Выбрать главу

— Życzysz sobie może, żebyśmy na koniec namaściły ją wonnymi olejkami, ubrały w białą szatę i położyły na kamiennym ołtarzu? — zapytała Yalson lodowatym tonem.

— Życzę sobie tylko tyle, żeby zabrać jej wszystko, co choćby odrobinę przypomina broń albo co mogłoby się w broń zamienić. Kultura często wyposaża swoich agentów w przedmioty zmiennokształtne; przypominają pierścionek, portfel, rękawiczki… — Uśmiechnął się do Balvedy. — Wystarczy jednak dotknąć ich w określony sposób, zwilżyć, wysuszyć lub wypowiedzieć hasło, a przeistaczają się w bombę, broń albo komunikator. Wystarczy, że mamy na pokładzie panią Balvedę. Nie potrzebujemy niczego jeszcze bardziej niebezpiecznego.

— A co będzie, jak już dolecimy na Schar? — zapytała Balveda.

— Damy ci cieplejsze ubranie. Jeśli się dobrze opatulisz, może przeżyjesz. Na pewno nie dostaniesz skafandra.

— A my? — odezwał się Aviger. — Jaką przewidujesz dla nas rolę? Oczywiście zakładając, że w ogóle uda nam się tam dotrzeć, w co bardzo wątpię.

— Nie jestem pewien — odparł Horza zgodnie z prawdą. — Możliwe, że będziecie musieli pójść ze mną. To zależy od tego, jak uda nam się zaprogramować statek. Albo zostaniecie na pokładzie, albo wszyscy wyruszymy na poszukiwania. Na planecie przebywa kilkoro Metamorfów, którzy nie pracują dla Idirian. Zajmą się wami, gdybym musiał zniknąć na dłużej. — Spojrzał na Yalson. — Gdyby jednak ktoś z was zechciał mi towarzyszyć, potraktowałbym to jako wspólną operację: równy udział w zyskach i tak dalej. Jak tylko „Wir” przestanie być mi potrzebny, zrobicie z nim, co zechcecie. Nawiasem mówiąc, po zakończeniu misji na Scharze wszyscy będziecie wolni. Yalson odwróciła się, kręcąc głową, Wubslin wbił wzrok w pokład, Aviger i Dorolow patrzyli na siebie w milczeniu, drona trwała w bezruchu jak miniaturowy posążek.

— No dobra — burknął wreszcie Horza. — Yalson i Dorolow, gdybyście zechciały teraz zająć się naszym miłym gościem… Yalson westchnęła głośno i z niechętnym grymasem na twarzy podniosła się z miejsca, Dorolow natomiast przystąpiła do zdejmowania więzów z Balvedy.

— Zachowajcie maksymalną ostrożność — ostrzegł Horza. — Jedna z was musi zawsze stać w odległości paru kroków z bronią gotową do strzału. Nie ma mowy, żebyście obie równocześnie znalazły się przy niej.

Yalson wymamrotała coś pod nosem, niemniej jednak sięgnęła po paralizator leżący na stole, Horza zaś zwrócił się do Avigera:

— Nie sądzisz, że ktoś powinien opowiedzieć Neisinowi o wszystkim, co się ostatnio zdarzyło?

Aviger zawahał się nieco.

— Tak jest, Kraik… — Nie dokończył, przygryzł wargi, zerwał się z fotela i szybkim krokiem wyszedł z mesy.

— Jeśli nie masz nic przeciwko temu — odezwał się Wubslin — pójdę na dziób sprawdzić przedni laser. W porządku, Kraiklyn? To znaczy, Horza? — Z zakłopotaniem podrapał się po policzku. Horza w milczeniu skinął głową. Wubslin wziął zimny napój z podajnika i wyszedł. Dorolow i Yalson właśnie skończyły rozwiązywać Balvedę. Wysoka kobieta zamknęła oczy, odchyliła głowę do tyłu i rozprostowała kończyny, po czym przesunęła ręką po krótko ostrzyżonych rudych włosach. Dorolow obserwowała ją podejrzliwie, Yalson mierzyła do niej z paralizatora. Agentka Kultury po chwili dała znak, że jest gotowa. Yalson wskazała lufą drzwi prowadzące do części mieszkalnej.

— Zrobimy to w mojej kajucie.

Horza wstał, żeby przepuścić kobiety. Kiedy mijała go Balveda, zapytał cicho:

— Jak udało ci się uciec z „Ręki Boga”?

— Zabiłam strażnika, a potem po prostu siedziałam i czekałam. Nasza jednostka przechwyciła krążownik w nienaruszonym stanie. Po jakimś czasie zjawiły się bardzo miłe drony bojowe i uwolniły mnie z celi. — Wzruszyła ramionami. — To wszystko.

