Dziewczyna wzruszyła ramionami, podniosła broń i strzeliła do czworonożnego cienia na tarczy. Cień zatrzymał się, po czym runął majestatycznie, by wtopić się w ciemnoszarą, nierówną linię u dołu ekranu.
Horza nauczał.
Czuł się trochę jak wykładowca w college’u — i słusznie, bo jego przemowy były właściwie wykładami. Odczuwał wewnętrzną potrzebę wytłumaczenia swego postępowania, wyjaśnienia dlaczego Metamorfowie opowiedzieli się po stronie Idirian i dlaczego wierzą w to, o co walczą. Nazywał te sesje „wprowadzeniami”; teoretycznie miały dotyczyć planety Schar oraz Systemu Dowodzenia, w praktyce jednak zawsze kończyło się na tym, że Horza mówił ogólnie o toczącej się wojnie albo poruszał tematy zupełnie nie związane ani z nią, ani z planetą, do której się zbliżali. Podczas tych spotkań Balveda siedziała zamknięta w swojej kajucie, ponieważ Horza nie chciał dopuścić do tego, żeby przeistoczyły się w debatę polityczną. Perosteck Balveda nie sprawiała żadnych kłopotów. Jej skafander oraz nieliczne przedmioty osobistego użytku zostały wyrzucone w próżnię, ona sama zaś przeszła najdokładniejsze badania, jakie można było przeprowadzić przy użyciu sprzętu znajdującego się na pokładzie „Wiru”. Wyglądało na to, że jest całkiem zadowolona ze swego losu, tym bardziej że podlegała niemal takim samym ograniczeniom jak załoga statku — nie mogła go opuścić, a tylko od czasu do czasu zamykano ją w ciasnej kajucie. Mimo to, tak na wszelki wypadek, Horza nie pozwalał jej zbliżać się do sterowni, chociaż nie zauważył niczego, co świadczyłoby o tym, że Balveda stara się poznać funkcjonowanie statku, tak jak on czynił zaraz po dostaniu się na pokład. Nawet nie usiłowała nikogo nawracać na swój sposób myślenia.
Horza często zastanawiał się, czy agentka czuje się zupełnie bezpiecznie. Na pozór była spokojna i odprężona, kilka razy jednak zdarzyło mu się dostrzec na jej twarzy grymas niepokoju, a nawet rozpaczy. Czasem po prostu bał się chwili, kiedy dotrą na Schar, ale w miarę upływu dni coraz częściej cieszył się, że wreszcie skończy się pora jałowych rozważań i będzie mógł przystąpić do działania. Któregoś dnia zaraz po posiłku kazał Balvedzie przyjść do swojej kajuty. Usiadła na tym samym miejscu, gdzie on siedział jakiś czas temu, kiedy Kraiklyn wezwał go do siebie. Była zupełnie spokojna, wyglądała na odprężoną, ale zarazem czujną. Osadzone głęboko w kształtnej główce ciemne oczy wpatrywały się w Horze, a rude włosy — teraz już bardziej czarne niż rude — lśniły w blasku lampy.
— Jestem, kapitanie — powiedziała z uśmiechem, po czym splotła długie palce. Miała na sobie prostą błękitną ni to suknię, ni togę, która kiedyś należała do Gow.
— Witaj, Balvedo.
Usiadł na łóżku. On także miał na sobie luźny, niekrępujący strój. Przez kilka dni chodził w skafandrze, ale miał kłopoty z poruszaniem się do ciasnych pomieszczeniach „Wiru”, więc w końcu bez większego żalu schował go do szafy. Zamierzał zaproponować Balvedzie coś do picia, ale nie zrobił tego, ponieważ nie chciał naśladować Kraiklyna.
— O co chodzi, Horza?
— Chciałem sprawdzić… jak się miewasz.
W rzeczywistości miał zamiar zapewnić, że nie grozi jej żadne niebezpieczeństwo, że w gruncie rzeczy bardzo ją lubi i jest przekonany, iż w najgorszym razie zostanie internowana albo wymieniona na jakiegoś schwytanego Idirianina, ale słowa nie chciały przecisnąć mu się przez gardło.
— Znakomicie. — Przesunęła ręką po włosach. — Staram się być wzorowym więźniem, żeby nie dać ci pretekstu do wyrzucenia mnie za burtę. Cały czas się uśmiechała. Sprawiło mu to ulgę, mimo iż odniósł wrażenie, że uśmiech nie jest zupełnie szczery.
— Możesz być spokojna — odparł lekkim tonem. — Jesteś bezpieczna.
