— Ja z kolei myślę, że specjalnie urządzili to w taki sposób — odparła Jase. — Dostają mnóstwo zgłoszeń. Nie są w stanie przyjąć wszystkich chętnych ani nawet wyłowić najlepszych, więc wybierają na chybił trafił. Zawsze możesz się odwołać.
— Bo ja wiem… — Chłopiec oparł łokcie na kolanach, podparł głowę rękami i zapatrzył się w wyszorowane deski pokładu. — Czasem wydaje mi się, że jednak wybierają najlepszych, a pozostałym mówią właśnie takie rzeczy, żeby nie było im przykro. Popełniają błąd, ale z drugiej strony mają rację, bo skoro nie powiedzą mi, dlaczego się nie zakwalifikowałem, nie będę wiedział, co powinienem zmienić. Ona także myślała o porażce.
Jase była zachwycona pomysłem odnalezienia Metamorfa. Tego samego dnia rano, kiedy wracali z willi starą parową kolejką linową, dowiedzieli się o wydarzeniach na Vavatchu, gdzie pojawił się Bora Horza Gobuchul i uciekł pirackim statkiem, porywając agentkę Perosteck Balvedę. Przeczucie okazało się trafne i Jase wręcz rozpływała się z zachwytu, podkreślając co chwila, że Fal nie ponosi żadnej odpowiedzialności za ucieczkę Horzy. Mimo to dziewczyna była przygnębiona. Niekiedy przygnębiało ją właśnie to, że ma rację, że snuje właściwe domysły i stawia sprawdzające się przepowiednie. Wszystko wydawało się takie oczywiste. Wbrew temu, co mogłoby się wydawać, nie był to żaden nadprzyrodzony znak, kiedy Perosteck Balveda pojawiła się niespodziewanie na pokładzie uszkodzonej, ale zwycięskiej Specjalizowanej Jednostki Kontaktowej „Nerwowa Energia”, holującej zdobyty idiriański krążownik. Niemniej jednak od razu stało się oczywiste, że to właśnie Balveda powinna wyruszyć na poszukiwanie Metamorfa. Ponieważ Fal dysponowała już dość szczegółowymi danymi na temat ruchów statków w tym rejonie kosmosu, dość łatwo zdołała wskazać niewielki korsarski okręcik o nazwie „Wir Czystego Powietrza” jako najbardziej prawdopodobne miejsce pobytu Gobuchula. Rzecz jasna, na wszelki wypadek należało wziąć pod uwagę także inne możliwości i wzięto je pod uwagę, przynajmniej o tyle, że uwzględniono nadwerężone siły Sekcji Specjalnej Służby Kontaktu, ale Fal od początku była przekonana, że do celu doprowadzi ją trop wiodący na Vavatch. Dowódca „Wiru Czystego Powietrza” nazywał się Kraiklyn i nałogowo grywał w zniszczenie, trudno zaś było sobie wyobrazić miejsce lepiej nadające się do przeprowadzenia rozgrywki niż orbital na kilka godzin przed zagładą. Niewiele myśląc, Fal wysłała tam Balvedę; dopiero teraz, kiedy okazało się, że miała rację, uświadomiła sobie, iż osobą, która w całej tej historii najwięcej ryzykuje, nie jest wcale ona, lecz właśnie agentka Służby Kontaktu. Nic jednak nie mogła na to poradzić. Wojna błyskawicznie obejmowała coraz większe połacie kosmosu, nieliczni agenci Sekcji Specjalnej mieli pełne ręce roboty, Balveda zaś była jedynym, który znajdował się w pobliżu — oczywiście nie licząc tego młodego nowicjusza, co prawda bardzo obiecującego, ale jeszcze rozpaczliwie niedoświadczonego. Fal doskonale zdawała sobie sprawę, że w sytuacji kryzysowej, gdyby okazało się, że jedynym sposobem na dotarcie do Metamorfa i odnalezienie Umysłu jest infiltracja Wolnej Grupy Kraiklyna, Balveda nie pośle tam nieopierzonego młokosa, tylko sama wykona zadanie. Taki postępek świadczył o odwadze, ale i o braku rozsądku; przecież Metamorf dobrze zna Balvedę, może więc ją rozpoznać, choćby nawet drastycznie zmieniła wygląd (a na to miała stanowczo za mało czasu). Jeśli Horza zorientuje się, z kim ma do czynienia (a Fal była niemal pewna, że tak się stanie), Balveda znajdzie się w znacznie trudniejszej sytuacji niż nawet najmniej doświadczony i najbardziej stremowany praktykant. Wybacz mi, pomyślała Fal. Nie zrobiłabym ci tego, gdybym miała inne wyjście… Od rana usiłowała znienawidzić Horze, usiłowała go sobie wyobrazić i znienawidzić go za to, że najprawdopodobniej zabił Balvedę, ale nie była w stanie wywołać w sobie tego uczucia — być może dlatego, że nie potrafiła wyobrazić sobie kogoś, kogo znała wyłącznie z nazwiska. Metamorf po prostu nie był dla niej realny. Podobała jej się natomiast Balveda; sądząc po tym, co o niej słyszała, była odważna i przedsiębiorcza. Fal wierzyła na przekór faktom, że agentka jednak przeżyła, że mimo wszystko ocalała i któregoś dnia, już po wojnie, spotkają się i porozmawiają… Ale to również było nierealne.
