— Bo ja wiem… — mruknął z namysłem Wubslin, drapiąc się po brodzie i przypatrując się Horzy, jakby ten był muzealnym okazem. — Szczerze mówiąc, odniosłem wrażenie, że nasz kapitan zachowuje się trochę dziwnie. Te wyczyny we wnętrzu Specjalizowanej Jednostki Kontaktowej były do niego zupełnie niepodobne.
— A co tam robiłeś, Horza? — zainteresowała się Balveda. — Wygląda na to, że ominęło mnie niezłe widowisko. Jak udało ci się uciec?
— Bardzo prosto. Włączyłem silniki plazmowe i laser, i utorowałem sobie drogę na zewnątrz.
— Serio? — Balveda odchyliła głowę do tyłu i roześmiała się głośno. Zbyt głośno, a poza tym łzy zbyt szybko płynęły jej z oczu, by mogła liczyć na to, że nikt ich nie zauważy. — No, no. Jestem pod wrażeniem. Byłam prawie pewna, że cię przyskrzyniliśmy.
— Kiedy dowiedzieliście się prawdy?
Pociągnęła nosem i spróbowała wytrzeć go o ramię.
— Że nie jesteś Kraiklynem? — Przesunęła językiem po górnej wardze. — Och, jeszcze zanim wszedłeś na pokład. Wysłaliśmy mikrodronę, która udawała muchę. Miała za zadanie pobrać próbkę tkanki od każdego, kto zbliży się do „Wiru Czystego Powietrza”. Zdradziły cię twoje chromosomy. Oprócz tego mieliśmy agenta na zewnątrz. Przypuszczalnie to on wyłączył zasilanie w doku i przerwał połączenie z kontrolą lotów, jak tylko zaczęliście szykować się do startu. Jeśli chodzi o mnie, to miałam… miałam zrobić wszystko co w mojej mocy i co byłoby możliwe w danej sytuacji: zabić cię, obezwładnić, uszkodzić statek. Niestety, za późno mnie zawiadomili. Czekali do ostatniej chwili, bo bali się, że ktoś usłyszy i nabierze podejrzeń.
— To był ten hałas, który wydobywał się z jej torby — wyjaśnił Horza Yalson. — Aha, skoro o tym mowa… uwolniłem cię od zbędnego ciężaru. Twoje rzeczy zostały wyrzucone w próżnię. Bomba eksplodowała, ale, jak widzisz, nie zrobiła nam krzywdy. Balvedzie wyraźnie zrzedła mina. Najwidoczniej aż do tej chwili żywiła nadzieję, że torba ze śmiercionośną zawartością została na pokładzie. Miałaby wówczas szansę zdetonować ładunek i choć sama także by zginęła, to przynajmniej nie na próżno ani nie samotnie.
— No tak — mruknęła ze wzrokiem wbitym w stół. — Mikrośluzy.
— Co z Kraiklynem? — zapytała Yalson.
— Nie żyje — odparł Horza. — Zabiłem go.
Yalson wydęła wargi i przez chwilę bębniła palcami w blat.
— Więc to tak — wycedziła wreszcie, spoglądając na przemian na Horze i Balvedę. — Nie wiem, czy mówicie prawdę, czy oboje jesteście szaleni, ale obie ewentualności są równie mało atrakcyjne. — Zatrzymała wzrok na Horzy. — A tak przy okazji… Jeśli naprawdę jesteś Horzą, to powiem ci, że nasze ponowne spotkanie okazało się znacznie mniej przyjemne, niż oczekiwałam.
— Przykro mi — wymamrotał.
Odwróciła głowę.
— Nadal uważam, że najrozsądniej będzie wrócić na „Granicę Wyobraźni” i oddać się do dyspozycji władz — oświadczyła drona. Horza zastukał w metalową obudowę. Maszyna pospiesznie obróciła się w jego stronę.
— Posłuchaj, maleńka — powiedział łagodnie. — Lecimy na planetę Schar. Jeżeli chcesz wracać na „Granicę”, bardzo proszę; z przyjemnością wyrzucę cię za burtę, żebyś mogła zrealizować swoje pragnienia. Ostrzegam jednak, jeśli jeszcze raz wspomnisz o oddaniu się w ręce władz i uczciwym procesie, rozwalę ci ten pieprzony kurzy móżdżek.
