— To dobrze. Właśnie opowiadałem im o naszej podróży na Schar.
— Aha — mruknął obojętnie Wubslin.
Nie odrywając wzroku od twarzy Horzy, Yalson pochyliła się nad stołem.
— Posłuchaj mnie, Kraiklyn — wycedziła. — Niewiele brakowało, żebyś nas wszystkich pozabijał. Prawie na pewno posłałeś na tamten świat co najmniej paru ludzi podczas… podczas tych pieprzonych popisów akrobatycznych. Dzięki tobie mamy na karku agentkę Kultury. Wbrew naszej woli ciągniesz nas na jakąś zakazaną planetę w samym środku strefy wojennej, żeby szukać czegoś, na czym obu stronom konfliktu zależy tak bardzo, że… Skoro Idirianie zdecydowali się wynająć gromadę drugorzędnych piratów, to muszą być porządnie zdesperowani, a jeśli Kultura naprawdę usiłowała zatrzymać nas w doku, to gra toczy się o nie lada stawkę. Odważyli się pogwałcić neutralność „Granicy Wyobraźni”, a na dokładkę zlekceważyć parę spośród swoich szlachetnych zasad prowadzenia wojny.
Może wydaje ci się, że wiesz, o co w tym wszystkim chodzi, i może nawet myślisz, że gra jest warta świeczki, ale ja tak nie uważam i wcale mi się nie pododoba, że nic nie wiem i niczego nie rozumiem. Bądźmy szczerzy: ostatnio raczej nie dopisywało ci szczęście. Jeśli chcesz, ryzykuj swoje życie, ale nas zostaw w spokoju. Chyba nie wszyscy trzymamy stronę Idirian, ale nawet gdybyśmy woleli ich od Kultury, nikt z nas nie ma ochoty rzucać się w wir najgorętszej walki. Do cholery, Kraiklyn! Nie mamy ani wyposażenia, ani umiejętności, które dawałyby nam jakieś szansę w starciu z tymi facetami!
— Wiem o tym — odparł Horza — ale wiele wskazuje na to, że nie powinniśmy natknąć się na siły żadnej ze stron. Bariera Milczenia wokół planety Schar sięga tak daleko w kosmos, że nie sposób jednocześnie pilnować całej granicy. Nadlecimy znienacka z najmniej spodziewanej strony, a kiedy nas namierzą, będzie już za późno: nie zdążą się do nas dobrać, choćby mieli najszybsze statki we wszechświecie. Nawet cała flotylla okrętów bojowych nie zdoła nas powstrzymać. Tak samo będzie w drodze powrotnej.
Yalson opadła na fotel.
— Krótko mówiąc: wpadniemy i wypadniemy — powiedziała ponurym tonem.
— Coś w tym rodzaju — przyznał Horza z uśmiechem. Wubslin wyjął z kieszeni mikroterminal, zerknął na ekran i poderwał się z miejsca.
— O kurczę! Już prawie pora.
Wybiegł do sterowni. Chwilę potem obraz na ekranie w mesie ulegi zmianie: patrzyli na gigantyczny, zawieszony w kosmicznej pustce orbital Vavatch, wypełniony mrokiem i światłem, dniem i nocą, błękitem, bielą i czernią. Nikt nie odrywał wzroku od ekranu. Wubslin wrócił na swoje miejsce przy stole. Horza czuł, jak ogarnia go coraz większe zmęczenie. Jego ciało domagało się odpoczynku, w głowie huczało mu jak w ulu, we krwi wciąż jeszcze miał pełno adrenaliny po szaleńczej ucieczce ze Specjalizowanej Jednostki Kontaktowej, ale nadal nie mógł sobie pozwolić nawet na chwilę dekoncentracji. Szczerze mówiąc, nie miał pojęcia, co powinien zrobić. Powiedzieć im prawdę? Przyznać się, że jest Metamorfem, że zabił Kraiklyna? Wystawić na próbę ich lojalność wobec przywódcy? Najwierniejsza była z pewnością Yalson, ale chyba powinna ucieszyć ją wiadomość, że on, Horza, żyje i ma się dobrze… Z drugiej strony to właśnie ona powiedziała, że chyba nie wszyscy ocaleli członkowie Wolnej Grupy Kraiklyna są zwolennikami Idirian. Co prawda wcześniej nigdy nie demonstrowała sympatii do Kultury, ale przecież wiele mogło się zmienić.
