W torbie Balvedy rzeczywiście była bomba — nie wiadomo tylko, czy eksplodowała zaraz po wyrzuceniu w próżnię, kiedy trafiła w plazmowy ogień wydechu, czy też ktoś zdetonował ją w chwili, kiedy uciekający statek oddalił się na bezpieczną odległość od „Granicy Wyobraźni”. Tak czy inaczej, wybuchła w samą porę, żeby zniszczyć uczestniczące w pościgu jednostki policyjne.
Wciąż rycząc ze śmiechu, Horza odwrócił „Wir Czystego Powietrza” rufą do lśniącej obręczy orbitala i zajął się uruchamianiem napędu gwiezdnego. Wubslin, który chwilę wcześniej zwalił się z łomotem na podłogę, jęknął z rozpaczą:
— Mamo… Mamo, powiedz mi, że to tylko sen…
Horza roześmiał się jeszcze głośniej.
— Ty wariacie! — Yalson wciąż jeszcze miała szeroko otwarte oczy i kręciła głową. — To było największe szaleństwo, jakie w życiu widziałam! Jesteś niespełna rozumu! Odchodzę. Rezygnuję, i to natychmiast… Cholera! Szkoda, że nie odeszłam z Jandraligelim do Ghalssela! Możesz mnie wysadzić w pierwszym porcie, do którego dolecimy. Horza opadł ciężko na fotel u szczytu stołu w mesie. Yalson siedziała po przeciwnej stronie, pod ekranem, który pokazywał ten sam obraz co główny ekran w sterowni. Od dwóch godzin „Wir Czystego Powietrza” mknął z maksymalną prędkością przez hiperprzestrzeń. Po zniszczeniu policyjnych ścigaczy nikt już ich nie niepokoił, dzięki czemu mogli spokojnie podążać w kierunku planety Schar. Obok Yalson zajęli miejsca wyraźnie poruszeni Dorolow i Aviger. Oboje z takimi minami, jakby Horza celował do nich z pistoletu. Mieli otwarte usta i szkliste spojrzenia. Naprzeciwko Yalson, ze zwieszoną głową, przytrzymywana pasami i krępującymi ją więzami, częściowo siedziała, a częściowo wisiała Perosteck Balveda. W mesie panował straszliwy bałagan, ponieważ nikt nie przygotował statku do tak gwałtownych manewrów. Podłoga była zasłana mieszaniną naczyń, sztućców i najróżniejszych pojemników, tu i ówdzie urozmaiconą fragmentami garderoby albo bielizny, dyskami optycznymi, kasetami oraz innymi przedmiotami. Yalson, która została trafiona czymś w głowę, miała na czole zaschniętą strużkę krwi. Przez dwie godziny, zgodnie z poleceniem dowódcy, nikt nie ruszał się z miejsca, jeśli nie liczyć krótkich wypadów do toalety. W tym czasie główny komputer statku wielokrotnie zmieniał kurs, aby zmylić ewentualną pogoń. Silniki plazmowe i lasery były w każdej chwili gotowe do użycia, ale nie zaszła taka potrzeba. Kiedy Horza wreszcie upewnił się, że nikt ich nie ściga, skierował statek najkrótszą drogą do planety Schar. Wubslin został w sterowni, by jak najszybciej doprowadzić do porządku zmaltretowane systemy kontrolne statku. Zaraz po tym, jak w pełni odzyskał przytomność, Horza mu wygarnął, że próba przejęcia sterów mało nie skończyła się tragicznie dla statku i załogi, ale z drugiej strony on sam również naraził życie swoich ludzi na poważne niebezpieczeństwo, więc tym razem nie wyciągnie żadnych konsekwencji. Wubslin wymamrotał, że nie ma pojęcia, jakim cudem udało im się wyjść cało ani czemu należy zawdzięczać, że statek nie odniósł żadnych poważniejszych uszkodzeń. Niestety, inaczej miała się sprawa z głównym mechanikiem: wyglądał jak jeden gigantyczny siniak. Przeprosił dowódcę za niesubordynację i od tej pory nie odezwał się ani słowem.
— Obawiam się, że port, do którego lecimy, znajduje się w dość odludnym i mało atrakcyjnym miejscu — rzekł Horza do Yalson, kładąc nogi na stole. — Wątpię, czy będziesz chciała tam wysiąść. Yalson odłożyła paralizator.