— Aż do planety Schar?
— Potem też.
Powoli przymknęła powieki.
— Miło to słyszeć.
Znowu patrzyła mu w oczy. Horza wzruszył ramionami.
— Przypuszczam, że ty też byś tak postąpiła.
— Bo ja wiem… Chyba tak. — Nie był w stanie stwierdzić, czy Balveda mówi prawdę. — Szkoda, że walczymy po przeciwnych stronach.
— Szkoda, że w ogóle walczymy, Balvedo.
— I każde z nas wierzy, że jego strona wygra.
— Czyli kto właściwie? — zapytał z ironicznym uśmiechem. — Prawda i sprawiedliwość?
Odwróciła wzrok.
— Niekoniecznie. — Wzruszyła ramionami. — Cóż, takie jest po prostu życie. Ewolucja, o której tyle mówiłeś. Twoim zdaniem Kultura zabrnęła w ślepą uliczkę. Jeśli to prawda… W takim razie możemy jednak przegrać.
— Niech mnie szlag trafi! — wybuchnął chyba odrobinę zbyt gwałtownie. — Zobaczysz, jeszcze przeciągnę cię na właściwą stronę! Uśmiechnęła się blado, ale nie odpowiedziała, tylko opuściła głowę. Horza też nie wiedział, co powiedzieć.
Pewnej nocy, na sześć dób przed dotarciem do celu — gwiazda centralna układu planetarnego świeciła już wyraźnie silniejszym blaskiem, nawet w zakresie fal widzialnych i w normalnej przestrzeni — w jego kajucie zjawiła się Yalson. Nie spodziewał się odwiedzin, więc kiedy delikatnie zapukała do drzwi, wybijając go z płytkiego snu, przez dłuższą chwilę nie mógł sobie uświadomić, gdzie jest i co się dzieje. Wpuścił ją, jak tylko zerknął na ekran. Wślizgnęła się do kajuty, szybko zamknęła za sobą drzwi, po czym objęła go i bez słów przytuliła się mocno. Stał nieruchomo, usiłując się dobudzić i zrozumieć, jak do tego doszło, jeszcze parę godzin temu bowiem nic nie zapowiadało nagłej odmiany.
Yalson spędziła niemal cały dzień w hangarze, na ćwiczeniach. Widział ją tam, oblepioną mikroczujnikami, jak sapie, poci się, wytęża i sprawdza rezultaty na ekranach. Można było odnieść wrażenie, że traktuje swoje ciało jak maszynę i testuje ją, doprowadzając niemal nad skraj zniszczenia.
Zostali razem do rana, jednak Yalson, zmęczona ogromnym wysiłkiem, zasnęła niemal natychmiast. Nie przeszkadzało jej, że Horza ją przytula i pieści, że upaja się zapachem, którego nie czuł od tak dawna. Wreszcie znieruchomiał i w ciszy nasłuchiwał jej oddechu, czuł, jak rozluźniają się jej mięśnie, jak serce bije coraz wolniej i spokojniej.
Kochali się dopiero nad ranem. Później, kiedy odpoczywali, zapytał szeptem:
— Dlaczego? — Statek otaczał ich łagodnym pomrukiem. — Co się stało?
Przytuliła się do niego jeszcze mocniej i potrząsnęła głową.
— Nic się nie stało. Nic szczególnego, nic ważnego. — Bardziej wyczuł niż zobaczył, że wzrusza ramionami. Odwróciła od niego twarz, wtuliła ją w jego ramię, przycisnęła skroń do mruczącej grodzi. — Wszystko… Schar.
Trzy dni przed końcem podróży członkowie Wolnej Grupy trenowali w hangarze strzelanie do ruchomych celów. W ćwiczeniach nie uczestniczył Neisin; po tym, co zdarzyło się w Świątyni Światła, wciąż nie chciał wziąć lasera do ręki. W Evanauth, w którejś z nielicznych chwil trzeźwości, kupił broń miotającą eksplodujące mikropociski. Po strzelaniu Horza polecił dokładnie sprawdzić uprzęże antygrawitacyjne. Kraiklyn kupił hurtowo sporą ich liczbę, oczywiście najtańszy model i do tego nie najlepszej jakości, po czym sprzedawał swoim ludziom po — jak twierdził — kosztach zakupu. Horza początkowo miał pewne wątpliwości, ale okazało się, że uprzęże sprawują się przyzwoicie. Mogły okazać się bardzo przydatne podczas penetrowania pionowych szybów Systemu Dowodzenia.