Oczywiście był w stanie powrócić do poprzedniego wyglądu. Czekała ich przecież dość długa podróż, a z pomocą Wubslina na pewno udałoby mu się przeprogramować systemy zabezpieczające „Wiru”. Problem polegał tylko na tym: powiedzieć czy nie? Oprócz tego była jeszcze Balveda. Co z nią począć? Nie tak dawno kołatał mu się po głowie pomysł, żeby użyć jej jako karty przetargowej w negocjacjach z Kulturą, teraz jednak, kiedy udało im się uciec z „Granicy Wyobraźni”, agentka przestała mieć jakąkolwiek wartość jako zakładnik, na planecie Schar zaś w najlepszym razie mogła stać się kłopotliwym ciężarem. Powinien ją jak najprędzej zlikwidować… Cóż z tego, skoro nie wiedział, jak zareagują na to pozostali, a szczególnie Yalson. W głębi duszy zdawał sobie także sprawę, choć nie chciał się do tego przyznać nawet przed sobą, jak bardzo bolesne byłoby dla niego takie rozwiązanie. Jasne, są nieprzyjaciółmi; jasne, oboje ocierali się o śmierć i ani jej, ani jemu nie przyszło do głowy pomóc rywalowi; mimo to tak po prostu zabić ją z zimną krwią… A może tylko mu się wydaje? Może w rzeczywistości dokonałby egzekucji bez najmniejszego wahania? Może poczucie wspólnoty wypływające z faktu, iż oboje robią właściwie to samo, tyle że po przeciwnych stronach, jest tylko złudzeniem? Już miał polecić Yalson, by ponownie ogłuszyła Balvedę, kiedy Wubslin szepnął:
— Teraz.
Rozpoczęła się agonia orbitala.
Na ekran trafiała skondensowana transmisja hiperprzestrzenna, więc chociaż znajdowali się już daleko poza systemem Vavatcha, obserwowali rozwój wydarzeń niemal w czasie rzeczywistym. Punktualnie o wyznaczonej godzinie niewidoczna, anonimowa, bynajmniej nie zdemilitaryzowana Specjalizowana Jednostka Kontaktowa rozpoczęła bombardowanie. Niemal na pewno należała do klasy Ocean i niemal na pewno to ona właśnie nadawała ostrzeżenie, które oglądali na tym samym ekranie, zbliżając się do orbitala. Oznaczało to, że powinna być znacznie mniejsza od „Granicy Wyobraźni” — na tyle mniejsza, że bez problemu zmieściłaby się w jej głównym doku. Prawdziwa różnica polegała jednak na tym, że o ile monstrualny olbrzym wypełniony był ludźmi oraz ich dobytkiem, mniejsza jednostka miała na swych pokładach wyłącznie broń oraz flotyllę małych, ale równie groźnych okrętów bojowych.
Pierwsza salwa trafiła w orbital. Ekran wypełniła oślepiająca biel, obraz pojawił się wtedy kiedy obiektywy kamer dostosowały się do nagłego wzrostu jasności. Horza przypuszczał, nie bardzo wiadomo czemu, że Kultura ostrzela całą powierzchnię orbitala wiązkami skoncentrowanej energii stanowiącej materiał konstrukcyjny wszechświata i zarazem barierę oddzielającą go od sąsiedniego, sporo mniejszego i znacznie młodszego, zbudowanego z antymaterii, dzieła zniszczenia zaś dokończą ładunki termojądrowe, ale stało się inaczej. Na tle jasnej, dziennej strony orbitala pojawił się samotny, przeraźliwie biały promień, ogniste ostrze zagłady, otoczony nieco mniej jaskrawymi, ale także czysto białymi chmurami. Obie strony konfliktu posiadły już do tego stopnia władzę nad ową niesamowitą energią, że bez większego trudu wykorzystywały ją do wykonywania największych, najbardziej niszczycielskich zadań. Znaczna część gigantycznego oceanu zamieniła się w parę wodną, przezroczysta ściana wysokości dwóch tysięcy kilometrów została przecięta jak bibułka, chwilę potem ten sam los spotkał główną wstęgę szerokości trzydziestu pięciu tysięcy kilometrów. Zawieszona w kosmicznej pustce obręcz o średnicy czternastu milionów kilometrów nagle przestała być obręczą. Te same siły, które do tej pory gwarantowały całość orbitala, teraz przyczyniły się do przyspieszenia zagłady: siła odśrodkowa i sztuczna grawitacja spowodowały, że Vavatch, niczym uwolniona sprężyna, rozwijał się z prędkością stu trzydziestu kilometrów na sekundę.
Przez ekran przemknął kolejny promień skoncentrowanej energii, potem jeszcze jeden i następne. Orbital był metodycznie cięty na kwadraty o boku trzydziestu pięciu tysięcy kilometrów. Przypominały kanapki z miliardów ton ultragęstego podłoża, wody, lądu i powietrza. Vavatch z błękitnego przeistaczał się w coraz bardziej biały, a to za sprawą wody, która najpierw zamieniła się w parę, a potem, po zetknięciu z uciekającym powietrzem, przeistoczyła się w lód. Resztki oceanu przelewały się dostojnie przez krawędzie kwadratowych fragmentów, również zamarzały i ulatywały w przestrzeń. Precyzyjna, lśniąca krecha ognia uderzała raz po raz, bezlitośnie tnąc materiał konstrukcyjny orbitala. Horza przypomniał sobie określenie, jakiego użył Jandraligeli: „Broń ostatnich dni wszechświata”. Teraz, obserwując spektakl na ekranie, Horza zrozumiał, co Mondlidicianin miał na myśli.