Выбрать главу

— My też… — Zirytował ją tak bardzo, że zabrakło jej słów. — My też potrafimy walczyć. Ewolucyjnie wciąż jesteśmy tacy sami jak wtedy, kiedy ganialiśmy z nożami i wyrzynaliśmy się wzajemnie. — Przyglądał się jej z tolerancyjnym uśmieszkiem. Poczuła, że się czerwieni. — Wciąż jesteśmy zwierzętami. Mamy walkę we krwi, jak oni.

— W takim razie dlaczego wygrywają?

— Bo uzyskali przewagę na starcie. Zbyt późno rozpoczęliśmy przygotowania do wojny. Dla nich wojna zawsze była sposobem na życie, a my mieliśmy kilka tysięcy lat przerwy. — Opuściła wzrok na pustą szklankę. — Nie obawiaj się jednak — dodała znacznie ciszej. — Uczymy się szybko.

— Cóż, przekonamy się, jak to będzie — odparł chłopiec. — Moim zdaniem, w końcu zostawimy Idirianom wolne pole, żeby bez przeszkód kontynuowali ekspansję. Nie powiem, wojna jest nawet dość podniecająca i można ją uznać za ciekawą odmianę, ale ciągnie się już prawie cztery lata, a my… — machnął lekceważąco ręką — …niewiele na niej zyskaliśmy. — Parsknął śmiechem. — Wciąż tylko uciekamy i uciekamy!

Fal poderwała się z miejsca i odwróciła twarz, wydawało jej się bowiem, że lada chwila wybuchnie płaczem.

— Cholera! — mruknął chłopiec do drony. — Chyba palnąłem coś nie tak… Czy jej przyjaciel, może ktoś z rodziny…? Odeszła, utykając leciutko. W świeżo wykurowanej nodze odezwało się odległe echo prawie zapomnianego bólu.

— Nie martw się — powiedziała Jase do chłopca. — Nic jej nie będzie. Musi trochę pobyć sama.

Fal zostawiła szklankę na parapecie, minęła śródokręcie, wspięła się na dach przedniej nadbudówki (znowu zabolało, ale nie zwracała na to uwagi), usiadła ze skrzyżowanymi nogami i zapatrzyła się na morze. Hen, daleko, niemal nad zamglonym horyzontem, w nieruchomym powietrzu wisiał postrzępiony zygzak bieli. Westchnęła głęboko; ciekawe, czy te białe kształty, widoczne tylko dlatego, że sięgają w wyższe, rzadsze i czystsze warstwy atmosfery, to ośnieżone szczyty? A może to tylko chmury? Nie miała pojęcia.

Rozmyślała o górach. Pewnego zimowego dnia, podczas samotnej wędrówki, w miejscu gdzie spływający ze skalistych urwisk strumyk rozlewał się po długim i szerokim na mniej więcej kilometr płaskowyżu — niczym gimnastyk, który w przerwie między karkołomnymi ewolucjami postanowił dać nieco wytchnienia sforsowanym mięśniom i ścięgnom — natrafiła na coś, co trwale zapadło jej w pamięć. Na powierzchni płytkiej, szeroko rozlanej wody tworzyła się cienka warstewka lodu, pękająca z trzaskiem pod stopami. Tego dnia Fal nie planowała wspinaczki, w związku z czym włożyła ciężkie nieprzemakalne buty i zabrała niewiele sprzętu. Fakt, że nie robi nic niebezpiecznego ani wymagającego wielkiego wysiłku, sprawił, że poczuła się jak dziecko.

Dotarła do miejsca, gdzie woda przelewała się przez skalny próg na następny, spływała z niego na położony jeszcze niżej, aż wreszcie docierała do płytkiego zagłębienia na najniższym poziomie. Ostatni wodospad miał metr wysokości, strumień zaś był na tyle wąski, że bez trudu mogłaby go przeskoczyć. Nie dlatego jednak utkwił jej w pamięci; w jeziorku u podnóża wodospadu, uwięziona przez spadającą bez przerwy wodę, unosiła się korona z zamarzniętej piany. Sama piana nie była niczym nadzwyczajnym — tworzyła się w wielu miejscach na górskich strumieniach — Fal jednak nigdy do tej pory nie widziała jej zamarzniętej, do tego w tak regularnym kształcie. Weszła do jeziorka i ostrożnie wyjęła ją z wody. Korona miała piętnaście centymetrów średnicy i wcale nie była krucha i delikatna. Nie była też wcale koroną; znacznie bardziej przypominała wykonany z zestalonego w jakiś zagadkowy sposób powietrza, obtoczony w lukrze model spiralnej galaktyki. Fal oglądała znalezisko ze wszystkich stron, patrzyła przez niego na słońce, nawet go polizała. Kiedy miniaturowa galaktyka zaczęła rozpuszczać się w jej dłoni, delikatnie opuściła ją na wodę.

