– Nie komu, ale co – poprawił go ksor. – Zito i stopniowo.
Mały popatrzył na Kapitana osłupiałym wzrokiem.
– Dlaczego się dziwisz? – Kapitan uśmiechnął się. – Przecież powiedział: od razu nie liniaj tylko stopniowo, bez pośpiechu.
Piramidki na stole trzasnęły i pękły, a na różową płytę wypłynęło z nich coś brązowego, podobnego do kisielu. Ale dziwna rzecz: brunatna masa nie rozpływała się, ale bulgocąc i musując, przybierała kształt bochna z przyrumienioną skórką. Sprawiało to wrażenie, że ktoś za chwilę postawi na nim solniczkę, ustawi wszystko na wyszywanym ręczniku i powita ich chlebem i solą.
– Liniajcie – powiedział ksor i pochylił się nad bochnem zamykając ekstatycznie oczy. Pozostali Hedończycy poszli za jego przykładem.
Mały ostrożnie dotknął brązowej masy.
– Miękkie – ocenił. – Może spróbować?
– Poczekaj – powstrzymał go Kapitan. – Po co ryzykować? A poza tym oni tego nie jedzą.
Powąchał bochen i poczuł lekki, ledwo wyczuwalny zapach. Było w nim wszystko: płynąca nad polem upajająca słodycz kwitnącej koniczyny, delikatny aromat krzewów róż, gorycz błękitnego dymku z ogniska w tajdze. Zapach ten tłumił świadomość, otaczał ciepłem wspomnień dzieciństwa i młodości, unosił gdzieś daleko w baśń – jawę.
Kapitan szarpnął kołnierz koszuli – gorąco! – i popatrzył w niebo. Biała wata kłębiastych obłoków w błękicie nieba wydawała się tak nisko, że starczy ręką sięgnąć. Spojrzał w bok: tuż przy twarzy kołysało się źdźbło trawy, po którym wspina się mrówka. „Gdzie jestem?” – myśl płynęła leniwie. Nie dziwił się niczemu. Polana w lesie, trawa jeszcze mokra. Rosa, czy może deszcz padał? I nagle, jak błyskawica, prze – - mknęła myśclass="underline" przecież to Ziemia! Zerwał się, pobiegł po zroszonej trawie w kierunku pstrych, żółtych od rumianku wzgórz, za którymi pobłyskiwało w słońcu lustro rzeki. Woda po kolana przyjemnie chłodzi nogi! Miałki piasek na dnie, srebrzyste rybki rozpryskujące się na wszystkie strony. Kapitan zaczerpnął dłońmi wodę, wypił łyk, zimna aż zęby bolą. Padł na kolana, szorty natychmiast namokły, i pił, pił, pił tę wodę o posmaku traw, piołunowej goryczy, pił nie mogąc się oderwać, aż do chwili, gdy ktoś szarpnął go za ramię.
– Obudź się!
Zniknęło wszystko: i rzeka, i trawa, i obłoki nad polem. Znowu siedział przy różowym stole, rozglądając się ze zdziwieniem.
– Co to było?
– Narkotyk – odparł Mały.
– Koro. – Ksor popatrzył na Kapitana i wargi jego wykrzywiło coś na kształt uśmiechu. – Pierwszy raz?
Kapitan skinął przytakująco głową, stopniowo przychodząc do siebie. Czuł w całym ciele lekkość, świeżość i rześkość, jak po jonowym natrysku.
– Wypij! – ksor machnął ręką i postawił przed Kapitanem puchar z mętnoniebieskim płynem.
– Co to?
– Pij. Ty też pij. – Przed Małym pojawił się taki sam puchar. – To neutralizator.
Płyn był kwaskowaty i gęsty jak kisiel. Kapitan natychmiast przypomniał sobie odżywkę, którą karmiono tryskające zdrowiem dzieciaki w Zielonym Lesie, wziął puchar, powąchał – napój nie miał żadnego zapachu – i wypił wszystko do dna. Mały poszedł w jego ślady, krzywiąc się nieco: nie lubił kwaśnego.
– Czułeś coś? – spytał Kapitan.
– Nic. To była natychmiastowa i całkowita utrata świadomości, czarna studnia bez dźwięków, bez światła. Obudziłem się jak po dobrym śnie.
