Czarne dziury ustawiły się tak blisko siebie, że ich zgrupowanie nazywano powszechnie Lasem; dwa mknące na złamanie karku okręty Kultury otrzymały rozkaz, żeby w razie odkrycia i zidentyfikowania podjąć próbę przedarcia się między poskręcanymi, śmiertelnie groźnymi pniami. Dość powszechnie uważano, że Kultura lepiej od Idirian opanowała skomplikowane metody sterowania ograniczonymi polami energetycznymi, w związku z czym jej jednostki miały większe szansę na przedarcie się przez zaporę. Co prawda ryzyko było ogromne, ale dwie Szybkie Jednostki Zaczepne miały wręcz nieoszacowaną wartość, ponieważ Kultura niedawno zaczęła je wytwarzać. Dlatego należało uczynić wszystko, by nie trafiły w ręce nieprzyjaciela, gdyby zaś doszło do najgorszego, lepiej byłoby, żeby uległy unicestwieniu. Okręty nie natrafiły na nieprzyjacielską flotę, w ciągu kilku sekund przemknęły przez Barierę Milczenia, uwolniły ładunek, po czym raptownie zawróciły i oddaliły się z maksymalną prędkością, by błyskawicznie zniknąć w pustce Ponurej Głębiny.
Co prawda wrogie jednostki stacjonujące w pobliżu planety Schar ruszyły w pogoń, zbyt późno jednak spostrzegły intruzów, żeby pościg mógł dać jakiś rezultat. Oba okręty bezpiecznie dotarły na drugi brzeg Głębiny. Ich misja zakończyła się sukcesem, jednak ani sterujące nimi Umysły, ani nieliczne załogi (ludzie znaleźli się tam nie dlatego, że byli potrzebni, lecz dlatego że chcieli tam być) nie mieli pojęcia, czemu, zgodnie z rozkazami, bez żadnej widocznej przyczyny wysyłaja w pustą przestrzeń kosmiczną kosztowne głowice, ostrzeliwują promieniami CREW cele ćwiczebne oraz wypuszczają z ładowni miniaturowe promy załadowane po brzegi działającą na pełną moc aparaturą nadawczą. Zadaniem operacji było ściągnięcie w ten rejon kosmosu i zatrzymanie jak największych sił Idirian; musiało minąć trochę czasu, zanim tamci zorientują się, że mają do czynienia ze szczątkami celów ćwiczebnych oraz metalowymi skorupami z kilkuset kilogramami przestarzałej, za to czyniącej mnóstwo jazgotu aparatury. Krótko mówiąc, dwa Umysły i kilkunastu ludzi ryzykowało życie tylko po to, żeby przeprowadzić samobójczą misję polegającą na przekonaniu kogoś (nie bardzo wiadomo kogo), iż w najmniej uczęszczanym i nikomu niepotrzebnym zakątku wszechświata rozegrała się potężna bitwa kosmiczna. Do czego to doszło? Idirianie, owszem, wręcz uwielbiali samobójcze misje. Chwilami można było odnieść wrażenie, że traktują je jako sposób na życie. Ale Kultura? Kultura, w której nawet podczas wojny nikt nie ośmielał się używać słowa „dyscyplina”, gdzie każdy zawsze chciał wiedzieć „co” i „dlaczego”? Doprawdy, świat stanął na głowie.
Dwa okręty mknęły wzdłuż krawędzi Głębiny, dyskutując zawzięcie. Równie zażarte dyskusje toczyły się na ich pokładach. „Wir Czystego Powietrza” potrzebował dwudziestu jeden dni na odbycie podróży z orbitala Vavatch na planetę Schar. W tym czasie Wubslin naprawił wszystko, co był w stanie naprawić, ale statek i tak potrzebował kolejnego solidnego remontu. Mimo iż struktura kadłuba była nienaruszona, a system podtrzymywania życia funkcjonował prawie bez zarzutu, znacznemu upośledzeniu uległo działanie większości pozostałych układów. Napęd hiperprzestrzenny rozregulował się jeszcze bardziej, silniki plazmowe nie byłyby już w stanie działać w atmosferze — powinny bezpiecznie posadzić statek na powierzchni planety i pozwolić mu wystartować, ale nie było mowy o dłuższych przelotach — zewnętrznych sensorów zaś zostało akurat tyle, żeby dostarczyć minimum informacji niezbędnych do działania. Mimo to Horza uważał, że udało im się wykpić wyjątkowo tanim kosztem.