Nie umiała sobie wyobrazić takiego spotkania, bez trudu natomiast wyobraziła sobie, jak Balveda odnajduje Metamorfa. Wielokrotnie oglądała tę scenę oczami wyobraźni i marzyła o tym, żeby tak stało się naprawdę. W jej wersji, ma się rozumieć, Balveda wychodziła zwycięsko ze starcia. Jednak spotkanie z Balvedą wciąż wydawało jej się mało prawdopodobne, co samo w sobie było niepokojące, świadczyło bowiem o tym, że Fal do tego stopnia wierzy w swoje prorocze umiejętności, iż w jej przekonaniu niezdolność wyobrażenia sobie jakiegoś wydarzenia przesądza o tym, że ono nie nastąpi. Bardzo przygnębiające. Jakie szansę na przeżycie wojny miał agent Sekcji Specjalnej Służby Kontaktu? Niewielkie. Nawet gdyby teraz Balveda zdołała ujść z życiem, kolejne zadanie mogło okazać się ostatnim. Im dłużej trwała wojna, tym mniejsze były nadzieje na przetrwanie, a większość spośród najlepiej zorientowanych Umysłów przychylała się do opinii, że wojna potrwa jeszcze co najmniej parę dziesiątków lat. Z dokładnością do kilku miesięcy, ma się rozumieć. Fal zmarszczyła brwi i przygryzła wargi. Nie potrafiła sobie wyobrazić chwili odnalezienia Umysłu. Metamorf zdobył znaczącą przewagę, a jej prawie skończyły się pomysły. Teraz zastanawiała się tylko nad tym, jak utrudnić mu zadanie, ponieważ nie wierzyła już, że uda im się go powstrzymać, ale i tak była daleka od optymizmu, mimo iż Sztab Wojenny Służby Kontaktu wyraził zgodę na realizację tak niepewnego, niebezpiecznego i potencjalnie kosztownego planu.
— Fal!
Ocknęła się z zamyślenia. Szklanka w jej ręce zrobiła się prawie ciepła, Jase i chłopiec wpatrywali się w nią z oczekiwaniem.
— O co chodzi?
— Pytałem, co myślisz o wojnie — powiedział chłopiec. Obserwował ją spod zmarszczonych brwi, z twarzą rozjaśnioną promieniami słońca. Zastanawiała się, ile ma lat. Więcej niż ona? A może mniej? Czy on pragnął tego samego: żeby mieć więcej lat, być traktowany całkiem poważnie?
— Nie rozumiem. O co konkretnie ci chodzi?
— Na przykład o to, kto zwycięży.
Był nieco rozdrażniony. Chyba bez trudu się zorientował, że jest nieobecna myślami. Zerknęła na Jase, ale stara maszyna milczała, a ponieważ nie emitowała pola emocjonalnego, nie sposób było odgadnąć jej myśli ani nastroju. Czy była rozbawiona sytuacją? Może zaniepokojona? Fal przełknęła resztkę koktajlu.
— Jasne, że my.
Pokręcił głową.
— Wcale nie jestem tego pewien — odparł, skubiąc podbródek. — Idirianie mają wystarczająco silną wolę.
— Wolę?
— Tak. Wolę walki. Idirianie, w przeciwieństwie do nas, to urodzeni wojownicy. Spójrz tylko…
Uśmiechnął się, jakby był znacznie starszy i uważał się za dużo mądrzejszego od niej, i machnął ręką w kierunku brzegu, na którym leżały łodzie. Fal spojrzała w tamtą stronę; pięćdziesiąt lub sześćdziesiąt metrów od jachtu, na płyciźnie u stóp urwiska, kopulowali ciemnoskóra kobieta i mężczyzna o znacznie jaśniejszej karnacji. Czyżby chłopiec to właśnie miał na myśli?
Wielkie nieba, fascynacja seksem…
Jasne, że to spora frajda, ale dlaczego ludzie traktują te sprawy ze śmiertelną powagą? Niekiedy zazdrościła Idirianom łatwości, z jaką oddzielali życie płciowe od ważniejszych spraw. Byli podwójnymi hermafrodytami; podczas stosunku zapładniali się nawzajem i zazwyczaj każdy rodził bliźniaki. Po jednej, najwyżej dwóch ciążach następowała przemiana: z ojców/matek powstawali bezpłodni wojownicy. Funkcjonowało co najmniej kilka opinii na temat zakresu zmian; niektórzy twierdzili, że dotyczą wyłącznie siły fizycznej oraz inteligencji, inni utrzymywali, iż obejmują również osobowość. Idirianie po metamorfozie z pewnością stawali się bardziej przebiegli, ale mniej otwarci, bardziej logiczni, ale mniej lotni, bardziej bezwzględni, ale mniej wyrozumiali. Przybywał im kolejny metr wzrostu, przybierali dwukrotnie na wadze, keratynowy pancerz wyraźnie grubiał, mięśnie twardniały, zmieniały się także organy wewnętrzne. Narządy płciowe ulegały całkowitej atrofii. Wszystko bardzo proste, celowe i jednoznaczne, szczególnie w porównaniu z tradycyjnym chaosem rządzącym w Kulturze tą dziedziną życia. Tak, nietrudno było się domyślić, dlaczego Idirianie wywarli takie wrażenie na tym wychudzonym kretynie, który siedzi przed nią z zarozumiałym uśmieszkiem na twarzy. Dureń.