Rozmyślała wówczas o podobieństwie sił, które tworzą to co ogromne i to co maleńkie. Ciekawe, co jest ważniejsze? — przemknęła jej przez głowę zaskakująca myśl. Co prawda natychmiast się trochę zawstydziła, niemniej często wracała do tej myśli i coraz bardziej utwierdzała się w przekonaniu, że skala nie ma żadnego znaczenia, że każde zjawisko, bez względu na rozmiary, ma takie samo znaczenie. Oczywiście zaraz ponownie ogarniało ją zażenowanie i szybko starała się zająć myśli czymś innym.

Odetchnęła głęboko i poczuła się trochę lepiej. Uśmiechnęła się, po czym zacisnęła powieki, uniosła głowę i skierowała ją do słońca, żeby poobserwować delikatnie pulsującą, gorącą czerwień. Przesunęła ręką po krótkich kręconych włosach, zastanawiając się znowu, czy odległe postrzępione kształty są chmurami, czy górskimi szczytami.

9. Planeta Schar

Wyobraźcie sobie, że oglądacie z wysoka ogromny lśniący ocean. Sięga we wszystkich kierunkach aż po zakrzywiony horyzont, blask słońca odbija się w miliardzie maleńkich fal. Wyobraźcie sobie, że przykrywa go gładki koc z czarnych chmur, lecz mimo braku słońca zachowajcie niezliczone błyski, po czym dodajcie mnóstwo drobnych światełek rozrzuconych po spodniej stronie mrocznego przykrycia niczym błyszczące oczy — samotne, połączone w pary albo liczniejsze, porozrzucane nieregularnie grupki. Taki właśnie widok roztacza się ze statku mknącego przez hiperprzestrzeń jak mikroskopijny owad, cieszącego się wolnością między uplecioną z czystej energii siatką a realnym kosmosem.

Drobne światełka na spodniej stronie warstwy chmur to gwiazdy, natomiast fale na oceanie to zaburzenia Sieci „oświetlone” polami emitowanymi przez nadprzestrzenny napęd statku. Zarówno Sieć, jak i płaszczyzna realnego kosmosu są zakrzywione, podobnie jak zakrzywione byłyby ocean i warstwa chmur na planecie, tyle że trochę mniej. Czarne dziury są tam długimi wijącymi się wodospadami, które łączą chmury z morzem, supernowe natomiast przypominają gigantyczne błyskawice przeświecające przez warstwę obłoków. Asteroidy, księżyce, planety, orbitale, a nawet pierścienie i sfery są prawie niewidoczne. Dwie Szybkie Jednostki Zaczepne klasy Zabójca, „Nadwyżka landlowa” i „Rewizjonista”, mknęły przez hiperprzestrzeń, śmigając pod powierzchnią realnego kosmosu jak smukłe, błyszczące ryby w głębokim stawie wypełnionym spokojną wodą. Z daleka omijały układy planetarne i gwiazdy, ale jeszcze staranniej unikały rozległych pustych przestrzeni, gdzie łatwiej byłoby je zlokalizować. Ich silniki skupiały trudną do wyobrażenia energię, dorównującą co najmniej jednemu procentowi energii produkowanej przez małe słońce. Dzięki temu obie jednostki pędziły przez czterowymiarową otchłań z prędkością, która z punktu widzenia obserwatora przebywającego w realnym kosmosie wyniosłaby niespełna dziesięć lat świetlnych na godzinę. W tamtych czasach była to prędkość ogromna. Jak tylko wyczuły zbliżające się Urwisko i Ponurą Głębinę, weszły w szeroki skręt, aby wniknąć jak najgłębiej w strefę wojenną i zarazem pojawić się jak najbliżej układu planetarnego, w którym znajdował się Schar. Hen, daleko, pokazały się czarne dziury odpowiedzialne za powstanie Głębiny. Wydłużone zawirowania energii przeszły przez ten obszar wiele milionów lat temu, zostawiając za sobą pustą przestrzeń i tworząc nowe, sztuczne ramię galaktyki, po czym zbiły się w ciasną gromadę i skierowały ku środkowi obracającego się dostojnie archipelagu gwiazd i mgławic.