– Magowie – odparł ksor, nie unosząc głowy znad stołu. – Władcy.
– Władcy? – zdziwił się Mały. – Przecież to Koordynator kieruje: Aorą?
– Magowie panują nad tymi, którzy się im podporządkują.
– A jeżeli ktoś się nie podporządkuje?
– Tego zmuszą, żeby się czołgał, pełzał, drżał albo nawet utracił pamięć.
– Nie rozumiem. Co to znaczy utracił pamięć?
– Przecież my nie umieramy. Tych, którzy pozbawieni są pamięci, świadomości, osobowości, po prostu kieruje się do przeróbki.
– W jaki sposób uzyskali taką władzę? Za pomocą pałki?
– Wzrokiem.
Kapitan uśmiechnął się, dziecięca naiwność przy dojrzałości technicznej. Paradoks? Raczej maleńki błąd w niesłychanie skomplikowanym mechanizmie cywilizacji Hedony. Ktoś czegoś nie dopatrzył i proszę: olimpijczycy-półbogowie boją się „magicznych” spojrzeń, wyraźnie boją się, nawet nie próbując ukryć strachu.
– Dlaczego jesteście źli? – spytał ksor.
– Źli? – odpowiedział w myśli Kapitan. – Raczej się dziwimy. Ale w jaki sposób to zauważyłeś?
– Wasze źrenice rozszerzają się i zwężają. I twarz drga.
Kapitan natychmiast zrozumiał, dlaczego ich twarze zainteresowały ksora. Hedończycy nie mogli poszczycić się zdolnościami mimicznymi. Nawet w chwilach wzburzenia emocjonalnego ich twarze były zupełnie nieruchome. Dlatego właśnie ksor pomylił zdziwienie z gniewem. Kapitan kątem oka spojrzał na usadowionych nie opodal magów, przy których stole zastygli, siedząc w kucki, „zniewoleni wzrokiem”. Ksor ma rację: nie należy się dziwić, ale krzyczeć, kiedy garstka skończonych łajdaków może zastraszyć całe miasto, znęcać się i awanturować tylko dlatego, że im wszystko wolno, a skoro ich sposób informacji jest większy, to znaczy, że mogą działać bezkarnie. A gdyby im samym dać nauczkę, pokazać „wyższą szkołę” hipnosterowania? Niech sami spróbują, jak to smakuje. I żeby wszyscy to widzieli, na czym ta tak zwana wszechmoc się trzyma: wystarczy dmuchnąć i rozsypie się jak domek z kart.
– Dałbyś im nauczkę – szepnął Mały. – Przypomnij sobie praktykę psychologiczną w instytucie. Spróbuj, na pewno nie przegrasz.
Krzesło-płatek odsunęło się powoli, uwalniając wstającego już Kapitana. Nie wiadomo, czy była to natychmiastowa psychoinformacja, czy nieprawdopodobne lokacyjne umiejętności Hedończyków – ale twarze wszystkich znajdujących się w lepo zwróciły się w jego stronę. Zatrzymał się przed magami zasiadającymi za takim samym stołem-amebą. Ich czerwone trykoty przyciągały wzrok swą jaskrawą, wyzywającą barwą nawet w panującej tu ogólnej pstrokaciźnie. Ale Kapitana nie interesowały stroje przeciwników. Ironicznie zmrużywszy oczy, zupełnie jak chłopczyk prowokujący bójkę, szukał ich lodowatych spojrzeń: no, kto kogo?
Niebieskooki mag nie był psychologiem i nie przewidział podstępu. W ogóle problem „kto kogo” dla niego nie istniał. To on jest najsilniejszy, najmądrzejszy.
– Siądź – polecił Kapitanowi, kiwnąwszy w stronę pojawiającego się natychmiast krzesła.