— Gołymi rękami zabiłaś uzbrojonego Idirianina? — zapytał z niedowierzaniem.

— Nie twierdzę, że to było łatwe.

— Też tak myślę. — Uśmiechnął się z przekąsem. — A co z Xoralundrą?

— Twoim starym przyjacielem? Chyba udało mu się uciec. W każdym razie nie było go wśród trupów ani jeńców. Horza skinął głową. Perosteck Balveda ruszyła przodem do kajuty Yalson, dwa kroki za nią szły obie strażniczki. Jak tylko wyszły z mesy, Horza z powątpiewaniem przyjrzał się dronie.

— Myślisz, że przydasz nam się do czegoś, maszynko?

— Ponieważ wszystko wskazuje na to, że jednak uparłeś się zawlec nas na tę zakazaną grudę ziemi wciśniętą w najodleglejszy i najmniej atrakcyjny zakątek wszechświata, doszłam do wniosku, że nie pozostaje mi nic innego, jak dołożyć wszelkich starań, aby nasza podróż była jak najbezpieczniejsza. Jeśli pozwolisz, zajmę się nadzorowaniem pracy statku, ale wolałabym, żebyś zwracał się do mnie po imieniu, ponieważ słowo „maszynka”, które wyjątkowo często wydobywa się z twoich ust, za każdym razem brzmi jak wyjątkowo obraźliwa inwektywa. Nazywam się Unaha-Closp. Czy żądam zbyt wiele, prosząc o tę drobną grzeczność?

— Och, skądże znowu, Unaha-Closp. — Horza dołożył wszelkich starań, by zabrzmiało to jak najbardziej wspaniałomyślnie. — Spróbuję pamiętać o twojej prośbie.

Drona zawisła w powietrzu na wysokości oczu Horzy.

— Może dla ciebie jest to drobiazg bez znaczenia, ale ja przywiązuję dużą wagę do takich spraw. Nie jestem zwykłym komputerem, tylko droną. Jestem w pełni świadoma, mam niezależną osobowość i dlatego zasługuję na imię.

— Już ci powiedziałem, że postaram się o tym pamiętać.

— Dziękuję. Zapytam, czy główny mechanik potrzebuje pomocy przy sprawdzaniu dziobowych laserów.

Odpłynęła na korytarz.

Horza wreszcie został sam. Usiadł i w milczeniu zapatrzył się w ekran na ścianie mesy. Rozproszone szczątki orbitala świeciły słabiutko; co prawda gigantyczny obłok materii wciąż jeszcze był dość dobrze widoczny, ale stygł wyraźnie i rzedł z każdą minutą. Horza oparł głowę na poduszce fotela, zamknął oczy. Jeszcze za wcześnie na sen. Musi zaczekać, aż wszyscy dokładnie przemyślą to, czego się niedawno dowiedzieli. Wówczas łatwiej będzie odczytać ich intencje i zdecydować, czy jest bezpieczny, czy może musi mieć ich na oku. Chciał również zaczekać, aż Yalson i Dorolow skończą przeszukiwać Balvedę. Agentka Kultury mogła przecież szykować jakiś podstęp. W takim wypadku powinien zareagować szybko i zdecydowanie. Wciąż jeszcze nie powziął decyzji, czy ją zabić, a jeśli tak, to kiedy, ale przynajmniej zyskał nieco czasu na zastanowienie. „Wir Czystego Powietrza” dokonał ostatniej zmiany kursu i wycelował dziób w stronę Ponurej Głębiny, mniej więcej tam gdzie powinna się znajdować planeta Schar. Za rufą statku, wciąż migoczące, wciąż mknące we wszystkich kierunkach, wciąż rozpraszające się po kosmosie, pozostały niezliczone resztki tego, co jeszcze całkiem niedawno było orbitalem Vavatch, unicestwionym przez szalone żywioły zniszczenia.

Horza długo siedział samotnie w mesie i obserwował ich taniec. Delikatnie rozświetlony na tle aksamitnej czerni usianej gwiazdami, gigantyczny torus zbudowany prawie z niczego. Świat, który przestał istnieć. Nie został po prostu zniszczony — do tego wystarczyłoby pierwsze cięcie — ale unicestwiony ze znawstwem i smakiem, tak by jego agonia dostarczyła jak najwspanialszych doznań estetycznych. Arogancki wdzięk, z jakim tego dokonano, całkowity brak emocjonalnego zaangażowania połączony z artystycznym wyrafinowaniem — wszystko to budziło odrazę, ale i zachwycało. Nawet on odczuwał w głębi duszy coś w rodzaju powściągliwego podziwu.