Przesunął ręką po ciele: siatka była prawdziwa. Odzież na zamówienie. Pomyślał, że jednak bardziej przydatna byłaby koszulka tenisowa. Poczekał chwilę, ale siatka nie znikała. „Luk” – domyślił się, ściągnął przez głowę siatkę i cisnął do luku. Teraz jego ciało opinała koszulka z krótkimi rękawami i okrągłym kołnierzykiem, również biała, bez kolorowych kół i trójkątów, jakie widział u Hedończyków.
„Niech będzie zielona, tak jak szorty”.
Koszulka natychmiast przybrała trawiastozielony kolor.
Kapitan wesoło przymrużył oko i jego sobowtór na ekranie zrobił to samo. Ten telesobowtór prawie nie różnił się od przeciętnego, statystycznego Hedończyka – ani odzieżą, ani wzrostem, ani nawet rysami twarzy. Tylko oczy były inne: nie zimne, nieruchome i kłujące, lecz żywe, ciepłe oczy Ziemianina.
„Koloru oczu mogę nie zmieniać – co za dużo to niezdrowo” – zadecydował Kapitan i wyszedł z powrotem do sali. Ksor, jak poprzednio, siedział w kucki, objąwszy głowę ramionami, a obok stał Mały w niebieskim trykocie i hedońskich sandałach, które nie wiadomo jak trzymają się na nodze.
– Dawno uciekłeś z cyrku? – zapytał Kapitan.
– A bo co? – obruszył się Mały. – Mnie się podoba.
»No i jeszcze jedna zagadka rozwiązana – pomyślał Kapitan. – Milea to po prostu salon odzieżowy, taki, powiedzmy, dom towarowy o nieograniczonym asortymencie”.
– Długo przymierzałeś? – spytał Małego.
– Początkowo zamówiłem frak, żeby było śmieszniej. Ale nie dali. Kapitan roześmiał się: frak! Przecież teraz chyba i na Ziemi nigdzie by go nie uszyto, poza teatralnymi pracowniami krawieckimi, a tym bardziej na Hedonie, przy jej automatycznej, scentralizowanej produkcji. Do pamięci Koordynatora czy kogoś, kto się tymi sprawami zajmuje, wprowadzono określony spis przedmiotów, taki katalog. Najprawdopodobniej jest on obszerny i zróżnicowany, ale mimo wszystko zestaw ten ograniczają moce produkcyjne, koncepcje i poczucie fantazji twórcy i na dodatek tradycje planety – matki. Fraka się tu nie dostanie: o niczym takim nie słyszeli. Trącił w ramię siedzącego w kucki ksora.
– Jesteśmy gotowi.
Ksor opuścił ręce i wstał. Jeszcze przez krótką chwilę miał przymknięte oczy – był w transie, czy co? – potem otworzył je i krytycznym wzrokiem przyjrzał się kosmonautom.
– Teraz lepiej. Wolni. Sprawdzian wyobraźni. Koordynator odliczy. Niewiele, ale odliczy.
– Co odliczy?
– Jednostki info za wyobraźnię. Informacja.
– Ale po co?
– Żeby żyć. Potem będzie dobrze.
– Kiedy?
– Po życiu.
– Po śmierci – poprawił go Kapitan.
– Nie, po życiu – nie zgodził się ksor. – Śmierci nie ma.
– A co jest?
– Regeneracja.
Kapitan słyszał już to określenie. Ktoś użył go w czasie rozmowy w Zielonym Lesie, a jego znaczenie wyjaśnił Nauczycieclass="underline" jest to metoda zmiany osobowości w nieśmiertelnym ciele. Kapitan również widział pierwsze owoce tej metody – brodate niemowlaki ssące odżywczy płyn z rurek. Ale teraz chciał się dowiedzieć, co myślą o tym dojrzali Hedończycy.
– Przekształcenie – wyjaśnił ksor. – Zniknie twoje „ja”, a zamiast niego pojawi się drugie. Ty, ale nie ty. Inna matryca.
Mały z zaciekawieniem przysłuchiwał się rozmowie, w której słychać było tylko pytania i odpowiedzi Kapitana. Myśli ksora bezdźwięcznie rozlegały się w świadomości Małego. Można się było do tej rozmowy dołączyć. I zrobił to.
– Wierzą w wędrówkę dusz? – spytał Kapitana.
– Coś takiego rzeczywiście jest tu praktykowane – wyjaśnił Kapitan – Bez cudów i mistyki.
W oczach ksora błysnęło coś w rodzaju zdziwienia.
– Wy jesteście tymi, którzy brzęczą. Słyszałem o was.
– Od kogo? – spytał Mały.
– Wspólna informacja.
– Buja?
– Nie sądzę. Oni nie kłamią i najwidoczniej kłamać nie umieją. Musi jednak istnieć jakiś system ogólnej informacji. Ciekawe, kto i co jest jej źródłem.
– Bez wątpienia Koordynator.
– Nie będziemy zgadywać.
Ksor uważnie przysłuchiwał się ich słowom, potem zamknął oczy i przekazał myśclass="underline"
– Informacja jest ogólnodostępna. Każda informacja.
– Skąd ją otrzymujecie?
– Ona jest wszędzie. Należy ją gromadzić.
– Dla kogo?
– Dla siebie. Jak w szkole. A potem sprawdzać jej poziom. Jeżeli uzyskałeś normę, to dobrze.
– A jeżeli przekroczy się normę?
– Na zapas dla Nirwany.
Tak właśnie odebrali to pojęcie – nirwana. Stare, prawie zapomniane na Ziemi słowo. Wieczna szczęśliwość jako nagroda za przykładny żywot. Ale jakie są normy tej przykładności? Biblijne? Wątpliwe. Wszak zestarzały się one również i na Ziemi. Na Hedonie przykładność żywota mierzy się w bitach – czy może mają jakieś inne jednostki informacji? „Kretyni” – tak ich określił Mały. Chłopak się pomylił. Raczej niewolnicy. Przecież są zadłużeni stale w sposób niewypłacalny w stosunku do tych, którzy dali im życie. A jakież jest to ich życie? Aora niewątpliwie różni się od świata zielonego słońca. Wysterylizowana egzystencja, której celem jest zdobywanie okruchów informacji, czy raczej tego, co oni tu nazywają informacją: chaos jakiejś półwiedzy, półwrażeń łapanych w pośpiechu, w biegu. Posiedział w kucki, podumał, wymyślił coś – masz pieniążek do skarbonki; wykombinował jakieś wymyślniejsze od innych ubranko – masz jeszcze jeden. I tak ciułając grosz do grosza może uda się uzbierać na Nirwanę.
– Co znaczy „nirwana”? – zapytał Kapitan.
– Spokój. Szczęśliwość. Radość.
– A dokładniej?
– Nie wiem. Z Nirwany się nie wraca.
– Kto wie?
– Nauczyciel.
– „Znowu Nauczyciel. Wielki mit Hedończyków. Wszystko wie, wszystko widzi. Żywy, myślący bóg, który nie wtrąca się do życia, ale tworzy je. Brzmi to paradoksalnie, ale obserwacje potwierdzają taki stan rzeczy.; W każdym razie jak do tej pory”.
Kapitan już się nie bał zadawać pytań.
– Dlaczego siebie nazywasz ksorem, a nas wolnymi?
– Czy tak nie jest?