans, skierował więc wyloty obu silników ku przodowi. Przy krawędziach głównego ekranu pojawiły się oślepiająco białe smugi, „Wir” zahamował gwałtownie, bezwładne ciało Wubslina wbiło się w wąską przestrzeń pod konsoletą. Horza wyczekał do ostatniej chwili i gwałtownie poderwał nos statku.

„Wir Czystego Powietrza” przemknął metr, może dwa nad pękatym kadłubem, opadł po drugiej stronie i, wciąż hamując, przeleciał przez kolejny, już czwarty dok. Niestety, następny korytarz był znacznie węższy od poprzedniego; Horza mógł tylko skierować dziób statku w dół i uruchomić laser. Przez ułamek sekundy widział mknącą im na spotkanie podłogę korytarza, zaraz potem jej miejsce zajął wypełniony ogniem i dymem chaos, z którego wystrzeliwały we wszystkie strony potrzaskane, zgruchotane i nadtopione szczątki. Horza liczył na to, że po drugiej stronie czeka na nich pusta, otwarta przestrzeń, lecz jego nadzieje spełzły na niczym. Znaleźli się w głównym doku „Granicy Wyobraźni”.

„Wir” spadał jeszcze przez jakiś czas, zanim Horzy udało się wreszcie wyrównać. Znajdowali się w największym pomieszczeniu Specjalizowanej Jednostki Kontaktowej, gdzie umieszczono megastatek — ten sam, którego podnoszenia za pomocą co najmniej setki mniejszych jednostek Horza był niedawno świadkiem. Przynajmniej miał dość czasu, żeby rozejrzeć się dokoła. Megastatek spoczywał na dnie doku i z tej wysokości wyglądał jak spore miasto zbudowane na wąskiej, ale długiej sztabie. „Wir Czystego Powietrza” przemknął nad rufą megastatku, ominął śruby o średnicy kilkudziesięciu metrów, wzniósł się nad monstrualne żurawie, pod które podczepiono niewielki stateczek wycieczkowy, czekający na powrót wody, przeleciał nad wieżami, nadbudówkami i masztami, nad tępym dziobem i znalazł się jakieś dwa kilometry od wrót tego największego z doków. Co prawda były zamknięte, ale Horza tylko wzruszył ramionami i od niechcenia włączył laser. Do takich sytuacji powoli się już przyzwyczajał.

Automatyczny celownik naprowadził baterię na niewielki otwór technologiczny; kiedy Metamorf nacisnął spust, krawędzie otworu zapłonęły jaskrawą czerwienią, potem bielą, a następnie zaczęły się powoli rozsuwać. Niebawem dziura stała się na tyle duża, że uciekające powietrze utworzyło wydłużony lej przyssany do niej węższym końcem. „Wir” wpadł w ten lej i obracał się wokół podłużnej osi powoli, coraz prędzej, a potem pstryk! — i był już na zewnątrz. Wystrzelił w kosmiczną pustkę razem z bąblem powietrza, otoczony chmurą lodowych kryształków. Pole siłowe strzegące wejścia do głównego doku zamknęło się zaraz za jego rufą. Przez kadłub przebiegło delikatne drżenie, kiedy silniki plazmowe zaczerpnęły powietrza z wewnętrznych zbiorników. Horza właśnie zamierzał je wyłączyć i zająć się uruchamianiem napędu gwiezdnego, kiedy niespodziewanie ożyły głośniki w zagłówku fotela.

— Tu policja portu Evanauth. W porządku, sukinsynu: trzymaj ten kurs i natychmiast zacznij zwalniać. Powtarzam: tu policja portu Evanauth. Wytracaj prędkość, rozumiesz?

Horza szarpnął sterami i gwałtownie nabierając szybkości skierował „Wir” nad rufę „Granicy Wyobraźni”, a następnie wycelował dziób statku w labirynt opustoszałych doków, nabrzeży, śluz, magazynów i przepompowni portu. Wubslin, który właśnie przytomniał i pojękiwał cicho, po raz kolejny przejechał po podłodze i z impetem rąbnął w tylną ścianę sterowni. Statek wciąż powoli obracał się wokół podłużnej osi; Horza skorygował lot dopiero u szczytu pętli, kiedy wyprowadził maszynę ze stromego „wznoszenia”.

— Ej, piracie! — ryknął głośnik. — To ostatnie ostrzeżenie! Natychmiast zwolnij albo rozwalimy cię na kawałki! Boże, on leci prosto na… Głos umilkł, Horza zaś uśmiechnął się pod nosem. Rzeczywiście, celował w wąską przestrzeń między spodnią stroną portu a wierzchołkiem kadłuba Specjalizowanej Jednostki Kontaktowej. „Wir Czystego Powietrza” przemykał wśród pajęczych nici ciągów komunikacyjnych, prawie ocierał się o szyby wind grawitacyjnych, unikał o włos zderzenia ze zbiornikami na ciekły tlen, wodór i dwutlenek węgla. Horza ani trochę nie zmniejszył mocy silników. Rufowy radar popiskiwał nerwowo, zbierając fale odbite od wielościennych, skomplikowanych konstrukcji. Dwie odwrócone wieże, do których zbliżali się w szaleńczym tempie, niespodziewanie rozbłysły światłem i rozpadły się w chmurze pyłu i potrzaskanych szczątków. Horza nawet nie zdążył zamknąć oczu; instynktownie przechylił statek o dziewięćdziesiąt stopni, a chwilę potem byli już za rumowiskiem.

— To był strzał ostrzegawczy, dupku — odezwały się ponownie głośniki. — Następny dostaniesz prosto w podogonie. „Wir” pędził teraz nad ogromną połacią jednolitego brudnoszarego materiału tworzącego dziób „Granicy”. Horza starał się trzymać jak najbliżej rozległej płaszczyzny. Rufowy radar umilkł, ale zaraz odezwał się ponownie. Horza odwrócił statek do góry brzuchem i znowu wprowadził go w ciasną pętlę. Wubslin pofrunął jak mucha, rozpłaszczył się na suficie i został tam, pojękując rozpaczliwie. „Wir” wciąż nabierał prędkości, kierując się ku otwartej przestrzeni. Horza przypomniał sobie o torbie Balvedy, sięgnął do konsolety i uruchomił opróżnianie mikrośluz powietrznych. Klawisz natychmiast zapłonął na zielono, na ekranie pokazującym widok za rufą coś błysnęło słabiutko, schwytane w pułapkę dwóch plazmowych strug.

— Żegnaj, głupcze! — warknęły głośniki.

Horza rzucił statek w bok.

Tylny ekran rozświetlił się jaskrawą bielą, po czym sczerniał; główny pulsował mieszaniną dzikich barw i rozfalowanych linii. Z głośników w hełmie Horzy oraz z tych w zagłówku dobiegło przeraźliwe wycie. Wszystkie wskaźniki na konsolecie zatańczyły jak szalone.

Horza przez sekundę był prawie pewien, że zostali trafieni, ale silniki wciąż działały, obraz na głównym ekranie zaczął się wyostrzać, wskazania przyrządów powoli wracały do normy. Tylko czujniki promieniowania piszczały przeraźliwie, a tylny ekran wciąż ział czarną pustką. Na jednym z monitorów pojawiła się informacja, że niemal wszystkie rufowe sensory zostały chwilowo wyłączone, żeby uniknąć zniszczenia przez uderzenie wyjątkowo silnego promieniowania. Horza domyślił się, co się stało, kiedy zaraz po ponownym włączeniu rufowego radaru nie usłyszał charakterystycznego pikania. Odchylił głowę do tyłu i wybuchnął śmiechem.