— Czy ja paniom przypadkiem nie przeszkadzam? — spytał Witek jadowitym szeptem, bo toczyłyśmy rozmowę, nie zwracając najmniejszej uwagi na rozpoczęcie zebrania.
— Nie, skądże, co znowu — odparłyśmy obie uprzejmie, ale poniechałyśmy konwersacji, bo zebranie zapowiadało się niezwykle interesująco.
Witek wygłaszał wspaniałą mowę, grzmiąc dramatycznym szeptem przeciwko naszym błędom i wypaczeniom. Z boleścią piętnował upadek dyscypliny, zaznaczający się szczególnie po zbrodni, co, jego zdaniem, było nadzwyczaj karygodne.
— A co on chciał, żebyśmy zaczęli gwałtownie pracować ze zdenerwowania? Z tą gliną na karku? — spytał rozgoryczonym szeptem Włodek.
— Znacie sytuację — szemrał Witek z boleścią. — Właśnie teraz mamy szansę uratowania pracowni. Przychodzą nowe zlecenia na blisko trzy miliony złotych...
— Chała będzie, a nie zlecenia — mruknął Stefan, siedzący obok nas na stole.
Witek nadal szeptał nonsensy, czepiając się wyłącznie dyscypliny i zręcznie omijając drażliwe tematy, takie, jak zatrzymująca nas wyświetlarnia, introligatornia, nadrabiane przez nas, nie wiadomo dlaczego, błędy i niedociągnięcia inwestorów, komplikacje z naszymi władzami budowlanymi i tym podobne. Nikt nie mógł zrozumieć, o co mu właściwie chodzi. Nagle, ni z tego, ni z owego, zakończył.
— I proszę teraz o rzeczywiście twórcze wnioski — powiedział godnie i boleściwie.
Twórcze wnioski padły natychmiast. Zaproponowano sprowadzenie dwóch psów, należących do Stefana i Janusza, w celu uwiązania ich w korytarzu i przy drzwiach wyjściowych.
— Stefana suka tresowana, trzeba ją jeszcze przyuczyć, żeby przepuszczała do WC-tu — powiedział Leszek natchnionym głosem.
Alicja rzuciła myśl, żeby każdego przykuć za nogę do stołu łańcuchem, zamykanym na kłódkę. Wiesio, żywo zainteresowany kwestią spóźnień, domagał się zamieszkania całego personelu na stałe wisiorze. Włodek proponował pozapychanie wszystkim gąb gipsem. Witek słuchał i cierpiał.
Wbrew naszym lekkomyślnym wypowiedziom zebranie zakończyło się twardym akcentem. Witek wydał kategoryczny zakaz wychodzenia z pracowni na miasto niezależnie od potrzeb, picia kawy w gronie większym niż jedna osoba i nawet zakaz wychodzenia z pokoju. Jak sobie w takiej sytuacji wyobrażał koordynacje międzybranżowe. Bóg raczy wiedzieć!
— Rzeczywiście — powiedział melancholijnie Kazio, kiwając głową. — Lataliśmy po korytarzach i proszę, co z tego wynikło. Jeszcze byśmy trochę polatali i już nikt by z życiem nie uszedł...
Co dziwniejsze, odebrał nam wszystkim główne projektanctwo i zostawił je sobie. On sam miał być głównym projektantem wszystkich obiektów. To już zakrawało na obłęd, bo główny projektant to jest ofiara do wszystkiego. W naszej pracowni, poza tym, że nieszczęśnik musiał zrobić projekt architektoniczny, należało jeszcze do jego obowiązków milion innych rzeczy. Sprawdzenie wycen branż, przygotowanie umowy, kontakty z inwestorem, koordynacje wszystkich specjalności, architektury, konstrukcji, sanitarnych, elektrycznych, drogowych, zieleni, technologii, i jak się dało, to jeszcze czegoś więcej, użeranie się z wyświetlarnią i wreszcie osobista odpowiedzialność finansowa za całość projektu. Istny koszmar!
Alicja, zamiatając kiedyś podłogę w czasie choroby pani Glebowej, oświadczyła, że nie dziwi jej ten jeden więcej obowiązek głównego projektanta. Ja sama, chcąc za wszelką cenę dotrzymać terminu, wepchnęłam w wyświetlarnię tysiąc pięćset swoich prywatnych złotych w charakterze łapówki i naraziłam się wszystkim czynnikom zatwierdzającym, domagając się od nich wydania opinii w ciągu dwóch godzin, zamiast dwóch tygodni. Kazio osobiście uczestniczył w wierceniach geologicznych, chcąc zaspokoić Kacpra, który oświadczył, że bez badań gruntowych do roboty nie usiądzie...
Główne projektanctwo Witka na wszystkich obiektach było w ogóle nie do pomyślenia. Musiałby istnieć co najmniej w sześciu osobach równocześnie. Wszyscy byliśmy tak zdumieni, że nikt nic nie powiedział.
Opinie zaczęły się rozprzestrzeniać dopiero po zakończeniu zebrania. W zmniejszonym nieco gronie doszliśmy do dwóch wniosków: po pierwsze, że Witek zwariował, a po drugie, że z całą pewnością nie popełnił morderstwa. Pierwsze było dla wszystkich jasne i zrozumiałe, a drugie wytłumaczył Stefan.