Teraz mógł bez obaw wyłączyć system identyfikacji, a ponieważ nie musiał również dłużej oszukiwać załogi, stopniowo zaczął powracać do poprzedniego wyglądu. Robił to głównie dla Yalson, a trochę dla pozostałych członków Wolnej Grupy. Zamierzał zatrzymać się mniej więcej w dwóch trzecich między Kraiklynem a poprzednią powierzchownością; jedna trzecia była zarezerwowana dla pewnej rudowłosej dziewczyny o imieniu Kierachell. Była Metamorfem, jak on, i Horza miał nadzieję, że ta jedna trzecia wystarczy, aby rozpoznała go, kiedy ponownie spotkają się na planecie Schar.
— Dlaczego myślałeś, że to nas rozwścieczy? — zapytała Yalson któregoś dnia w hangarze „Wiru”. Strzelali z laserów do tarczy z ruchomymi celami, ustawionej pod przeciwległą ścianą.
— Bo był waszym dowódcą.
Yalson roześmiała się z goryczą.
— Raczej menedżerem niż dowódcą. Ilu menedżerów cieszy się sympatią pracowników? Wolna Grupa to w gruncie rzeczy zwykła firma, tyle że już prawie zbankrutowaliśmy. Dzięki Kraiklynowi większość zatrudnionych przeszła na przedwczesną emeryturę. Tak naprawdę musiałeś oszukać tylko statek.
— Zgadza się. — Horza wycelował do ludzkiej sylwetki przebiegającej przez tarczę. Laserowy promień był niewidoczny, ale tarcza rozbłysła w miejscu, w którym się z nią zetknął. Postać potknęła się i zatoczyła, lecz nie upadła; połowa maksymalnej noty. — Potrzebowałem was, a poza tym wolałem nie ryzykować. Zawsze przecież mógł się znaleźć ktoś lojalny wobec Kraiklyna.
Teraz powinna strzelać Yalson, ale zamiast na tarczę, patrzyła na Metamorfa.
Dotychczasowy system zabezpieczeń został zmieniony; teraz dostęp do najważniejszych funkcji statku zapewniała znajomość kodu cyfrowego (rzecz jasna, znał go wyłącznie Horza) oraz odebrany Kraiklynowi pierścień, który stale nosił na palcu. Obiecał załodze, że po wylądowaniu na Scharze wyda mózgowi „Wiru” polecenie usunięcia wszelkich zabezpieczeń. Co prawda miało to nastąpić z pewnym opóźnieniem, niemniej jednak, gdyby nie wrócił z tuneli Systemu Dowodzenia, niedobitki Wolnej Grupy Kraiklyna będą mogły bez trudu opuścić planetę.
— Powiedziałbyś nam, prawda? I tak powiedziałbyś nam prędzej czy później?
W gruncie rzeczy chciała wiedzieć, czy powiedziałby jej. Reszta jej nie obchodziła.
— Powiedziałbym — odparł, patrząc Yalson w oczy. — Jak tylko zyskałbym pewność o lojalności ludzi na statku. Była to bez wątpienia uczciwa odpowiedź, ale czy najlepsza? Pragnął Yalson, pragnął nie tylko jej ciepła w noc wypełnioną przyćmionym blaskiem czerwonych lampek, lecz także jej zaufania i czułości. Niestety, wciąż zachowywała dystans.
Balveda żyła, ale chyba tylko dzięki temu, że Horzy zależało na opinii Yalson. Oczywiście zdawał sobie z tego sprawę i nie napawało go to szczególną dumą. Każda pewność jest lepsza od niepewności, a on wciąż nie zdecydował, czy kierując się beznamiętnym wyrachowaniem powinien zostawić agentkę przy życiu, czy zlikwidować. Co gorsza, nie wiedział również, czy potrafiłby zabić ją z zimną krwią. Wiele o tym myślał, lecz nadal nie doszedł do żadnych wniosków. Pozostało mu tylko liczyć na to, że ani Yalson, ani Balveda nie domyślają się, jak wielki mętlik panuje w jego głowie. Powodów do zmartwień przysparzała mu także Kierachell. Horza wiedział, że w tych okolicznościach nie powinien zawracać sobie głowy sprawami osobistymi, a mimo to uparcie wracał myślami do dawnej miłości. W miarę jak „Wir Czystego Powietrza” zbliżał się do planety Schar, myśli stawały się coraz bardziej natarczywe, a wspomnienia wyraźniejsze. Walczył ze sobą, przypominał pustkę i nudę, które wypełniały jego dni podczas pobytu w placówce Metamorfów, nawet kiedy towarzyszyła mu Kierachell, lecz wystarczyło, żeby przyłożył głowę do poduszki, a w jego snach natychmiast pojawiał się jej leniwy uśmiech i rozbrzmiewał niski, namiętny głos, tym bardziej fascynujący, że zapamiętany przez chłopaka przeżywającego pierwszą miłość. Chwilami podejrzewał, iż Yalson doskonale wie o jego zadurzeniu, i wtedy aż kurczył się ze wstydu.