– Koro regeneruje siły – wtrącił się ksor – ale działa w różny sposób: u jednych wywołuje halucynacje, u innych powoduje szok. Rezultat ten sam: pobudzenie organizmu. Stymulator.
– A jedzenie?
– Kilka minów związków chemicznych, koniecznych dla utrzymania funkcji życiowych organizmu otrzymujecie zawsze w każdym wariancie pokarmu. Pozostałe składniki to elementy smakowe i nasycające. Można wymyślić wszystko. Popatrzcie uważnie. – Wskazał ręką salę.
Na różnokolorowych stołach rozrzuconych chaotycznie po całej sali pojawiały się puchary o różnych kształtach i kolorach: sześciokąty, pryzmaty, kule. Jedni pochylali się nad „bochnami” koro, inni podrzucali do góry błyszczące kulki, które zawisnąwszy nad stołem rosły i pękały, a w podstawione naczynia lał się złocisty płyn. Ktoś wyciągał bezpośrednio z powietrza zielone nici, zwijał je w kłębek i wkładał do ust, popijając tę potrawę znajomym mętnoniebieskim płynem.
Widowisko to przypominało raczej próbę cyrkowych iluzjonistów niż normalną, ziemską restaurację czy kawiarnię z ich szumem i gwarem, w której nad zapotniałymi kielichami z lodowatym szampanem rozbrzmiewają toasty, słychać rozmowy prowadzone przy filiżance kawy czy lodach. „Głupotą jest to dopasowywanie wszystkiego do ziemskich schematów – pomyślał Kapitan. – Przecież lepo tylko powierzchownie swoją ogólną scenerią może skojarzyć się z ziemskimi restauracjami. W świecie, w którym istnieją takie przedmioty codziennego użytku jak stół i krzesła, sceneria taka jest najlogiczniejsza. Ale tylko ona, nie oszukujmy się! Hedończycy także przecież z wyglądu podobni są do ludzi. Ale ich psychika, sposób postępowania?”
– Popatrz – Mały szarpnął Kapitana za rękaw koszulki.
Kapitan odwrócił się. Pomiędzy stołami pełzło na czworakach wysunąwszy po psiemu języki czterech Hedończyków, nagich do pasa, o ogolonych lub może przedwcześnie wyłysiałych głowach. Duże krople potu błyszczały na ich opalonych plecach, z daleka słychać było ciężkie oddechy. Potężni mężczyźni, o dłoniach jak łopaty, pełzli bezradnie, popędzani gardłowymi krzykami, dziwnie nie pasującymi do sennej ciszy lepo.
Poganiaczy z pałkami w rękach było dwóch. Kapitan kątem oka popatrzył na swoją, wiszącą przy pasie, taka sama. Te czarne pałki świstały groźnie w powietrzu, a siedzący za stołami opuszczali głowy albo odwracali się plecami, aby tylko nie spotkać się wzrokiem z intruzami. Kiedy oczy poganiaczy kierowały się w ich stronę zamierali i nie mogli się odwrócić.
Kapitan czekał, żeby któryś z właścicieli czarnych pałek spojrzał na niego. Właściwie nie wiedział dlaczego: była to jakaś chłopięca chęć popatrzenia, nie mrugając, w oczy – kto dłużej wytrzyma. Ale do takiej próby nie doszło. Hedończyk mimochodem prześlizgnął się wzrokiem po Kapitanie, przez chwilę wpatrywał się w niego zimnymi, niebieskimi (co u licha, wszyscy mają niebieskie?) oczyma i coś przekazał w myśli swemu towarzyszowi. Ten nie zareagował, nawet nie popatrzył na „mówiącego”, po prostu poszedł dalej, popędzając swoje „czworonogi” pełznące bezmyślnie i bez sprzeciwu w kierunku wolnego miejsca przy świecącej ścianie.
– Kim oni są? – zapytał Kapitan ze zdziwieniem i dopiero teraz zauważył, że ich przyjaciel ksor wyciera dłonią spocone czoło, że sąsiadowi: cieknie krew z przygryzionej wargi, a dwaj pozostali oddychają ciężko, starając się nie patrzeć na to, co dzieje się obok. – Kim oni są? – zmuszony był powtórzyć pytanie.