Przekazana przezeń myśl nie była rozkazem, a raczej propozycją, którą podyktował nie gniew, ale zaciekawienie osobą śmiałka. Kapitan usiadł, śmiejąc się w duchu z tej sytuacji: jego wysokość raczył zwrócić uwagę na zuchwałego ciurę. No cóż, niech wszechmocny zmierzy się ze zwykłym śmiertelnikiem.
– Czego chcesz? – przekazał swe pytanie mag.
Kapitan milczał.
– Chcesz się pęcherzyć?
– Niedawno skończyłem szkołę – odparł Kapitan. – Jeszcze nie wiem wszystkiego. Co to znaczy „pęcherzyć się?”
– Popatrz na nich – uśmiechnął się mag, wskazując na zastygłych w kucki Hedończyków. – To pęcherze. Wszyscy, którzy nam służą, to pęcherze.
– Sami zechcieli służyć? – z udaną naiwnością zapytał Kapitan. Magowie spojrzeli po sobie zablokowawszy wymianę myśli, ale Kapitan doszedł do wniosku, że najprawdopodobniej wzięli go za kompletnego idiotę.
– Jesteś głupi, uczniu – „usłyszał” wreszcie. – Po prostu zabraliśmy im wolę i osobowość.
– I nie sprzeciwiali się? – Kapitan wciąż kontynuował zabawę w głupiego Jasia.
– Któż może się nam sprzeciwić?
– Nie wiem. – Kapitan popatrzył po sali. – Może ten?
Wskazał na siłacza o różowych policzkach, rozwalonego w fotelu przy sąsiednim stole. Ten jasnowłosy osiłek sprawiał wrażenie, że nie obchodzi go to, co dzieje się wokół niego i tylko trwożliwe spojrzenia, jakie rzucał ukradkiem w stronę magów, zdradzały stan jego ducha.
– On? – Mag pogardliwie wykrzywił usta. – To wolny. Chcesz, zamienię go w pęcherz? Najpierw jego, a potem ciebie.
W oczach maga rozbłysnął niedobry blask. Kapitan nie słyszał rozkazu, zobaczył tylko, jak zadrżały ręce siłacza o różowych policzkach, jak pochylił się bezwolnie i powoli opuścił puchar z nie dopitym niebieskim, płynem.
„Już czas” – zdecydował Kapitan i myślą rozkazał zamienionemu w „pęcherz”: „Jesteś sam, wokoło nikogo nie ma. Pij!”
Osowiałe spojrzenie wolnego natychmiast odzyskało rozumny wyraz. Wyprostował się, bez pośpiechu uniósł nie dopity puchar i wychylił go do dna, jakby nikt nigdy nie czynił zamachu na jego wolną wolę.
„Jeden zero” – pogratulował sobie w myśli Kapitan.
Mag zwrócił ku niemu zbielałą z wściekłości twarz:
– Ktoś mi przeszkadzał.
– Ja – odparł Kapitan.
Mag podniósł się gwałtownie i krzesło-płatek nie zdążywszy się odsunąć rozpłynęło się w powietrzu.
– Wstań! – rozkazał mag.
– Po co? – spytał Kapitan. – Dobrze mi tak.
– Wstań! – powtórzył mag, zwiększając natężenie myśli. Jego twarz nabiegła krwią.
– Jesteś pewnym siebie kretynem – posłał mu odpowiedź Kapitan, nie troszcząc się o to, czy jego terminologia będzie dla maga zrozumiała. – Myślisz, że jesteś najsilniejszy w tym waszym śmierdzącym mieście, a w gruncie rzeczy mięczak z ciebie. I niczego nie potrafisz, jedynie żreć i rozkazywać. Ale jak trafisz na kogoś silniejszego, to sam za nim popełzniesz na brzuchu. Chcesz spróbować?
– Nie odważysz się! – Oczy maga zwęziły się.
Kapitan poczuł, jak ktoś silny i władczy wdziera się w jego mózg. Nieprzyjemne uczucie. Potrząsnął głową, wrażenie zniknęło.