— A dokąd my właściwie lecimy, jeśli można wiedzieć? I co tu się dzieje, do wszystkich diabłów? — Wskazała nieprzytomną Balvedę. — Kultura nasłała na nas swoją agentkę?
Aviger i Dorolow wpatrywali się z napięciem w twarz Horzy, czekając na odpowiedź, ale zanim zdążył otworzyć usta, do mesy wsunęła się niewielka drona, rozejrzała się dokoła, po czym wylądowała pośrodku stołu.
— Czy dobrze słyszałam, że nadeszła pora wyjaśnień? — zapytała. Horza oderwał wzrok od Balvedy, spojrzał na Avigera, Dorolow, Yalson, wreszcie na dronę.
— Cóż, chyba nie zaszkodzi, jeśli dowiecie się, że lecimy na Schar, jedną z Planet Umarłych.
Yalson zmarszczyła brwi, Aviger zaś powiedział:
— Słyszałem o nich. Wątpię, żeby nas tam wpuszczono.
— Coraz gorzej — stwierdziła drona z dezaprobatą. — Na twoim miejscu, kapitanie Kraiklyn, natychmiast wróciłabym na „Granicę Wyobraźni” i oddałabym się w ręce władz. Jestem pewna, że miałbyś uczciwy proces.
Horza puścił mimo uszu uwagę maszyny, westchnął, przeciągnął się i ziewnął.
— Przykro mi, że to was spotkało. Niestety, muszę tam dotrzeć, a nie mam czasu, żeby zatrzymać się po drodze. Chcecie czy nie, musicie mi towarzyszyć.
— Doprawdy? — zapytała drona z przekąsem.
— Tak — odparł Horza poważnym tonem.
— Nie macie wyboru.
— Ale przecież i tak się tam nie dostaniemy! — zaprotestował Aviger. — Nikogo nie wpuszczają! Wokół wszystkich Planet Umarłych jest zamknięta strefa, do której nikt nie ma wstępu.
— Tym problemem zajmiemy się na miejscu — rzekł Horza z uśmiechem.
— Nie odpowiedziałeś na żadne z moich pytań — przypomniała mu Yalson. Zerknęła na Balvedę, potem na leżący przed nią na stole paralizator. — Ogłuszałam tę dziewoję za każdym razem, jak tylko drgnęła jej powieka, więc teraz chciałabym się dowiedzieć, dlaczego to robiłam.
— Potrzebowałbym sporo czasu, żeby wyjaśnić ci wszystko od początku do końca. Najkrócej mówiąc, na Scharze jest coś, na czego zdobyciu bardzo zależy Idirianom i Kulturze, a ja obiecałem Idirianom, że dostanę się tam i zdobędę to dla nich.
— Ty naprawdę jesteś szalony, kapitanie Kraiklyn! — stwierdziła drona. Uniosła się kilkanaście centymetrów nad stół i wykonała pełen obrót, żeby popatrzeć na pozostałych. — To wariat, i tyle!
— Idirianie zlecili tobie… to znaczy nam jakąś robotę? — zapytała z niedowierzaniem Yalson.
Horza uśmiechnął się i skinął głową.
— Więc chcesz powiedzieć, że ta kobieta… — Dorolow wycelowała palec w Balvedę — została nasłana przez Kulturę, żeby nas szpiegować? Mówisz poważnie?
— Jak najbardziej. Balveda szukała mnie i Horzy Gobuchula. Zamierzała dostać się z nami na Schar albo powstrzymać nas, zanim tam dotrzemy. — Horza przeniósł spojrzenie na Avigera. — Aha, jeśli już o tym mówimy… w jej rzeczach naprawdę była bomba. Wybuchła chwilę po tym, jak wyrzuciłem ją w przestrzeń. Załatwiła policyjne ścigacze. Wszyscy dostaliśmy solidną dawkę promieniowania, ale to nic poważnego.
— A co z Horzą? — zapytała Yalson, świdrując go wzrokiem. — Naprawdę go spotkałeś, czy tylko powiedziałeś to ot, tak sobie?
— Daję ci słowo, że Horza żyje i nie grozi mu większe niebezpieczeństwo niż każdemu z nas.
W drzwiach prowadzących do sterowni pojawił się Wubslin, ciągle z przepraszającym uśmiechem na twarzy. Skinął Horzy głową, po czym usiadł dwa miejsca od niego.
— Wszystko w porządku, Kraiklyn.