— Jak śmiesz mówić do mnie w ten sposób! — wykrzyknęła drona z oburzeniem. — Może o tym nie wiesz, ale jestem Licencjonowanym Wolnym Tworem, uznanym za niezależną istotę rozumną na podstawie Ustawy o wolnej woli wydanej przez Administrację Moralności Orbitala Vavatch, oraz że jestem pełnoprawną obywatelką tegoż orbitala! Już niedługo, kiedy spłacę do końca dług pokoleniowy, będę mogła robić, co zapragnę, a już teraz zostałam przyjęta na wstępny kurs parateologii na Uniwersytecie…
— Stul głośnik i słuchaj, co do ciebie mówię! — ryknął Horza. — Tak się składa, że orbital Vavatch już nie istnieje, a nawet gdyby istniał, to na nim nie jesteśmy i gówno mnie obchodzi, jak jesteś mądra i co potrafisz. Jesteśmy tutaj, na tym statku, i w związku z tym będziesz robiła, co ci każę. Chcesz wysiąść? Proszę bardzo! Wysiadaj, ale zaraz, i wracaj na piechotę do tego, co zostało z twojego pieprzonego orbitala. Jeśli zostaniesz, będziesz musiała wykonywać moje rozkazy albo trafisz na złom.
— Tylko taki mam wybór?
— Owszem. Bądź tak miła, skorzystaj z wolnej woli, którą się chlubisz i podejmij decyzję. Natychmiast.
— W porządku. — Drona podniosła się na kilka centymetrów, po czym opadła z powrotem. — Hm… Cóż, zostaję.
— I będziesz wykonywać wszystkie rozkazy.
— I będę wykonywać wszystkie rozkazy…
— Świetnie.
— Naturalnie w granicach zdrowego rozsądku.
Horza sięgnął po pistolet.
— Posłuchaj, maszynko…
— Do licha, człowieku! — wykrzyknęła drona. — Przecież nie jestem robotem! Nie mam guzika, którym można wyłączyć wyższe funkcje mózgowe, nie potrafię zrezygnować z wolnej woli. Mogę obiecać, co zechcesz: że bez wahania wykonam każde, nawet najgłupsze polecenie, że skoczę w ogień, jeśli tego zażądasz, ale to byłoby kłamstwo. Skłamałabym po to, żeby przeżyć. Przysięgam, że będę równie posłuszna i wierna jak twoja załoga, a nawet bardziej. Czy naprawdę chciałbyś uzyskać coś więcej?
Podstępna gadzina, pomyślał Horza.
— Cóż, chyba będzie mi musiało to wystarczyć. Jeśli natomiast chodzi o…
— Muszę jednak zwrócić ci uwagę, że zgodnie z postanowieniami retrospektywnego układu o refundacji, mój dług pokoleniowy, którego nie spłacę z powodu brutalnego i nieuzasadnionego odcięcia mi dostępu do miejsca pracy, obciąża konto osoby odpowiedzialnej za te utrudnienia, to znaczy twoje. Co więcej, jeśli nie zdołasz uregulować go w terminie…
— Do diabła, drono! — przerwała jej Yalson. — Jesteś pewna, że nie zamierzałaś studiować prawa?
— Biorę na siebie wszelką odpowiedzialność — oświadczył Horza. — A teraz…
— Mam tylko nadzieję, że jesteś wysoko ubezpieczony — mruknęła maszyna.
— …zamknij się wreszcie!
— Horza…
Niemal z ulgą odwrócił się do Balvedy. Jej oczy były mokre od łez. Ponownie przesunęła językiem po górnej wardze, po czym utkwiła spojrzenie w blacie stołu.
— Co będzie ze mną?
Nie spieszył się z odpowiedzią.
— Cóż… — westchnął wreszcie. — Nie ukrywam, że najchętniej wyrzuciłbym cię w otwartą przestrzeń. — Kątem oka dostrzegł, że Yalson odwraca się do niego razem z fotelem. — Kto wie, może jednak w przyszłości okażesz się przydatna? Jeśli chcesz, oczywiście możesz nazwać to tanim sentymentalizmem. — Uśmiechnął się. — Naturalnie będziesz musiała się grzecznie sprawować.
BaWeda podniosła głowę. W jej oczach dostrzegł nadzieję, ale i lęk charakterystyczny dla ludzi, którzy nie chcą przedwcześnie jej zawierzyć.
— Mam nadzieję, że mówisz poważnie — wyszeptała.
— Jak najbardziej. I tak nie zabiłbym cię, dopóki nie powiedziałabyś mi, jakim cudem wydostałaś się z „Ręki Boga”. Dopiero teraz wyraźnie się odprężyła. Yalson nadal spoglądała na Horze spode łba i bębniła palcami w stół.
— Yalson i Dorolow, zabierzcie stąd Balvedę, rozbierzcie ją, dokładnie przeszukajcie ubranie. — Agentka wysoko uniosła brwi, udając zaskoczenie i oburzenie. — Potem zbadajcie ją szczegółowo. Musimy być pewni, że nie ma żadnych skrytek, sztucznych kończyn, wstawionych zębów i że nie wszczepili jej niczego, co może być wykorzystane jako broń. Jak skończycie, dajcie jej jakieś ciuchy, a skafander wyrzućcie w przestrzeń. To samo z biżuterią i przedmiotami osobistego użytku, choćby wyglądały najzupełniej niewinnie.