— Te zlecenia, które miały przyjść, rzeczywiście mogły nas uratować — powiedział. — Tylko że one nie przyjdą.
— Skąd wiesz? Dlaczego?
— Dlatego, że jakiś idiota udusił Tadeusza. Miałem już cynk z tego ich Zjednoczenia. Milicja u nich była i oglądała nasze faktury za warsztaty, właśnie te, które są zaniżone. Pietra takiego dostali, że niech ręka boska broni! Zlecenie już było przygotowane i wycofali, nie chcą mieć z nami nic do czynienia.
— No dobrze, a na osiedla mieszkaniowe? To była największa forsa!
— Na osiedla mieszkaniowe też nie przyjdzie, bo i do DBOR-u się dobrali. Żebyśmy byli z DBOR-em skończyli w zeszłym roku, toby teraz może przeszło, ale Witek zostawił ostatnie faktury na ten rok i te gliny już wyniuchały. W najgorszej chwili ta zbrodnia nam wypadła!...
— Właśnie, żeby chociaż z miesiąc później! Po podpisaniu umów...
— Toteż dlatego ja twierdzę, że to nie Witek. Chyba że sam się chciał zgubić.
— Albo może ktoś to zrobił specjalnie, żeby go wykończyć? Przyznajcie się, kto z was mu najgorzej życzy?
— Ja — oświadczyła Alicja spokojnie. — Ale ja mam podobno alibi.
— Jak by nie było, to jest koniec. Przepadło. Gdyby nawet dzisiaj znaleźli tego dusiciela, to już też nic nie pomoże. Możemy sobie wyprawić stypę.
Stypę to nawet trzeba wyprawić, po pogrzebie...
Rezultat przeszukiwania urządzeń sanitarnych milicja starannie przed nami ukryła. Stałam w przedpokoju, usiłując sobie przypomnieć to coś, co mnie tak męczyło w związku z wypowiedzią Witka na temat klucza, i przyglądałam się wychodzącym współpracownikom. Alicja w swoim pokoju tuż przy drzwiach grzebała na małym stoliku, oglądając na nim puste pudełka po cukrze i soli, puste torebki i papierki.
— Nie masz przypadkiem czegoś do zjedzenia? — spytała smętnie. — Obawiam się, że umrę z głodu, zanim dojadę do domu.
— Chce pani kawałek placka? — spytała Jadwiga już spakowana, zamykając na klucz swoje szuflady.
— Placka? — powiedziała z powątpiewaniem Alicja, krzywiąc się nieco. — Wolałabym kawałek śledzia, ale niech będzie placek. To z tej pani świętej mąki?
— No pewnie. Zostało mi jeszcze z pół tony, więc tak piekę i piekę...
— Z jakiej świętej mąki? — zaciekawiła się Monika, która, wychodząc, zatrzymała się przy nas.
— A co, nic nie wiesz? Pani Jadwiga ma w domu kilka wagonów kukurydzianej mąki, otrzymanej w prezencie od społeczeństwa. Nie słyszałaś o tej historii?
— Nie, pani Moniki jeszcze wtedy nie było — powiedziała Jadwiga. — Mówię pani, co ja się z tym wtedy miałam, to niech ręka boska broni!...
W tym momencie jak grom z jasnego nieba spadło nagle na mnie przypomnienie tego, o co mi chodziło. Oczywiście, Jadwiga! To było właśnie w związku z kukurydzianą mąką!
Mniej więcej rok temu dziecko Jadwigi zachorowało na żołądek i lekarze kategorycznie zażądali karmienia go wyłącznie produktami pochodzenia kukurydzianego. Kaszka z kukurydzy, mąka z kukurydzy i absolutnie nic innego. Jadwiga wpadła w szał, bo dziecko było rzeczywiście poważnie chore, a owa mąka okazała się czymś nieosiągalnym. W przypływie rozpaczy dała ogłoszenie do którejś gazety, że dla chorego dziecka potrzebne są tego rodzaju artykuły spożywcze, i rozpętała tym istne piekło. Za zgodą Witka, który sam nie wiedział, na co się naraża, podała nasz bezpośredni numer biurowy, bo sama nie miała w domu telefonu. Ogłoszenie znalazło natychmiastowy oddźwięk w społeczeństwie. Już następnego dnia od rana zaczęły się telefony. Najpierw dzwoniło całe miasto, proponując jej mąkę w kilogramach, następnie apel dotarł do dalszych rejonów kraju i mąka poszła w tony. Jakaś wytwórnia zaoferowała jej trzy wagony, prywatne osoby i instytucje zgłaszały się bez przerwy, dzwonili nawet ze Szwajcarii i z Anglii. Do redakcji owej gazety przychodziły paczki, których dwóch silnych chłopów nie mogło udźwignąć. Zasypana górami mąki i kaszy kukurydzianej, nieszczęsna, przerażona Jadwiga zaczęła wreszcie kategorycznie odmawiać przyjmowania dalszych darów, zrobiwszy już sobie zapas na najbliższe kilkaset lat.